wtorek, 30 grudnia 2014

Polska 3:2 Rosja

[17.09.2014, Łódź, godz. 7:59]

- Wiesz co mnie wkurwia? - zaczepił mnie na korytarzu Kubiak, który swoją szeroką klatką piersiową uniemożliwił mi swobodne przejście na śniadanie.
- Michał, jestem głodna jak wilk.
- Ale wiesz co mnie wkurwia?!
- Zamieniam się w słuch.
- Wkurwia mnie to, że nikt w nas nie wierzy.
- Przecież z Kanarkami już wygraliście, Polska jest dumna.
- Ale nie wygraliśmy z Rosją.
- Ale dopiero dziś gracie. Wszystko przed wami. Ja w was wierze. Choleeernie mocno. - złapałam Dzika za ramiona - A teraz wybacz, bo mi Konar zje tą pyszną pastę z tuńczyka.
- Pasta?! Z tuńczyka?! Ida, zaczekaj!

Oczywiście nie obeszło się bez spóźnienia. Wszyscy już zaczęli jeść i tylko ja z Kubiakiem zastanawialiśmy się gdzie usiąść.
- Dzidka! Cho no tu! - zawołał mnie Igła, co spowodowało nagłą palpitacje serca. I nie, nie było to spowodowane radością z siedzenia z Ignaczakiem. Obok niego siedział Buszek. A po ostatniej rozmowie nie chciałam z nim rozmawiać. Wręcz go unikałam, a to było do mnie niepodobne. Kiedy żyliśmy w zgodzie siadałam tylko i wyłącznie obok niego, a kiedy się pokłóciliśmy robiłam dokładnie tak samo, co by się nie odzwyczaił od moich docinek, a ja od jego. Z uśmiechem na ustach odsunęłam krzesło  i ku uciesze Krzyśka wylądowałam tyłkiem na podłodze.
- To za wczoraj, Staruszko!
- Ha, ha, ha. Zabawne. Przez ciebie ubiłam sobie tyłek!
- Serio? A kto przewrócił się wczoraj na twoim bananie?
- Staruszku, ale to był przypadek! - uśmiechnęłam się najbardziej słodko jak potrafiłam, bo wszyscy wiedzieli, że skórka od banana czekała właśnie na Igłe.
- Rozejm? - wystawił w moją stronę dłoń.
- Dobra. Kawka przed meczem.
 - Kawka. Ploteczki?
- Jasne.

 Mistrzostwa dobiegały końca, w najlepszej sytuacji zostało nam do rozegrania spotkanie o brąz i złoto. Czy jestem marzycielką? Owszem. Wierzę w nich na tyle mocno, że jestem w stanie się z kimś założyć. Mimo to już dziś jestem w stanie stwierdzić, że zyskałam wielu fantastycznych kolegów, których mogę obdarzyć zaufaniem oraz jednego przyjaciela - właśnie Krzysztofa Ignaczaka. Jest dla mnie na ten moment tak samo ważny jak Mateusz. I to właśnie z nim plotkuje mi się najlepiej. Cóż. Muszę zastąpić Krzyśkiem najlepszą przyjaciółkę, która sypia z moim ojcem.


[17.09.2014, Łódź, godz. 8:24]
Wyszłam ze stołówki i skierowałam swoje kroki do pokoju sztabu szkoleniowego.
- Ida, stój.
Spokojny głos Rafała natychmiast spowodował, że moje plecy uległy niemalże całkowitemu zesztywnieniu.
- Rafał, śpieszę się.
- Unikasz mnie drugi dzień.
- Możemy tutaj nie rozmawiać? W pokoju sztabu jeszcze nikogo nie ma.
Błyskawicznie zmieniliśmy miejsce naszej rozmowy znikając za drzwiami pomieszczenia.
- Nie zamieniliśmy wczoraj ze sobą ani słowa. Rozmawiałaś z każdym tylko nie ze mną. Możesz mi powiedzieć jaki jest powód?
- To nie chodzi o to, że ja cie unikam.
- Tylko o co? Latam za tobą jak popierdolony, nie śpię przez ciebie. Jak cię widze to dostaje motywacji i takiego kopa do grania, że ciężko mnie zatrzymać. Uwielbiam z tobą rozmawiać, uwielbiam się z tobą kłócić, jesteś dla mnie najpiękniejszą kobietą jaką znam i masz najbardziej zajebisty śmiech na świecie. Ida! Ja zwariowałem na twoim punkcie! A ty mnie tak po prostu unikasz!
No i masz. Zatkało mnie.
- Rafał...
- Czy nie wierzysz w to, że możemy być szczęśliwi? Razem?
A teraz to już prawie się udusiłam.
- Chyba już dość sytuacji skomplikowaliśmy i w końcu możemy odpuścić sobie te gierki.
Tlenu.
- Wprowadzam się do ciebie po Mistrzostwach.
- Apsik!
- No kurwa cicho!
Co się okazało, nie byliśmy sami. Od początku całej rozmowie przysłuchiwał się Oskar i Kuba, którzy oglądali elementy poprzedniego meczu a śniadanie jedli przed laptopem. Buszek wyszedł niemalże rozanielony a ja zamknęłam za nim drzwi i usiadłam obok roześmianego Kaczmarczyka.
- Ani. Słowa. O tym. Co. Słyszeliście. Ani. Kurwa. Słowa.
- Jasne. - odpowiedzieli zgodnie i pozwolili mi w ciszy poczekać na Stefana.

[17.09.2014, Łódź, godz. 8:40]

- Jeżeli wszystko pójdzie pomyślnie, wyjeżdżamy jutro po śniadaniu. O 7:55 zbiórka w autokarze. Do trzech godzin powinniśmy być w Katowicach. Kuba, mam prośbę. Konferencja z zawodnikami za pół godziny przed treningiem. Oskar zostaje ze mną i Filipem, a Ida i Paweł idą z Winiarskim i Kłosem na konsultację. I proszę o raporty w sprawie ich stanu zdrowia dostarczyć mi maksymalnie godzinę po treningu. Dziś ważny mecz, grafik jest dość napięty. Niby dwa sety, a jednak dużo.
- Trenerze, mam zastrzeżenie co do Mateusza. Narzeka na plecy.
- W takim razie niech dołączy do tej dwójki. A teraz rozchodzimy się i działamy. Miłego dnia i widzimy się na obiedzie.

Stefan był niezwykle konkretny, a im dalej wlazł tym więcej nerwów w sobie tłumił. W przeciwieństwie do Blaina o niczym nas nie informował. Bo Filip nie miał oporów gestykulować do szkoleniowców innych drużyn.


[17.09.2014, Łódź, godz. 10.46]

Postanowiłam, że jeszcze przed treningiem zaglądne do zawodniķów. Odwiedziłam pokój samozwańczych Dorodnych Samców i na widok rzucającego kurwiszczami i innymi przepięknymi, polskimi epitetami Kubiaka zamarłam.
- Ten skończony frajer będzie miał podbite oko po dzisiejszym spotkaniu.
- Albo złamany nos. - dopowiedział Buszek a ja zgromiłam go spojrzeniem.
- Możecie mi powiedzieć o co chodzi?
- Ten rosyjski komunista Spirydonov wyzywa nas od pszeków i zgniłych narodów.
- Ewidentnie trzeba obić mu ryj. - wzdrygnęłam się niedowierzając, że Marcin Możdżonek używa takich słów.
- Chłopcy powiem wam coś, co zawsze działa. Głupota ma to do siebie, że trzeba ją ignorować. Im bardziej będziecie się spinać, tym większa radocha Spirydonova. Zapłaci za te słowa i tak czy siak.
 - Wyłącz Igła ten komputer, niech nie widzę tego popaprańca.
- Kubi mam do ciebie prośbę. Nie zabij go przy powitaniu drużyn. Nawet na niego nie patrz. Proszę.
- Nie mogę ci tego obiecać, ale na pewno się postaram.
Zwróciłam się z tą prośbą tylko do Kubiaka, bo wszyscy wiedzieliśmy jaki był. A był narwany. Przynajmniej w tej kwestii.



[17.09.2014, Łódz, 14:00]

Chcąc poinformować sztab o całym zajściu zeszłam do trenerów, którzy chwilę później podczas obiadu zabrali głos. Poprosili o spokój i ignorowanie zaczepek ze strony Rosjan, a konkretnie Spirydonova. Przez jednego głupiego człowieka atmosfera  zrobiła się na tyle gęsta, że nikt się do siebie nie oddzywał. Zjadłam więc swój posiłek i wyszłam na zewnątrz zapalić.

[17.09.2014, Łódź, godz. 14.34]

Kilka metrów dalej stała Marzena i usilnie próbowała zapalić swojego papierosa. Niestety gazu z jej zapalniczki już nie było, a ja tknięta jakąś siłą wyższą podeszłam ze swoją i pomogłam jej się odprężyć właśnie poprzez zapalenie papierosa.
- Od kiedy palisz? - odezwała się.
- Od imprezy karnawałowej w pierwszej klasie liceum. Miałam wtedy 16 lat. Truję się już dwanaście.
- Ja tyle samo. Dzięki.
- Dziękujesz mi za to, że przybliżam cie do śmierci? - zapytałam w żartach.
- Proszę cie. Świat jest dziwny. Wszystko co jest fajne, ładne, smaczne, przyjemne i odpręża jest zakazane, za drogie albo tuczy.
- Albo prowadzi do przedwczesnej śmierci. Jesteśmy chyba z tej samej planety. - popatrzyłam na rozmówczynię z uśmiechem.
- Ja jestem z planety, gdzie przed mistrzostwami świata przedłuża się włosy.
- A ja z tej, gdzie przed mistrzostwami przedłuża się rzęsy.
- Wiedziałam, że na świecie jest jeszcze jedna osoba, która pali Black Devile.
- O smaku czekoladowym. - rozmarzyłam się.
-I tylko, kurwa mać, czekoladowym.

Czułam, że taki jest właśnie początek cudownej, kobiecej znajomości spod hali w Łodzi.


[17.09.2014, Łódz, godz. 14.35]

Stefan poprosił, aby po obiedzie wszyscy wykorzystali czas na sen, co najmniej do 17:30. Uwzględnił również sztab. W końcu kulisy naszej pracy są takie, że sprawy załatwiamy również w nocy i kiedy zawodnicy słodko śpią, Oskar pije trzecią kawę i przygotowuje dla Stefana statystyki zagrań i skuteczności w atakach czy blokach, ja budzę po cichu Winiara i zajmuję się jego kręgosłupem, a trenerzy ustalają taktykę. Tak naprawdę nie ma dla nas lepszej pory na spokojne przeanalizowanie planu działania jak noc. W porozumieniu ze sztabem doszliśmy do wniosku, że dzisiejszy mecz będzie pokazem silnej psychiki zaprezentowanym przez naszą drużynę z powodu nie tylko wagi spotkania ale i zaistniałego konfliktu.  I tak oto kiedy weszłam do swojego jak na złość nie zamkniętego przed obiadem pokoju, na łóżku słodko spał Rafał a na etażerce obok lampki nocnej leżała kartka z informacją o tym, że Kłos ma alergie, zatkany nos i chrapie i wszyscy już śpią, a on biedny nie może zasnąć. Uśmiechnęłam się pod nosem i usiadłam tuż obok. Buszek natychmiast otworzył oczy.
- Śpij. To tylko ja. - pocałowałam go w czoło i zostawiając po chwili znowu w błogim śnie wzięłam szybki prysznic.

Za kilkanaście minut wykorzystałam czas tak samo jak Rafał i położyłam się do łóżka uprzednio zamykając drzwi na klucz od środka. Czując mnie obok znowu się obudził, topiąc głowę w moim obojczyku.
- Pięknie pachniesz. - szepnął. - Nie wstawaj już. Proszę.
Zostałam. I po chwili sama znalazłam się w odległej krainie Morfeusza.


[17.09.2014, Łódź, godz. 19.52]

Zawodnicy wyszli na płytę boiska aby się rozgrzać. Ich spojrzenia uciekały w stronę znienawidzonego Spirydonova, który i mnie irytował jak nikt inny. No, może z tym, że nikt inny to przesadziłam, bo zawsze był jeszcze Rafał. Stefan ostatni raz porozmawiał z grupą tą najbardziej wybuchową i od tego momentu zaczął dygotać. Istny cyrk. Czas do rozpoczęcia meczu strzelił tak jakby na pstryknięcie palca.

[17.09.2014, Łódź, godz. 20.25]

Kibice odśpiewali hymn, zespoły wyszły na parkiet i o 20:29 rozppczęła się walka.
- Ale ten Spirytus obleśny. Jak świnia.
- Gdybyś nie powiedziała tego w tym miejscu wybuchnęłabym śmiechem.
- No przestań. Kubiak to go tu zaraz samym spojrzeniem wbije w parkiet.
Tak też było. Dziku o mało nie oślepł od patrzenia na zawodnika rosyjskiej drużyny.

[17.09.2014, Łódź,godz. 21:43]

Po dwóch setach stało się jasne, że Polska jedzie do Katowic i walczy o medale. Kibice szaleli, Stefan odetchnął z ulgą, a Kubiak postanowił przemówić.
- Ja tu jestem po to, aby wygrać mecz, a nie dwa sety i nie obchodzi mnie to, jak trudno będzie.
Nikt nie zabrał więcej głosu. Był tylko okrzyk.

[17.09.2014, Łódź, godz. 23.01]

Polacy wygrali mecz. Dotrwali do tie - breaka a co najważniejsze nie pozwolili na odebranie sobie wygranej. Wołkowycki skakał w górę i razem z Marzeną zajął się organizacją pobytu drużyny w świątyni siatkówki. Z przemyśleniami udałam się do swojego pokoju i nie wpuszczając nikogo przez dłuższą chwilę medytowałam nad wydarzeniami dnia dzisiejszego.

*

Szczęśliwego Nowego Roku! Oby był tak dobry jak ten. Bo ten naprawdę był wspaniały. Polski sport będzie go długo pamiętał. Ja też. 


środa, 24 grudnia 2014

Polska 3:2 Brazylia

[15.09.2014, Łódź, godz. 7:21]

Dopiero po przebudzeniu uświadomiłam sobie, że mój wczorajszy pomysł na spławienie Marzeny był kiepski. Ubrałam reprezentacyjne wdzianko i chociaż nie byłam spóźniona, do stołówki weszłam ostatnia. A wolne miejsce było akurat obok Winiara i Mariusza. Rafał siedział gdzieś tam dalej, a Marzena ze sztabem.
- Czeeeść. - przywitałam się speszona, a moi towarzysze mieli dokładnie taką samą minę jak ja. Nic dziwnego. Całej naszej trójce było niezręcznie.Oczywiście nie umknęło to uwadze Igły i Kubiaka, bo od samego początku bacznie nas obserwowali.
- Podasz mi masło, Mariusz?
- Oczywiście.
- Dziękuję.
- Proszę.
- Nie no. Ja z wami zwariuje. Co się znowu stało?! - zbulwersował się Krzysiek.
- Nic. - odrzekł Winiar.
- Zupełnie nic. - dodał Wlazły.
- Nic a nic. - zabrałam głos i zajęłam się słodzeniem herbaty, czego zazwyczaj nie robię. I takim właśnie sposobem dosypałam sobie cztery łyżeczki cukru.
- No to słucham. Mówcie. Nic nie słychać, bo Wrona z Kłosem znowu się drą.
- Więc ja zacznę. - rozpoczął Winiarski i od razu skierował swoje słowa do mnie. - Nie mówiłaś, że ty i Rafał się no, ten tego, no...
- Właśnie, nic nie mówiliście! Dlaczego? Przecież to dobrze! - poparł przyjaciela Mariusz.
- Bo nic między nami nie ma.
- Jak to nie ma? A to całowanie pod pokojem? Takie gorrrące? - poruszył zalotnie brwiami Wlazły.
- Czekaj, czekaj, Wiśniewska. Całowałaś się z Buszkiem i nakryli cię oni, tak? - zapytał Igła.
- Coś w tym rodzaju. - odrzekłam od niechcenia, bo chciałam jak najszybciej wyjść ze stołówki i pozostawić wczorajszą akcję daleko, daleko za sobą.
- Oj Idka, Idka. - pogłaskał mnie po głowie Winiar i wszyscy już na szczęście rozluźnieni pałaszowaliśmy śniadanie. Kiedy pozostali zawodnicy już kończyli, z krzesła podniósł się trener Antiga i poinformował, że dzisiejszy plan nieco się zmienia i za piętnaście minut zawodnicy mają stawić się u mnie, u Pawła bądź u doktora Sokala na zabiegach. Cóż. Nie była to pocieszająca informacja, tym bardziej, że Rafał został przydzielony akurat do mojego stanowiska i zapewne nie oszczędzimy sobie słów. Przywykłam do tego. W końcu od kiedy tutaj jestem zdążyliśmy się poważnie pokłócić trzy bądź cztery razy, a posprzeczać ze sto, więc kolejna wymiana zdań jakiejś wielkiej różnicy mi nie robi.



[15.09.2014, Łódź, godz. 8:45]

Stałam przy swoim stanowisku w dość kiepskim humorze. A wszystko dzięki Marzenie, która od rana wchodzi do tyłka wszystkim ze sztabu. Najchętniej bym ją uderzyła, ale dla niepoznaki zachowuję resztki pozorów. Niestety, kiedy zobaczyłam moich cudownych chłopaków, czyli Kubę i Oskara, najzwyczajniej w świecie wybuchłam i zamknęłam na klucz pokój medyczny.
- Nie wytrzymam, kurwa mać! - wykrzyczałam tupiąc nogą.
- Co jest, Kotek?
- Ona mnie doprowadza do szału! Po co ona tutaj przyjechała?!
- Idka, co ona ci zrobiła? Pracuje dziewczyna, jest całkiem miła, w dodatku mówi, że jesteś bardzo w porządku. Nie rozumiem twoich frustracji.
- A ja rozumiem! - zabłysnął Jakub.
- Oświeć mnie.
- Ty po prostu jesteś zazdrosna o Buszka! Tak, to jest to! I nie wymiguj się, przecież wszyscy wiedzą, że macie się ku sobie. Od wczoraj cię trzyma ta zazdrość. Widzieliśmy jak wpadłaś na konferencję. Umalowana, elegancko uczesana. Chciałaś, żeby Rafał zauważył, że potrafisz być kobieca.
- Kubuś, skąd ty to wszystko wiesz?
- Kobieto, tyle lat studiowałem te wszystkie ludzkie humory i to, co nimi kieruje, że niektóre schematy zachowań znam na pamięć.
- To wszystko jest chore. Najchętniej bym go zamordowała. Poćwiartowała zwłoki i wrzuciła do jakiegoś stawu, żeby nie psuł mi humoru, ale jeżeli ona się do niego zbliży, to robię się wściekła i nie pozwalam jej się do niego zbliżyć.
- Ktoś tu się zakochał, sialalala!
- Przestańcie. W nikim się nie zakochałam. To chwilowe. Poza tym, szukam czegoś innego... Po mistrzostwach wszystko wróci do normy. Zdobędziemy medal, ja wrócę do Katowic, Rafał do Rzeszowa, parę razy spotkamy się na jakimś meczu i już. Po sprawie.
Kiedy skończyłam mówić rozległo się walenie do drzwi.
- Ida, otwieraj!
- Oho. Atakują. Lećcie do siebie, ja muszę zająć się bandą tych oszołomów, bo zaczęło się dobijanie w skromne progi moich umiejętności fizjoterapeutycznych.
- Pogadamy później, okej?
- Obiecuję. No już. Uciekajcie! - przegoniłam ich skinieniem ręki, a w drzwiach minęli się z Kubim.
- Ile można czekać?
- Ale do masażu jeszcze dziesięć minut, Michałku.
- Nie szkodzi. Im szybciej zaczniemy tym lepiej!
- A może masz rację?
I takim oto sposobem zostałam zmotywowana do pracy przez Michała W Gorącej Wodzie Kąpanego Kubiaka.


[15.09.2014, Łódź, godz. 10:15]

Po wizycie Andrzeja i Karola nadszedł czas spotkania z Rafałem. Poprosiłam go, aby położył się na plecach, co posłusznie uczynił zdejmując koszulkę. Moje działania były szybkie, ale dość mocne i dokładne. Byłam tak zamyślona, że nawet nie kontrolowałam swoich ruchów, przez co całą serię zabiegów zakończyłam piętnaście minut przed standardowym wypuszczeniem zawodnika z mojego gabinetu.
- Rafał. - zaczęłam. - Przepraszam cię za wczoraj, nie powinnam była cię całować, ani nic z tych rzeczy. Nigdy w takich okolicznościach.
- Dlaczego? Okoliczności były najlepsze z możliwych. Marzena chyba trochę się przejęła i zaprosiła mnie dziś po kolacji na kawę. Stara się dziewczyna!
- Na kawę? To... To wspaniale. - wycedziłam przez zęby i zabrałam się za sprzątanie mojego miejsca pracy.
- Ida?
- No?
- Jesteś o mnie zazdrosna, prawda? - zapytał ze spokojem. A spokój ten był nadzwyczajny i nie zakrawało się na kłótnie. Ani trochę.
- Nie jestem. - ręce zaczęły mi dygotać, a serce walić jak młot.
- To dlaczego tak się zachowujesz? Po co to wszystko? Po co te pocałunki, po co te godzinne rozmowy, po co ta wczorajsza akcja przy Marzenie, Michale i Mariuszu? Po co?
- Nie wiem.
Faktycznie. To była jedyna odpowiedź na jaką mogłam sobie w tej chwili pozwolić. Głupia ja. Bardzo głupia ja. I tak bardzo niezdecydowana. A może zdecydowana, ale bojąca się przyznać sama przed sobą, o co tak naprawdę mi chodzi.
- Wiesz co? Ja też nie wiem. Nie wiem już nic. Idę do pokoju, widzimy się później na obiedzie.
- Jasne.
- To ... To pa.

I wyszedł. Pozostawiając mnie w totalnej rozsypce.


[15.09.2014, Łódź, godz. 14:15]

Nie zła, ale raczej zasmucona rozmową z Rafałem razem z całą kadrą zasiadłam na stołówce. W pomieszczeniu unosił się zapach pierogów ruskich i zupy pomidorowej. Kubiak bił sztućcami stół, więc jako pierwszy dostał swoją porcję. Igła wykłócił się z Zatorem o ostatniego pieroga na półmisku. A ja nie mogłam w spokoju spożyć, bo od kiedy dostałam miskę z zupą, a minęło od tego momentu jakieś piętnaście, a może i dwadzieścia minut, właściciel mieszkania, które wynajmuję w Katowicach próbował nieustannie się do mnie dodzwonić nie reagując na to, że wszelakie połączenia odrzucam. W końcu zdenerwowałam się jeszcze bardziej niż wcześniej i przeprosiłam wszystkich zgromadzonych udając się na hotelowy korytarz.
- Wreszcie! Dzień dobry, pani Ido.
- Witam, przepraszam jadłam obiad i nie mogłam się wcześniej wyrwać. Coś się stało?
- W zasadzie to nie wiem od czego zacząć.
- Najlepiej od początku, słucham pana.
- Pani Ido, otóż... Będę musiał z pani zrezygnować.
- Nie bardzo rozumiem...
- Wracamy do kraju i niestety nie będzie już pani mogła użytkować mieszkania. Wiem, informuję w nieodpowiednim momencie, ale taka kolej rzeczy. Tak niestety wyszło. Przykro mi.
- Kiedy mam zabrać swoje rzeczy i zostawić klucze?
- Tutaj pojawia się problem. Czy jutro o dwunastej pani odpowiada? Ostatecznie się rozliczymy, oddam pani za remont łazienki i sprzęty, które pani kupiła.
- Dobrze, postaram się przyjechać.
- W takim razie do zobaczenia.

Nie zdążyłam się nawet pożegnać, bo natłok łez w moich oczach spowodował, że rozłączyłam się najszybciej jak mogłam. Wzięłam głęboki oddech i ponownie przekroczyłam próg stołówki. Na całe szczęście nikt z zawodników nie zwrócił na mnie większej uwagi.
- Stefan, Filip - mogę was prosić? To ważne.
- Oczywiście.
W trójkę udaliśmy się na miejsce, gdzie stałam rozmawiając z właścicielem mojego lokum. Antiga i Blain od razu wiedzieli, że coś się stało i to za sprawą telefonu, który przez cały obiad nie dawał mi spokoju.
- Trenerze, ja wiem, że jutro jest mecz. Ja to wszystko wiem. Ale stało się coś, co muszę załatwić osobiście. Właściciel mojego mieszkania w Katowicach wraca i prosił, abym jutro o dwunastej zabrała swoje rzeczy i wyprowadziła się z mieszkania.
- Jutro o dwunastej, hmmm... Nie ma sprawy. Jest Paweł i Jan, poza tym możesz poprowadzić poranne ćwiczenia i wtedy spokojnie jechać do Katowic, bo droga jest dobra i zajmie ci to dwie godziny. Przydałoby się, żebyś na osiemnastą była tutaj. Jesteśmy w stanie na to przystać, prawda Filip?
- Ida, dziecko... - Blain nie słuchał kolegi. Doskonale wiedział, że mieszkałam w tym miejscu nie licząc roku za granicą 7 lat. Nawet w przerwach w pracy nie wracałam do Rzeszowa tylko właśnie na Śląsk.
- Dziękuję wam. Powiem tylko bratu, że musi ze mną jutro pojechać i za dwie godziny pojawię się na treningu.
- Potrzebujesz czegoś?
- Do zobaczenia.

Nie odpowiedziałam na pytanie Stefana. Wyciągnęłam z kieszeni papierosy i bez względu na wiatr i dość nieciekawą pogodę usiadłam na balkonie. Nie swoim, ale Kuby i Oskara, u których wybuchłam zaraz po przekroczeniu progu pokoju. Wiedziałam, że już wiedzą. Stefan poinformował przed momentem cały sztab o mojej jutrzejszej, kilkugodzinnej nieobecności.
- Utrata tego mieszkania jest dla mnie ciosem. Ludzie wprowadzają się, wyprowadzają, budują, burzą, kupują i sprzedają swoje domy, ale ja byłam bardzo związana z tymi sześćdziesięcioma dwoma metrami kwadratowymi. Przeżyłam tam najpiękniejsze lata swojego życia w moim ulubionym miejscu w Polsce. Mieszkanie miało swój klimat. Było po prostu moje, a nabrałam na to nadziei w momencie, kiedy właściciel pozwolił meblować mi poszczególne pomieszczenia według własnego uznania. Zdecydowanie utraciłam część siebie. Utraciłam możliwość kontynuowania  tego iście studenckiego, zabałaganionego życia, które było niezwykle urokliwe. Część swoich przemyśleń i decyzji, które podejmowałam właśnie w tym miejscu. Możliwość dalszych radości, które towarzyszyły mi, kiedy w przerwach w pracy wracałam z Francji czy z innych miejsc. Nigdzie nie znajdę takich sąsiadów, Z tymi katowickimi zżyłam się lepiej, aniżeli ze swoją rodziną.  Mówiąc krótko, ta przeprowadzka spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. W dodatku jestem totalnie niepozbierana w sferze uczuciowej. W domu też nie za dobrze. Mam masę problemów, a w dodatku nie mam gdzie mieszkać. Dom rodzinny jest sprzedany, bracia mieszkają rozsypani po Polsce, a mama u wujka. A ja muszę to udźwignąć sama. Wiecie co? Idę się przejść.


[15.09.2014, Łódź, godz. 16:10]

Trening rozpoczął się dziesięć minut temu, a ja nawet nie zarejestrowałam momentu, kiedy zawodnicy pojawili się na sali. Z letargu wybudził mnie dopiero doktor Jan, który obiecał, że coś wymyśli specjalnie dla mnie. Pomimo chwilowego zamyślenia, dobry humor mnie nie opuszczał, a przynajmniej takie stwarzałam pozory. Było mi po prostu łatwiej udawać, że wszystko jest w porządku. Łatwiej wmówić samej sobie, że przecież nic się nie stało. Od swoich myśli uwolniłam się również dzięki obserwowaniu trenującego Winiara, który kontuzję ma daleko za sobą. Starałam się nie zwracać uwagi na Rafała i na Marzenę która rozprawiała o czymś z Wołkowyckim, tym bardziej, że w uszach brzmiały mi słowa Buszka o ich rzekomym pokolacyjnym spotkaniu. W pewnym momencie zmieniłam miejsce i usiadłam obok Oskara, aby trochę mu pomóc. Może do tego się chociaż nadam.


[15.09.2014, Łódź, godz. 19:00]

Na kolacji byłam już wykończona. Czułam się, jakby potrącił mnie - jak to mawia Jakub - czołg, bądź inny pojazd takiej wagi. Na domiar złego siedziałam przy jednym stoliku z Marzeną, która była ostatnią osobą, na którą chciałam w tym momencie patrzeć.
- Ja też jej nie lubię, żółwik. - powiedział mi konspiracyjne na ucho Zagumny, a ja szczerze się zaśmiałam, o co tego dnia było bardzo ciężko. Ja również przybiłam mu symbolicznego żółwika i z trudem przełknęłam kęs kanapki. A i tak jadałam małe porcje.
- Jeżeli tego nie zjesz, to przywiążę cię do krzesła i osobiście nakarmię. - pogroził mi Mika, któremu przed kolacją również się wygadałam.
- Chciałabym to zobaczyć. - zaklaskała Marzena a ja nie wytrzymałam i powiedziałam to, co w tym momencie akurat pomyślałam.
- Ja pierdole. Zamilcz.
Zrobiło się cicho, Kubiak się zakrztusił, a trenerzy popatrzyli po sobie, bo byli świadomi, że ja i Marzena raczej się nie polubiłyśmy i nie zanosi się na to, żeby było inaczej.
- Możecie iść do swoich pokoi. - nakazał Stefan, a Marzena zapytała czy będzie potrzebna.
- Nie będziesz. Możesz iść na kawę. - poklepałam ją po plecach, a ona mierząc mnie wzrokiem i informując Rafała, że za piętnaście minut będzie gotowa podążyła w ślad za zawodnikami.


[15.09.2014, Łódź, godz. 20:13]

Światła w jadalni zgasły. Siedziałam standardowo przy oknie, a myślami byłam gdzieś tam w Katowicach. Wyobrażałam sobie jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień. Jak będę się czuć i jak będę zachowywać się po tym wszystkim. W pewnym momencie rozdzwonił się telefon. Kolejny raz na ekranie pojawiło się nazwisko właściciela. Udając wesołą, odebrałam.
- Pani Ido, czy godzina dwunasta jest aktualna? Wyrobi się pani?
- Tak, przyjadę do Katowic razem z bratem.
- Wspaniale, czyli wszystko bez zmian?
- Bez zmian. Przepraszam, muszę kończyć.

I skończyłam. Do moich oczu napłynęły łzy, których nie potrafiłam już zatrzymać. Ewidentnie sobie nie radziłam. A cisza, która teraz miała miejsce, spotęgowała mój żal i sprzyjała upustowi emocji. Rozmazałam swój makijaż, którego bez motywacji w postaci Marzeny bym nie zrobiła i położyłam głowę na stole. Gdyby moja mama zobaczyła mnie w takim stanie zapewne płakałaby razem ze mną, ale poprosiłam Piotrka, aby nic jej nie mówił. Tak jest przecież lepiej. W stanie opłakanym, w dosłownym tego słowa znaczeniu, wróciłam do swojego pokoju. Nie zapaliłam światła. Stanęłam przy oknie i poczułam, że ktoś całuje moją głowę i łapie za dłoń.
- Czekam na ciebie dobre pół godziny.  Wszystko już wiem.
- Miałeś iść na kawę.
- Nie poszedłem. Słuchaj. Albo będziesz mieszkać ze mną albo z nikim innym. Rozumiesz?
- Co ?! Ty coś piłeś, prawda ?
- Nie. Ja ci tylko nie pozwolę mieszkać z kimś innym.
- Chyba sobie żartujesz. Popierdoliło cię już całkiem! Przychodzisz do mnie w momencie, kiedy jedyne czego potrzebuje to samotności i proponujesz mi nie wiadomo skąd wzięte banały, bo prośbami raczej tego nie nazwę.
- Niczego nie rozumiesz.
- Masz racje. Niczego nie rozumiem, Rafał, bo ja nie wiem, co do ciebie czuję. - wypowiedziałam jednym tchem.
- A może zrozumiesz wreszcie to, że przyszedłem zaproponować ci, abyś się do mnie wprowadziła?
- Chyba nie mówisz poważnie?
- W tym momencie jestem śmiertelnie poważny.
- Rafał, jak ty to sobie wyobrażasz?
- Normalnie. Spakujesz rzeczy, przywieziecie je z bratem tutaj, a później wrócimy z nimi do mnie. Czy musimy sobie całe życie wszystko komplikować? Czy musimy się wiecznie kłócić?
- Nie zrobię tego...
- Oj, nie pierdol głupot. Podświadomie już się zgodziłaś.
- Dobra, odbiegając od tematu... Dlaczego nie spotkałeś się z Marzeną?
- Bo wolałem spotkać się z tobą.
Kolejny raz cicho zatrzasnął za sobą drzwi pozostawiając mnie w pieprzonej bezradności. Co on sobie myślał?! Że jak gdyby nigdy nic u niego zamieszkam?! Nie pozostało mi nic innego jak iść do pokoju któregoś z moich chłopaków i po prostu się wygadać. Ale głupia ja. Zostałam u siebie, zastanawiając się nad swoim losem i prosząc siły wyższe o jak najdłuższe trwanie mistrzostw. Im więcej dni na przemyślenia- tym lepiej.


[16.09.2014, Łódź, godz. 17.54]

Szczęśliwie dotarłam do Łodzi. Piotrek popędził na kolację do pobliskiej restauracji, a ja do drużyny.
- O! A któż to, a któż to?!
- Też się cieszę, że cię widzę Magneto! - zmierzwiłam włosy środkowego i usiadłam przy stole ze sztabem.
- Co słychać?
- Leci, trenerze. Oddałam klucze, dostałam pieniądze za lodówkę i pralkę i zwrócili mi stolik, szafkę, wszystkie ozdóbki i inne moje rzeczy.
- Co dalej?
- Więc ... Wracam do Rzeszowa. Przynajmniej do czasu, kiedy niczego fajnego nie znajdę na Śląsku.
- Gotowa na dzisiejsze emocje?
- Już zacieram ręce. Nasze Orły są w dobrej dyspozycji, ale będzie ciężko. - wzdychnęłam.
- Hej! Ida! Jesteśmy w takiej formie, że możemy pokonać każdego. A przynajmniej ja w nich wierzę. -odpowiedział trener a ja uśmiechnęłam się.
- Stefan, ja też w nich wierzę. I wyobrażam sobie, co przechodzą. Przed meczem konferencja?
- Tak, będzie na niej tylko Kuba. Później spotkamy się już tylko w szatni.


[16.09.2014, Łódź, godz. 23.47]


- WSTAAAAŃ UNIEŚ GŁOWĘ, WSŁUUUCHAJ SIĘ W SŁOWA PIEEŚNI O MAŁYYYM RYCERZUUU!
- Igła moje uszy... Moje biedne uszy. - skrzywił się Zatorski.
- A gdzie Kubi? - zapytałam siedząc w pokoju Wlazłego i Winiara z całą drużyną, Oskarem i Kubą. Nawet Marzena przyszła i o dziwo mi nie przeszkadzała.
- Pewnie kłóci się z Rezende. Albo mu przywalił.
Na słowa Buszka wszyscy zaczęli się śmiać bo atmosfera na meczu i po nim była  gorąca a nasz Kubiaczek nakręcił się najbardziej jak to było możliwe.



Taka świąteczna niespodzianka. Kochane! Dużo zdrowia, wiary w siebie, dużo miłości bo miłość jest najważniejsza, spełnienia marzeń. Sobie samej życze cierpliwości, zdrowego serduszka i zdania wszelakich matematycznych egzaminów.

czwartek, 18 grudnia 2014

Polska 3:2 Francja

[14.09.2014, Łódź, godz. 9:46]

- Stefan? Wszystko okej? - złapałam zamyślonego trenera za łokieć, bo przez całe śniadanie nie odezwał się do nikogo ani słowem.
- Tak, skarbie, w porządku wszystko.
- Nie wierze ci.
- Chodź.
Skinął ręką wskazując na drzwi w hotelu. Wyszliśmy więc na zewnątrz, a za nami podążył Filip. Przysiedliśmy na betonowych schodach,
- Mogę zapalić?
- Pal. - obydwoje skinęli głową, a ja wyciągnęłam zapalniczkę. Po pierwszym zaciągnięciu się nikotyną wbiłam swoje tęczówki w Stefana .
- No co mam ci powiedzieć?
- Trenerze, a może to po prostu chodzi o dzisiejszy mecz. Bo dziś gramy z Francją.
- Dobra, rozgryzłaś mnie. Ciężko mi z tym. W końcu to drużyna mojego ojczystego kraju, w dodatku grałem w niej tyle lat...
- Wiem Stefan, Filip, potrzymaj mi cygara. - oddałam palącego się papierosa Filipowi i przytuliłam Stefana. - Wiem też, że zależy ci na wygranej. Żeby zaprezentować się z dobrej strony, ale przykro ci będzie , jeżeli Francja przegra.
- Dokładnie. Obydwie drużyny są mi bardzo bliskie.
- Mnie też.
- Oj, tatuś! - przytuliłam również Filipa - moją dobrą duszę  i popatrzyłam na obydwóch Francuzów. - Jesteśmy jak rodzina, musimy sobie pomagać. W sumie spędzimy ze sobą ponad miesiąc.
- I mam nadzieje, że jeszcze więcej. Chciałbym Ci zaproponować dalszą współpracę z reprezentacją. I tobie i Jakubowi. Oczywiście sztab się nie zmieni. Doktor Sokal chwali sobie współpracę z tobą. Mówi, że jesteś sumienna i nie dajesz sobie wychodzić na głowę. Poza tym, wiemy z pewnego źródła, że taka właśnie starałaś się być i chciałaś, żebyśmy to zauważyli.
- Boże... Nie wiem co powiedzieć!
- Nic nie mów, tylko się zgódź! - krzyknął Filip. Byłam pewna, że maczał w tym palce.
- Dziękuję!
- Podziękuj Rafałowi.  - odpowiedział Stefan na odchodne i wszedł do ośrodka klaskając w dłonie, aby siedzący na parkiecie zawodnicy wstali i zaczęli się rozgrzewać.
- Filip, masz chwilę?
- Chcesz pogadać?
-  Mam wątpliwości. - zaczęłam od razu.
- Z czym?
- Chodzi o przedłużenie umowy. Nie potrafię powiedzieć na sto procent...
- Ale jak to?! Przecież o to zabiegałaś! Chodzi o któregoś z zawodników, prawda?
- Filip, a musimy o tym rozmawiać?
- Nie naciskam.
- Wracamy?
I wróciliśmy.


[14.09.2014, Łódź, godz. 10:36]


Nie chciałam jeszcze mówić Filipowi o swoich obawach, a tym bardziej Stefanowi, który był niemalże przekonany, że jego propozycję rozpatrzę pozytywnie. Standardowo usiadłam między Jakubem a Oskarem i rozprawialiśmy nad nowym pracownikiem sztabu, a raczej pracownicą, która miała pojawić się lada chwila.
- A może będzie kosmitą? - zapytał Jakub wyraźnie zaciekawiony tym, kto za moment stanie przed jego oczami.
- A może będzie murzynką?
- A może nie ma czego się domyślać, tylko wystarczy poczekać? -
zdzierżyłam Oskara miażdżącym spojrzeniem.
- Wyliczając to z prawdopodobieństwa...
- Oskar, błagam. Nigdy nie błyszczałam z matmy.
- Dobra, może faktycznie za bardzo ją przeżywamy?
- Idzie! - wrzasnął Jakub i całym sztabem ustawiliśmy się w szeregu, nie wiadomo dlaczego, ale idealnie równo. Jakby swoją obecnością zaszczycił nas sam prezydent Barack Obama. Kiedy zobaczyłam drugą kobietę w kadrze oniemiałam. Elegancka dziewczyna, o długich blond włosach - na szczęście nie dłuższych niż moje, z długimi nogami, których również mi nie brakowało oraz wielkim, ale to naprawdę wielkim biustem. Choć i u mnie nie było z tym najgorzej, akurat pod tym względem zostałam znokautowana. Chłopcy zaglądali jak małpy w zoo a ja jako jedyna nie miałam oporów, aby rozbudzić zapatrzony w walory nowej pomocnicy menadżera Wołkowyckiego sztab szkoleniowy. Sam przełożony dziewczyny zrobił oczy wielkości pięciozłotówek.
- Witamy w drużynie. - wyciągnęłam rękę i lekko uśmiechnęłam się.
- Marzena Dąbrowska. To w kadrze jest kobieta? 
No nie. No po prostu nie uwierzyłam w to, co usłyszałam. Wredna krowa. Zmierzyła mnie wzrokiem z góry na dół, a mimika jej twarzy pozostawała niewzruszona. Dopiero teraz, kiedy widziałam ją, tak zadbaną, zrozumiałam, że wyglądam jak facet. Poza reprezentacją dbałam o siebie, starannie dobierałam garderobę, bawiłam się modą, makijażem, nawet doborem lakieru do paznokci. Jednak od kiedy ciężko pracowałam razem ze sztabem, nie przykładałam najmniejszej wagi do tego, jak wyglądam. I kiedy okazało się, że Marzena nie jest kosmitą, nie jest murzynką, ma normalne imię, jest ładna, a nawet bardzo, bardzo ładna, w dodatku jest blondynką i ma długie włosy, przeżywania chłopaków okazały się jak najbardziej słuszne nie dla nich, ale dla mnie. Bo to ja powinnam bać się konkurencji, którą ona niewątpliwie była. A już w chwili obecnej byłam w stanie stwierdzić, że w tym sztabie i w tej reprezentacji jest miejsce tylko dla jednej z nas, a przynajmniej tak podpowiadała mi moja intuicja. Ta kobieca, czy coś.
- To gdzie mój pokój?
- Może być ze mną.
- odparł oczarowany Piotrek, mój brat. A już myślałam, że jeżeli przechodząc zobaczył moją minę na widok Marzeny, oszczędzi sobie komentarzy.
- Pokój Marzeny to dwieście trzynaście. Może cie zaprowadzę? - zaproponowałam, a w głębi serca cieszyłam się z tego, że to nie ze mną będzie go dzielić.
- Jasne, byłabym ci bardzo wdzięczna. 
Ruszyłyśmy we dwie w stronę windy. Nie odezwałam się ani słowem. Chyba od początku się nie polubiłyśmy.
- Ćwiczysz coś? Masz idealne ciało. - zabrzmiało w moich uszach wyrywając z medytacji.
- Tak, chodzę na siłownię i na zajęcia zumby, oprócz tego biegam. - odparłam bez ani krzty pychy w głosie, bo daleko mi było do jakichkolwiek przechwałek. Towarzyszka uśmiechnęła się i kiwnęła głową z uznanie. Po niespełna kilku sekundach byłyśmy już pod jej pokojem.
- To ja uciekam do siebie. 
I faktycznie - można to było nazwać ucieczką. Marzena wzbudziła we mnie zazdrość, pomimo tego, że jako pierwsza zobaczyła, że moja figura jest godna uwagi i teoretycznie powinnam czuć się doceniona. Była kobieca. Nawet jak po kilkunastu minutach zeszła na dół w dresie reprezentacyjnym to koński ogon dodawał jej uroku. Każdy włos zaczesany był równo, ani jeden kosmyk nie wychodził z gumki. Zaś na mojej głowie panował istny chaos. Nie wspominając już o paznokciach, które miała równe, przycięte na krótko, ale mimo wszystko tak idealne, o jakich ja w chwili obecnej mogłabym tylko pomarzyć. Każdy jeden różnił się od drugiego długością, w dodatku lakier pozostał tylko na lewym kciuku. Porażka.


[14.09.2014, Łódź, godz. 17:22]

Dokończyłam masaż z Winiarskim i wymijając chłopaków w stołówce porwałam ze stolika dwie drożdżówki z wiklinowego koszyka oraz szklankę z gorącą herbatą i informując Filipa, że nie będę na kolacji, bo muszę zrobić coś ważnego zamknęłam się w swoim pokoju. Wyciągnęłam kosmetyki, lakiery do paznokci oraz pilnik i zmotywowana elegancką Marzeną postanowiłam zadziałać i po prostu stać się kobietą. Nawet, jeżeli przede mną tylko konferencja z zawodnikami przed meczem. Zawsze pozostawało samo spotkanie, na które miałam ochotę chociaż raz się odstrzelić. Tym bardziej, że od dzisiaj ławkę sztabu szkoleniowego zajmowałam jako jedna z dwóch kobiet. Pomalowałam się beżowym, lekko połyskującym cieniem, użyłam też podkładu, bronzera, aby wykonturować twarz, maskary i błyszczyka, rozpuściłam w końcu włosy, wyrównałam paznokcie i pomalowałam je bezbarwną odżywką nadając połysku.



[14.09.2014, Łódź, godz. 18:14]

 Popatrzyłam na zegarek i niestety byłam już spóźniona, za co Stefan najprawdopodobniej mnie zabije, bo już wczoraj ucięłam sobie drzemkę przed konferencją i zaspałam na nią ponad piętnaście minut. Wybiegłam z pokoju jak burza potykając się przy okazji i dywan na korytarzu i na salę konferencyjną weszłam zasapana z obolałym łokciem. No pięknie. W dodatku któryś z zawodników zagwizdał, a Stefan zrobił coś na kształt ''Hoho'' i już nawet nie skarcił mnie za spóźnienie. Rozglądnęłam się po wpatrzonych we mnie twarzach zawodników, a tęczówki utkwiłam w Marzenie, która ochoczo rozprawiała nad czymś z Buszkiem. I wcale nie była to rozmowa stricte służbowa. Bo gdyby takowa była, ona nie zakręcałaby na palec włosów, a on nie peszyłby się jak małe dziecko, kiedy coś przeskrobie. Fuknęłam nie kontrolując tego, a Stefan przerwał rysowanie taktycznych rozwiązań na wykonanie krótkiej.
- Stało się coś?
- Nie, no co ty? Gdzieżby.

Dopiero po tych słowach zostałam zauważona przez Rafała, który natychmiastowo oderwał wzrok od roześmianej Marzeny. Byłam wściekła, bo jak on mógł z nią gadać, w dodatku całkowicie mnie olewając?! Przesiedziałam całą konferencję naburmuszona jak najbardziej niezadowolony człowiek na świecie i ani razu nie zareagowałam na docinki Kuby, który razem z Oskarem jednoznacznie stwierdził, że trzeba mnie po meczu wziąć na piwo. I to koniecznie.




[14.09.2014, Łódź, godz. 23:00]


Mecz zakończył się dla nas pozytywnym wynikiem trzy do dwóch. Stefan klepał zawodników po plecach i niemalże fruwał z radości, choć po spotkaniu z grupką francuskich znajomych na chwilę posmutniał. Filip chyba był mniej wrażliwy. Cieszył się jeszcze bardziej niż Stefan i nawet nie zamienił słowa z ani jednym zawodnikiem drużyny przegranej. Zostawiłam trenerów i razem z Kubą i Oskarem usiedliśmy w stołówce nie przy piwie ani niczym z tych rzeczy, ale przy gorącej herbacie.
- No co się tak patrzycie?
- Wyglądasz inaczej.
- Jak to inaczej?
- No... Inaczej! Jesteś pomalowana!
- Aha, i co z tego? Jestem kobietą.
- No tak, ale wcześniej...
- Co wcześniej? Chcesz powiedzieć, że wcześniej nią nie byłam?
- Nie! Nie to miałem na myśli!
- Gdybyś mu nie przerwała, to by się wytłumaczył.
- zwrócił mi uwagę Jakub, na co pozostało mi tylko wzruszyć ramionami i przewrócić oczami. Dopiłam napój i stwierdziłam, że na mnie już pora i idę się położyć. Pożegnałam się krótkim: "Dobranoc'' i zniknęłam za drzwiami jadalni.


[14.09.2014, Łódź, godz. 23:17]


Na korytarzu świeciło się tylko jedno światło, więc względna ciemność powodowała u mnie wrażliwość na wszelakie szmery i skrzypiącą podłogę.
 - Ekhem.
- Zwariowałeś?! Jest późno, ciemno, a ty mnie straszysz. W dodatku jako twój osteopata nakazuję ci, abyś położył się spać.
- Nie spocznę, dopóki mi nie powiesz, co cię ugryzło.
- Hm, chyba nic. W tym okresie mało już pszczół. Chociaż nie! Są przecież komary. Fuj.
- Ida, nie mów do mnie jak do niedorozwiniętego dziecka. Zawsze tak mówisz, kiedy nie wiesz co odpowiedzieć. Zawsze się tak wykręcasz.
- Kurwa mać! Następny. Czy mnie się już nie można pomalować, uczesać i chociaż raz wyglądać kobieco?

- No wolno, ale ...
- Ale co?
- Zachowujesz się tak od momentu, w którym progi naszego hotelu przekroczyła Marzena.
- Ona to mnie akurat najmniej obchodzi.
- Nie wydaje mi się. Widziałem jak na nią patrzyłaś na konferencji. Jakbyś chciała ją zamordować.
- Niemożliwe, że zwróciłeś na mnie uwagę, skoro byłeś w nią tak wpatrzony.
- Jesteś zazdrosna.
- A ty jesteś głupi.
- skarciłam mojego rozmówcę wzrokiem, który za moment przeniosłam na schody, przy których stał nie kto inny jak Marzena.
- Rafał, mógłbyś zobaczyć, czy z moim telewizorem wszystko w porządku? Strasznie śnieży. 
- Suka. - powiedziałam sama do siebie, że tylko Buszek to usłyszał i popatrzył na mnie z otwartą buzią, którą postanowiłam mu zamknąć namiętnym pocałunkiem. Akcja była przekomiczna, bo zza pleców Marzeny wychylili się wracający z nocnej przechadzki po korytarzu Wlazły z Winiarem, a ona sama stała w krótkiech koszuli nocnej na szelkach.
- Dobranoc. - odpowiedziałam głośno odrywając się od Rafała i stanowczo zamknęłam drzwi opierając się o nie plecami i powtarzając sama do siebie, że głupszej od siebie nie znam.










jestem tu. i tu też jestem: http://www.photoblog.pl/olczaolcza

czwartek, 4 grudnia 2014

Polska 3:2 Iran

[12.09.2014, Łódź, godz. 10.54]


Dziś dzień wolny. Co prawda jutro mecz z Iranem, jednak oddech po takich emocjach jest wskazany. A moim oddechem miała być obecność  cudownego brata. Oczywiście cała trójka jest wspaniała, ale tylko ten najstarszy postanowił oderwać się od felernego ostatnio Rzeszowa. Zbiegłam w dół i zapiszczałam jak dziecko, kiedy przed drzwiami stanął Piotrek. Przewróciłam jego walizkę i rzuciłam mu się na szyję. Jak malutka dziewczynka. A on? Uśmiechnął się szeroko i pstryknął palcem w mój nos.
- Chodź do recepcji! Pokażę ci twój pokój!
Trzymałam go za rękę i ciągnęłam za sobą wzdłuż korytarza. Chłopcy powychylali głowy z pokoi nieco zdezorientowani, ale widząc to stanęłam na baczność i szarpnęłam Piotrka, aby zrobił to samo.
- Podobny? - kiwnęłam głową i wyszczerzyłam się do Nowakowskiego, który wyraźnie zainteresował się nowym przybyszem.
- Ładniejszy. - odparł stojący za nim Guma, a Piotrek zaśmiał się i poprawił teatralnie swoją grzywkę. No tak. Oni wszyscy są tacy sami.
- No wreszcie, witam Rzeszowiaka!
- Mikuś, ty gówniarzu!
Mój brat i Mateusz znali się jeszcze z czasów, kiedy mieszkałam we Francji. Piotrek parę razy gościł w Montpellier i na moje nieszczęście dogadał się z Miką. Podejrzewam, że z resztą też się dogada.
- Idę do Filipa. - odrzekł odstawiając walizkę. - A kiedy wrócę, pójdziemy na papierosa.
- Zgoda. - uśmiechnęłam się i wyszłam udając się do lokum Wlazłego i Winiarskiego. Poprosiłam Winiara o zejście do doktora Sokala, bo właśnie takie polecenie dostałam od mojego przełożonego i oklapłam na łóżku obok Mariusza.
- Kubiak i Cichy ciągle oglądają te laski z naprzeciwka.
- A ile one mają lat?
- Z tego co wiem, to są w gimnazjum
- A oni o tym wiedzą?
- Nie! Po co psuć zabawę?
Pokręciłam głową i na odchodne odwróciłam się jeszcze, mówiąc:
- Mario, odpocznij. I mówię to nie jako twój lekarz, ale jako osoba, która chce cię oglądać w takiej formie, jaką prezentujesz.
- Czyli nie pomasujemy się dzisiaj? Zostawiasz mnie Sokalowi czy Pawłowi? - zapytał trzepocząc rzęsami, a Konarski, który nie wiedzieć czemu pojawił się w pokoju postanowił włączyć się w dyskusję.
- Ona to się będzie masować, ale z Rafałkiem. - cmoknął w moją stronę a ja wróciłam do łóżka Mariusza i chwyciłam za poduszkę, którą zdzieliłam Dawida.
- I żebyś mi się na oczy nie pokazywał! A teraz wybaczcie, ale idę zapalić. - wystawiłam język i wyszłam z pokoju. Po drodze na dwór trafiłam oczywiście na Fabiana, Igłę, Zatora i Oskara. Z daleka machał mi również Możdżon tańczący w rytmach zapewne Empire Of The Sun, bo ostatnio pokazałam mu kilka piosenek.


[12.09.2014, Łódź, godz. 11:22]

Wyciągnęłam swoje Black Devil'e i wyszłam na pole, gdzie za chwilę dołączył do mnie brat.
- W końcu mam z kim palić. - uniosłam wzrok, tak jakbym miała krzyknąć ''Dzięki Ci, Boże!''
- No widzisz! A ogólnie to co słychać?
-W porządku. -odpowiedziałam z lekkim uśmiechem, który zagościł na moich ustach w momencie, kiedy zobaczyłam przechadzającego się po ośrodku Rafała.
- Ekhem. Halo! Ziemia do Idy!
- Wybacz, zapatrzyłam się.
- Hmm.
- No co? - wypuściłam z ust dym kompletnie nie zwracając uwagi na to, że Piotrek wpatruje się we mnie jak w obrazek.
- Ty nigdy nie umiałaś niczego ukryć.
- Ale czego ukryć? Po prostu się uśmiecham, Boże no!
- On... Podoba ci się, tak?
- Piotrek przestań mnie męczyć!
- Tak czy nie?
- Nie.
- Bardzo czy jeszcze znośnie?
- Dobra. W cholerę.
-  No to co ja tutaj jeszcze robię? Idę pogadać ze szwagrem!
- Piotrek, kurwa mać, czy ciebie już totalnie posrało? Piotrek stój!
Mój krzyk okazał się bezskuteczny bo Piotruś nim się spostrzegłam stał obok Buszka i bacznie mu się przyglądał, a kiedy zapytał go, czy to prawda że jest z okolic Rzeszowa i rozmowa zaczęła się kleić, stałam jakby mi ktoś włożył do ust tonę gruzu i kopara opadła tak nisko, jak nigdy.
- Znasz Idę?
- To moja siostra.
- Aaaaa. No tak. Wspominała, że masz przyjechać. Pewnie jesteś Piotrek.
- W rzeczy samej.
- Rafał. - wyciągnął rękę w stronę mojego brata. - No proszę, a gdzie reszta rodzeństwa?
- Jak będziesz ładnie przyjmował, to przyjadą na finały. Chyba, że Ida nie załatwi wejściówek.
- Zamilcz, głupcze. - syknęłam przez zęby, a Buszek permanentnie wykorzystał moją złość.
- Złościć się na starszego brata? Nieładnie.
Poczułam się co najmniej tak, jakbym była w jakiejś zmowie. Mój brat najwyraźniej zakumplował się z Buszkiem, który ewidentnie przypadł mu do gustu. Odłączyłam się od zagadanej dwójki i zawołana przez Nowakowskiego podeszłam do jego, jak się okazało nowej partnerki. Z mojego serca spadł kamień bo w końcu mam pewność, że mój prześladowca w końcu dał mi spokój. Poznałam również dziewczynę Drzyzgi, żonę Kubiaka, której o mało nie powiedziałam, że jej ukochany podgląda gimnazjalistki na boisku i partnerki Mariusza, Gumy i Winiara. Po meczu zawodnicy spotkają się z resztą bliskich. Wszyscy goście będą z nami aż do zakończenia mistrzostw, pod warunkiem, że zorganizują sobie nocleg, posiłki i transport. Zostawiłam podekscytowanych przyjezdnych i udałam się do sztabu, aby omówić znacząca kwestie, a mianowicie grę Michała w dzisiejszym meczu.
- Doktorze. - zwróciłam się do mojego szefa. - Jakieś wieści?
- A no takie, kochana Idko, że z naszym Michałem nie za dobrze.
- Panie Janku, przecież wczoraj ... - zacięłam się, bo zrobiło mi się przykro.
- Wczoraj może i tak. Ważne co jest dzisiaj.
- Co teraz?
- Michał właściwie rozkazał, abyśmy pozwolili mu na grę w dzisiejszym meczu bez względu na to, w jakim stanie znajdują się jego plecy.
- No tak, jest dorosłym facetem...
- Ale jeżeli dozna urazu to kto wie, czy nie wykluczy go to z mistrzostw już do końca. Wtedy będą łapać za szyje nie Winiarskiego, a nas. Sztab szkoleniowy i trenera.
- No więc co zamierza pan zrobić? - zapytał fizjoterapeuta Paweł a ja patrzyłam na doktora Sokala, wyczekując odpowiedzi.
- Zrobimy tak droga młodzieży...- zaczął. -Wpuszczamy Michała na pierwszy set, a później zadecydujemy kto wchodzi. Dostanie leki i zastrzyk. Porozmawiamy z Antigą, aby w miarę możliwości zmieniano go.
- A kto powie o tym Winiarskiemu? On nie będzie chciał słyszeć o żadnej taryfie ulgowej.
- Nie ma wyjścia. Albo godzi się na takie warunki, albo powiem Stefanowi, że dziś na przyjęcie za Michała wchodzi Buszek.


[13.09.2014, Łódź, godz. 21.22]

Mecz trwa w najlepsze. Doktor Sokal dwa sety przesiedział jak na szpilkach. Ja z Pawłem podobnie, ale w trzecim secie wszyscy odetchnęliśmy. Posłałam Stefanowi ciepły uśmiech, bo widziałam jego zdenerwowanie całą sytuacją. W końcu dzisiejsze spotkanie to nie przelewki. Chłopcy byli skupieni i o każdą piłkę walczyki jak lwy. Tak przynajmniej mówił Oskar, ale rzeczywiście - miał chłopak rację. Przy stanie 19:20 coś niedobrego zaczęło dziać się na boisku. Michał skrzywił się i upadł. Zamarłam. Popatrzyłam na miejsce, gdzie siedział doktor Sokal, ale niestety już go nie było. Kucał przy zwijającym się z bólu Winiarskim, który dzięki pomocy Mariusza i Gumy wstał z parkietu. Oparł się o ramie Jana i prosił o zejście z boiska. Po chwili na miejscu pojawiłam się ja i Paweł. Pomógł doktorowi utrzymać Michała w pionie i usadowić na krzesełkach dla rezerwowych.
- Właśnie o tym mówiłem. Kurwa mać! - wykrzyczał doktor, a ja i Paweł próbowaliśmy zlokalizować przyczynę bólu, a wszystko ewidentnie wskazywało na to, że kontuzja kręgosłupa Winiarskiego odnowiła się na dobre.
- Doktorze. - zaczęłam stanowczo - Jadę z nim do szpitala.
Mój szef pokiwał głową i razem z Pawłem ponownie pomógł znieść Winiarskiego. Tym razem do samochodu Filipa, który razem ze mną pojechał do szpitala na prześwietlenie.
- Ida, przepraszam.
- Michał, nie masz za co. Ryzykowaliśmy ze sztabem. Byłeś przygotowany...
- Ale to jest właśnie sport. Bez ryzyka nie ma gry. - urwał Filip, bo znał mnie na tyle, że wiedział, że za parę minut zacznę się obwiniać. I miał racje. Zaczynałam się czuć winna za to, co się wydarzyło, chociaż dyskutowaliśmy nad tym z całym zespołem.

[13.09.2014, Łódź, godz. 22.50]

Wróciliśmy do hotelu. Wszyscy zawodnicy siedzieli z Mariuszem w pokoju jego i Michała. Poszkodowany kiedy wszedł do środka uśmiechnął się szeroko, po czym zwrócił się w stronę medyków, czyli między innymi moją.
- Dziękuję wam, że tyle czasu robiliście wszystko, żeby kontuzja się nie wróciła. I dzięki wam jest szansa, że zagram jeszcze na tych mistrzostwach. To nie jest poważny uraz. Za cztery, pięć dni będę w stanie wrócić na boisko i walczyć od nowa. I gratuluję chłopaki, a szczególnie tobie Kubi, za godne mistrza świata zakończenie tak ważnego meczu.
- Oj no, Misiek, bo się rozkleimy. - dopowiedział Jakub, nasz człowiek od przygotowanie mentalnego, który najwyraźniej po słowach Winiarskiego nabrał nadziei w to, że jego dobra energia i motywacja do działania, którą przekazywał każdemu z osobna nie poszła na marne.
- Dobra. Spać młodzieży! - rozkazałam, na co Zagumny prychnął. -Paweł, przecież ty masz osiemnaście lat! A przynajmniej tak mi wczoraj mówiłeś, jak jedliśmy zapiekanki.
- A no tak, zapomniałem. - zaczął się śmiać i poklepał po plecach Ignaczaka. - A ty Krzysiu to masz nawet nieskończone osiemnaście!
- Pawełku, ja się czuję tak, jakbym miał piętnaście.
Wlazły uderzył się w czoło, a Igła wzdychnął głośno i powiedział Mariuszowi, że ten najzwyczajniej w świecie mu zazdrości. Tym akcentem zakończyło się posiedzenie w winiarowym pokoju. Przepełniona emocjami weszłam do swojego lokum, otwierając cicho drzwi, bo byłam pewna, że mój brat, który dziś wyjątkowo został u mnie na noc, już śpi. W pomieszczeniu jednak nikogo nie było. Postanowiłam wziąć prysznic. Oblałam ciało zimnym strumieniem wody i po piętnastu minutach wyszłam w przydługawej koszulce i krótkich spodenkach. Przy rozczesywaniu moich sięgających do pasa włosów przeklinałam na cały pokój, ale nie przeszkodziło mi to w usłyszeniu rozmowy, która toczyła się w stołówce, chociaż była ona na parterze a mój pokój na pierwszym piętrze. Doszłam do wniosku, że Buszek i jego rozmówca, którym jak się okazało po dłuższym zastanowieniu był Piotrek , bo kto inny gadałby przy otwartym na oścież oknie w stołówce, jak nie ten skończony palacz. No tak. I kto to mówi? Postanowiłam ubrać się w ciepłą bluzę i legginsy, aby podsłuchać o czym gaworzy ta dwójka.
- Stary, to jak to z tobą jest? - usłyszałam pytanie Piotrka skierowane do Buszka i zdałam sobie sprawię z tego, że trafiłam na niezły moment.
- W sumie to nie mam planów. - wzdychnął. - Jedyna pewna rzecz w jakiejś tam przyszłości, to data pierwszego w tym  sezonie treningu w klubie. Ja nie planuję zbytnio. Czasami, owszem, ale dziewięćdziesiąt procent mojego życia to momenty i zdarzenia spontaniczne  a nawet jeżeli przemyślanie, to wykonane szybko. Bo na co czekać? Taki mam charakter. Ja lubie ciągle gonić. Ciągle o coś zabiegać. Lubie zmieniać, poznawać, doświadczać. Lubie sobie wyznaczyć jakiś priorytet, cel. Nie chce zwolnic tempa. Po to jest życie, w dodatku jedno, aby doznać wszystkiego. Próbowałem się ustabilizować. Uspokoić. Ale doszedłem do wniosku, że moja stabilizacja wygląda własnie tak, że ja doskonale odnajduje się w chaosie, jaki mnie otacza. Że w tym wszystkim potrafię odpocząć. Że na wszystko znajduję czas. Tylko ruch, zamieszanie i to ze ciągle sie cos dzieje, sprawia, ze czuje się stabilnie. Chociaż to wszystko to paradoks ale tak własnie jest. Inaczej nie byłbym sobą. A nie chce tracić czasu na okłamywanie samego siebie. I właśnie to wszystko chciałbym z kimś podzielić.

I właśnie w tym momencie, oprócz tego, że mój brat i Rafał nadają na podobnych falach i już po kilkunastu godzinach znajomości sypią wzajemnie szczerością, uświadomiłam sobie, że ja przecież oczekuję już od życia czegoś innego, a  sfera uczuciowa, która choć w jednym procencie się rozpoczęła a nawet obudziła, upadła z hukiem.


*

nie wiem kiedy coś nowego. ale jest. 

piątek, 21 listopada 2014

Polska 3:1 Włochy

Echo z dna serca, nieuchwytne,
Woła mi: "Schwyć mnie, nim przepadnę,
Nim zblednę, stanę się błękitne,
Srebrzyste, przezroczyste, żadne!''. 




[11.09.2014, Łódź, godz. 07:00]

Dźwięk budzika rozrywał pomieszczenie. Przytykając uszy, chcąc zadbać o moje bębenki wyłączyłam go i odburknęłam sama do siebie.
- Siódma?! Antiga, ja cię chyba zabije!
Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że przecież nie ma co narzekać, skoro zawodnicy grają jeden mecz po drugim, a ktoś musi wstać i ich ogarnąć. Oczywiście wypadło na mnie, bo tylko ja po ludzku im wytłumaczę, że jedna porażka nie przekreśla medalu. No, może jeszcze trenerzy, ale oni i tak mają roboty po dziurki w nosie. Niechętnie postawiłam nogę na podłodze, przeciągnęłam się i ślamazarnym krokiem udałam się do łazienki. Szybki, zimny prysznic nieco mnie otrzeźwił. Zawinęłam się w ręcznik i wyszłam po swój reprezentacyjny dres. Standardowo nie dane mi było cieszyć się prywatnością. Moje łóżko oblegał Wrona, Nowakowski i Konarski.
- Co się tak patrzycie jak ciele w malowane wrota? I co wy tu właściwie robicie?
- Przyszliśmy cię obudzić, żebyś się nie spóźniła tak jak wczoraj.
- wyszczerzył się Nowakowski, a ja zgromiłam go spojrzeniem.
- No dziękuję bardzo, ale pozwólcie,że się ubiorę.
Zniknęłam za drzwiami łazienki, bo doskonale wiedziałam, że próżne byłyby moje prośby o wyjście chłopaków z pokoju. Związałam włosy w koński ogon i obkręciłam się przed nimi pytając, jak wyglądam.
- Jak jeden z nas.
- Dzięki Karolku, ty to potrafisz kobietę z samego rana pocieszyć.
- Do usług. A teraz zapraszamy na stołówkę. 



[11.09.2014, Łódź, godz. 07:43]

Razem  moją eskortą ruszyliśmy na śniadanie śmiejąc się z burczącego brzucha Konarskiego. Przed samymi drzwiami dopadł nas Rafał.
- Hoho, co to za obstawa.
- No wiesz, ciebie nie było, to musiałam sobie radzić. 

Zmierzwiłam mu włosy i w piątkę usiedliśmy przy jednym stole. Pomachałam do trenerów, którzy patrzyli na wszystkich, o dziwo wesołych zawodników. Brakowało tylko jednego, mianowicie Kubiaka?
- Gdzie Michał? - zwrócił się do wszystkich Stefan, a co każdy z osobna wzruszył ramionami. W tym momencie otworzyły się drzwi a do środka jak burza wleciał poszukiwany Kubiak.
- Buongiorno seniorita! Kawa zbożowa dla mistrzunia! - zwrócił się do pań przy okienku kuchennym, a cała sala ryknęła śmiechem.
- Nie no, ja z tym człowiekiem w reprezentacji grał nie będę, bo mi robi wstyd! - powiedział Wlazły, a Kubiak cmokał do niego mrugając zalotnie.
- No, no, no. Mam żonę!
- Ja też i co z tego?
- I dziecko!
- Ja też. 

I na tym zakończono tą jakże inteligentną rozmowę, bo Michał przyssał się do upragnionego kubka z kawą. Od tej pory śniadanie jedliśmy we względnej ciszy.



[11.09.2014, Łódź, godz. 11.34]

Siedziałam z Oskarem i po masażach i konsultacjach z zawodnikami, czekaliśmy na trening. W międzyczasie przeglądaliśmy galerię zdjęć od początku turnieju. W końcu podniosłam się i poinformowałam mojego towarzysza, że idę zobaczyć co się dzieje na górze, bo zostało dziesięć minut do treningu, a na hali nie ma żywej duszy. Pierwszym pokojem, do którego wparowałam, był pokój starych wyjadaczy, czyli Winiara i Włazłego. Kiedy mnie zobaczyli zerwali się na równe nogi i posłusznie zeszli do hali. Drugi nalot miałam zrobić u Gumy, Igły i Magneto, ale minęłam się z nimi w drzwiach. Zostały mi więc dwa pokoje naszych kadrowych księżniczek. Na pierwszy ogień wzięłam Kłosa, Buszka i Zatora, jednak zastałam tylko niezaścielone łóżka.
- No ładnie. - powiedziałam pod nosem i wtargnęłam do pokoju księżniczek numer dwa. Zaginiony Kłos razem z Buszkiem i Zatorem oraz Konar, Wronka, Cichy Pit i Mika stali na balkonie i ochoczo nad czymś rozprawiali. Wyglądali dość śmiesznie, więc niezauważona zrobiłam im zdjęcie, po czym udając zdenerwowaną powiedziałam donośnie:
- A Księżniczki przepraszam nie mają innych obowiązków niż ... - i tutaj zawahałam się, bo nie do końca wiedziałam, dlaczego wzrok zawodników ucieka w okolice pod balkonem. - O proszę! Panienki się ogląda, a mecz wygra się sam. Wychodzić! Jazda! 
Stałam pod pokojem i patrzyłam, aż wszyscy jak jeden mąż wychodzą do hali.
- Ale po tobie Mateusz to bym się nie spodziewała, bo te barany to już ewidentnie nie mają lepszych zajęć!
- Ida, ale ja tylko patrzyłem! Nic więcej nie robiłem! To Cichy wołał, że jest ciasteczkiem!
- Mogłeś mi tego oszczędzić
. - odpowiedziałam, co usłyszał Piotrek i pogroził mi palcem. W odzewie wystawiłam mu język.
- Ja też tam tylko stałem! - tłumaczył się Buszek.
- Jaaasne. A ja jestem święta!
- To akurat kiepskie porównanie. - uśmiechnął się w szelmowski sposób.
- Odezwał się ten najświętszy ze świętych. - walnęłam go w ramię i jeszcze raz dokładnie sprawdzając stan pokoi, wróciłam na ławkę, gdzie ciągle czekało na mnie miejsce pomiędzy Oskarem a Wołkowyckim.



[11.09.2014, Łódź, godz. 20:26]

Mecz rozpoczął się dla nas fatalnie. Miałam wrażenie, że wczorajsza porażka na dobre zadomowiła się w głowach zawodników. Ewidentnie nie radził sobie Pit, który popełniał dość proste błędy na siatce i zagrywce. Antiga stwarzał pozory spokojnego, ale ukradkiem zaciskał pięści ze zdenerwowania. Ze sztabu tylko Filip nie szczędził sobie okrzyków i chodził w jedną i drugą stronę bez przerwy przeklinając po francusku, co tylko ja byłam w stanie zrozumieć. Przegraliśmy pierwszą partię do 19. Mariusz był wściekły, gdyż pomimo dobrej gry nie zdołał podnieść zespołu. Kiedy tylko zaczęła się druga partia zdobył punkt swoją zagrywką. Od tego momentu gra Polaków zaczęła się układać. Koledzy pomagali zdeterminowanemu Wlazłemu, a widząc całą tą sytuację Filip w końcu usiadł obok mnie i nie przebierając nerwowo nogami w spokoju obserwował dalszy przebieg seta. Udało nam się doprowadzić do remisu i ograliśmy Włochów do 18. Trzeci set łudząco przypominał drugi. W czwartym secie obydwie drużyny walczyły punkt za punkt. Aż samej mi się udzieliło i razem z Filipem nie mogliśmy znaleźć sobie miejsca. Wstawaliśmy i siadaliśmy na przemian, a przy ostatniej akcji, przy stanie 25:24 staliśmy przy samej linii. W końcu udało nam sie wygrać cały mecz. Stefan klepał każdego z zawodników w dowód uznania po plecach, a ja razem z medykami i całym sprzętem wyszliśmy pierwsi z hali. Dogonił mnie Buszek z Nowakowskim.
- Czemu tak szybko uciekłaś? - zapytał Cichy i popatrzył przez ramię do kogo piszę smsa.
- Wcale nie. I nie patrz mi do telefonu, to prywatna korespondencja.
- Cichy wielbiciel?
- Tak Rafałku, mój starszy brat od kiedy pamiętam był moim wielbicielem.
- No tak, ja też byłem wielbicielem mojej młodszej siostry.
- Widzisz? Czyli się rozumiemy.
- odparłam i w towarzystwie dwóch siatkarzy oraz medyków przekroczyliśmy hotelowe progi. Przepełniona emocjami otworzyłam drzwi do swojego pokoju i zniknęłam za drzwiami łazienki śpiewając do butelki z szamponem ''W górę serca Polska wygrała mecz'', chociaż średnio mi się to kleiło. Co ta siatkówka robi z ludźmi?


[11.09.2014, Łódź, godz. 23.43]

Nie miałam ochoty na sen, więc wykorzystałam sytuację, w której moi podopieczni siedzieli w swoich pokojach, a być może i spali. W piżamie i z mokrymi włosami zeszłam do stołówki, gdzie nie świeciło się ani jedno światło i z podkulonymi nogami  usiadłam na krześle przy największym oknie w pomieszczeniu. W pewnym momencie ktoś cicho otworzył drzwi i po cichu zapytał.
- Jesteś? Wszędzie cię szukałem.
- Rafał? Skąd wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć o tej porze?
- Skoro istnieje kobieca intuicja, to musi być coś takiego, jak męska intuicja, mam rację?
- Wątpię. Ale chociaż stworzę pozory, że się z tobą zgadzam.
- Wariatka. Co tutaj robisz?
- Myślę.
- Nad czym?
- Nad życiem, Rafałku, nad życiem.
- odpowiedziałam mimowolnie rozprostowując kolana, na których Buszek oparł swoje łokcie, a głowę podparł na dłoniach. Uniósł ją lekko w górę i świdrował mnie spojrzeniem, a przynajmniej tak się czułam.
- To powiesz mi w końcu nad czy tak dumasz, czy będę musiał użyć innych sposobów?
- Grozisz mi?
- Owszem.
- Oj Rafał.
- przejechałam dłońmi po jego policzkach zatrzymując prawą dłoń we włosach, a lewym kciukiem głaskając jego podbródek. Po moim ciele przechodził przyjemny, ciepły dreszcz co chyba wyczuł, bo delikatnie się uśmiechnął.
- Więc?
- Więc myślę sobie nad tym wszystkim co się dzieje. Nad meczami, nad tym, że zdobycie medalu jest bardzo, ale to bardzo realne. Myślę też nad tym, jak będzie wyglądać moja praca w kolejnych dniach. Myślę nawet o tym, ile razy jeszcze się pokłócimy na tych mistrzostwach. Bez sensu, prawda?
- Nie, dlaczego?
- Bo przy was nie można okazywać słabości. Trzeba być twardym.
- A to nie jest tak, że nawet największa kobieta-twardzielka czasami oddaje się takim rozmyślaniom?
- Jestem twardzielką?
- Jesteś bezwzględna, nerwowa, zadziorna, wredna ...
- Ani jednego pozytywu?
- zrobiłam minę smutnego dzieciaka, któremu mama odmówiła zakupu kolejnego opakowania klocków w zabawkowym sklepie.
- Coś bym znalazł. Od biedy...
- Spadaj! 

Wstałam i z założonymi rękoma upuściłam głowę w dół, oczekując na reakcję Buszka. Ten zaś uniósł mój podbródek i zbliżył się na niebezpieczną odległość. W tym momencie powinnam odskoczyć, wybiec z jadalni, zamknąć się w pokoju i udawać, że się nic nie stało, ale prawda była taka, że Rafał pociągał mnie jak nikt inny. A przynajmniej nikogo takiego nie znałam. Złapałam go za policzki i wspięłam się na palce łapiąc jego twarz w dłonie. Delikatnie musnęłam jego wargi, aby sprawdzić, czy spotkam się przyzwoleniem lub odrzuceniem. Buszek odwzajemnił czynność. Po kilkunastu sekundach, kiedy oparłam swoją głowę o jego klatkę piersiową zaczęłam zastanawiać się co ja najlepszego wyprawiam, bo przecież jestem w pracy i nie wypada mi robić takich rzeczy. Mimo wszystko nie czułam się ani trochę winna. I chyba właśnie to przerażało mnie najbardziej.

piątek, 14 listopada 2014

Polska 2:3 USA

[08.09.2014, Wrocław - Łódź, godz. 11.40]

Na szczęście uderzenie Rafała okazało się na tyle do zniesienia, że mój nos był jedynie ubity i z powodzeniem mogłam wrócić do pracy. Z resztą już po drodze do szpitala zapewniałam Filipa, że nawet z gipsem na twarzy będę zajmować się zawodnikami i nie dam się przekonać, żeby było inaczej. Po powrocie do reszty ekipy, która czekała na nas w autokarze, razem z Mariuszem włożyliśmy moje walizki do bagażnika. Za pomoc odwdzięczyłam się uśmiechem i zakomunikowałam wszystkim siedzącym głównie z tyłu, że żyję i jeszcze trochę ich pomęczę.
- No nieee... - wybuchnął Winiarski i wszyscy razem z trenerami zaczęli się śmiać, a ja popatrzyłam na Winiarskiego wymownie i  skierowałam w jego stronę dwa palce, w geście czegoś na kształt ''Mam cię na oku''. Włożyłam do uszu słuchawki i usiadłam samotnie w trzecim rzędzie, tuż za Wołkowyckim, który patrzył na mój nos i kiwał głową. Postanowiłam to zignorować i oparłam głowę o szybę, aby oddać się moim ulubionym utworom. Nagle jakiś nieznany osobnik wyciągnął mi słuchawkę z ucha i odchrząknął .
- Czego dusza pragnie? - otworzyłam oczy i nim do mojej wiadomości dotarło, że usiadł koło mnie Rafał. - O proszę. - uśmiechnęłam się nieznacznie, co najprawdopodobniej dodało mu otuchy. Wiadomo, mogłam go przecież zwyzywać i poprosić o coś mniej lub bardziej wulgarnego.
- Głupio wyszło.  Z tym wcześniej i z tym przedtem. Nie chciałem cie uderzyć.
- W porządku, Rafał. Sprawy nie było. Następnym razem postaram się rozglądać w każdą stronę.
- Naprawdę nie chciałem. Graliśmy z Zatorem i ...
- Nie musisz się tłumaczyć, ja naprawdę się nie gniewam. I również przepraszam. Mogłam ci o wszystkim powiedzieć, skoro obiecałam.
- Czyli rozejm? - zapytał niepewnie a ja wyciągnęłam dłoń.
- Nie mam pojęcia na ile dni lub godzin, ale w chwili obecnej chyba nie mamy innego wyjścia.
- Zgoda?
- Zgoda.
Buszek wstał i wrócił do wielce stęsknionego Konara, bo skoro nie byli razem w pokoju, musieli nadrobić zaległości w autobusie. Wychyliłam lekko głowę, aby zobaczyć co w trawie piszczy lub śpiewa. Fabian śmiał się jak głupi a Guma trzymał się za głowę. Nic dziwnego, Winiar śpiewał (oczywiście umownie mówiąc, bo śpiewaniem tego nie można nazwać), a Wlazły go nakręcał i podpuszczał, aby nie przestawał. Istne stado debili. I to każdy, bo nawet wydawać by się mogło najbardziej poważni z całej ekipy Możdżonek i Zagumny zaczęli oklaskiwać występ Michała. O zgrozo. Włączyłam mapę w telefonie, aby zobaczyć odległość z Wrocławia do Łodzi i wzdychnęłam cicho przewracając oczami, bo na samą myśl o dzikich okrzykach w autokarze miałam ochotę wyjść i zgodzić się nawet na dziesięciogodzinną podróż pociągiem. Owszem, mogłam słuchać muzyki głośniej, ale pewnie gdybym po jakimś czasie wyciągnęła słuchawki z uszu, nie słyszałabym niczego, a na to przecież nie mogłam pozwolić. Wzięłam trzy głębokie wdechy i zmusiłam się do zachowania spokoju .


[08.09.2014, Łódź, godz. 14.02]

- Dzidka, wstawaj! Jesteśmy na miejscu.
Obudziłam się poturbowana przez Igłę, który myślał, że jest choć trochę delikatny. Popatrzyłam w swoje odbicie w ekranie telefonu i zrobiłam wielkie oczy. Każdy włos na mojej głowie poszedł na spacer w inną stronę, a tusz do rzęs postanowił podbić mi oczy.
- No ładnie wyglądasz Wiśniewska, ładnie. - skwitowałam swój wygląd, ale pierwszy trener chyba nie usłyszał ironii w moim głosie.
-  Bo... Rozmazałaś się. - pokazał palcem na oczy, tak jakbym co najmniej o niczym nie wiedziała.
- Trenerze! - krzyknęłam. - No przecież wiem! Mężczyźni!
Stefan rozłożył ręce w geście ''Ja nic nie wiedziałem'' i wyszedł. Na domiar złego tuż obok mnie ni stąd ni z zowąd pojawił się Konar z Rafałem. Ten drugi jak zwykle mnie nie oszczędził.
- O Boże. - powiedział udając rozmarzonego. - Ślicznie jak nigdy.
- Buszek. Kurwa. Wyjdź. - odburknęłam i celowo rozłożyłam na trzy pojedyncze czynniki swoją złotą myśl. A on? Zachował się identycznie jak Stefan. Udał, że nic tu po nim i szybkim krokiem wyszedł z autobusu. Jedyną dobra duszą w towarzystwie okazał się Mariusz i tak samo jak, wtedy, gdy wsiadaliśmy, pomógł mi z bagażami. Nie skomentował mojego wyglądu. Zapytał tylko jak się spało i popędził do Stefana, po klucz do najlepszego pokoju. Cwaniak.


[08.09.2014, Łódź, godz. 19.03]

Rozpakowałam swoje rzeczy. Wszyscy mieli dziś wolne, aby wypocząć po podróży i zająć się sobą. Oklapłam na łóżko i na głos zaczęłam liczyć.
- Trzy, dwa, jeden.
W tym momencie drzwi otworzyły się a do pokoju wparował Fabian z Igłą na plecach, Winiar, Nowakowski, Kłos, Wrona i Konar. Ignaczak zajął miejsce po mojej prawicy, a Winiar, tłumacząc się tym, że jest najstarszy nie licząc Dinozaura ( bo tak mawiali na dziadka Krzysia) usadowił się po mojej lewej.  Reszta usiadła na ziemi, Zator znalazł swoje miejsce na parapecie. No i masz. Miałam cieszyć się ciszą, a jak zwykle mi przeszkodzili.
- A panowie nie mają swoich pokoi?
- Nie. - wyszczerzył się Igła, za co dałam mu pstryczka w nos.
- O, tutaj wszyscy jesteście!
- Witaj Guma, chcesz może zając miejsce na vipowskim łóżku? Dinozaur Krzystof I. na pewno się przesunie.
- Naturalnie! - odrzekł i takim oto sposobem na dwuosobowym łóżku leżała nas czwórka, a siedzący na parapecie Zatorski dziwnie na nas spoglądał.
- A znajdzie się jeszcze miejsce dla malutkiego Pawełka? - zapytał z błagalną miną.
- Taaak! - wykrzyczeli faceci.
- Niee!
Niestety, mój krzyk został prawie że niedosłyszany, a Paweł zagnieździł się między nogami Ignaczaka i Zagumnego, a nogi zwisały mu z przodu łóżka.
- Ostatni przyszedł, a najlepsze miejsce zajął!
- Nieprawda, bujaj się Cichy!
Do wesowej gromadki dołączył również Buszek i Wlazły, którzy nie wiedzieć skąd przynieśli sześć ogromnych pudełek z pizzą, a ich zapach zmusił naszą piątkę do zejścia z łóżka i usadowienia się na podłodze.
- A co tu się dzieje?
 - Trenerze, może kawałek? - zachęcił Stefana Wlazły, a co ten ku mojemu zaskoczeniu przystał.
- A chętnie. - odpowiedział tak, jak zapytał czyli po polsku, a ja z serem w ustach wyraziłam swoje uznanie.
- Postępy, panie Antiga, postępy widzę!
- Przy nich to nawet nauczyłem się po polsku przeklinać!
- Zaprezentuj! - krzyknął do swojego byłego klubowego kolegi Winiarski.
- Ku ...
- Nie kończ Stefciu, nie kończ! Bo moje uszy tego nie zniosą!
- Jasne Winiar. - odpowiedział ze spokojem Stefan. - Jestem ciekaw, kto dziś w autobusie krzyczał do Mariusza ''Kułwa twoja mać, weź mnie nie nakręcaj!''
Złapałam się za brzuch bo słysząc polskie przekleństwo z francuskim akcentem pozostało mi tylko się śmiać. Z resztą Stefan rozbawił nie tylko mnie. Wlazły włączył nagranie śpiewającego Winiara na dowód słów trenera, a ten strzelił buraka i zaczął gwizdać nie przyznając się ani trochę do siebie samego.
- To jakiś inny Winiarski. Może mój bliźniak, ale na pewno nie ja! Ja przecież ślicznie śpiewam!
- Wmawiaj sobie. - Buszek klepnął go po ramieniu a Stefan machnął ręką i z kawałkiem pizzy wyszedł z pomieszczenia mówiąc przy wejściu, że schodzi do Filipa na film. Po całym zajściu mój wesoły pokój jeszcze przez dobre piętnaście minut nie mógł się uspokoić.



[09.09.2014, Łódź,  godz. 7:45]

- Przepraszam, przepraszam, przepraszam za spóźnienie! - powiedziałam w progu łapiąc oddech. - No bo nie mogłam zasnąć i nie słyszałam budzika i usłyszałam dopiero huk jak Igła spadł ze schodów.
- Igła, spadłeś ze schodów? - zwrócił się Wołkowycki do leżącego piętnaście minut wcześniej na schodach Ignaczaka.
- Tak wyszło, bo ta świnia się pchała! - poszkodowany wskazał palcem na Fabiana, a ten gwizdał dokładnie w taki sposób jak Winiarski wczorajszego wieczoru. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Michał zapytał:
- A ktoś wczoraj gwizdał? Bo ja sobie nie przypominam? Któż to taki?
- Winiar, czy ciebie też coś ominęło?
Po słowach biednego, jak zwykle niezorientowanego Wołkowyckiego wszyscy położyli głowy na stole. Mariusz to chyba nawet zamoczył nos w płatkach owsianych, o które chwilę wcześniej poprosił. O te same poprosił też Buszek, ale patrząc na biednego menadżera reprezentacji nie wytrzymał i upuścił miskę mocząc białe skarpetki i klapki mlekiem.
- Dom wariatów! No dom wariatów! - głos doktora Sokala przypominał raczej prośbę o zabranie go gdzie indziej. W sumie się nie dziwiłam. Szło zwariować.


[09.09.2014. Łódź, godz. 23:23]

Ciche pukanie do pokoju raczej nie zwiastowało niczego dobrego, a przynajmniej nie wesołej rozmowy. Otworzyłam drzwi, a do środka wszedł Buszek. Był ewidentnie podłamany. Z resztą nic dziwnego, przecież było tak blisko do wygranej. Chciałam po meczu porozmawiać z chłopakami, ale Filip obiecał, że się tym zajmie, bo i tak od rana intensywnie pracowałam razem z lekarzami. Jak widać jeden z zawodników był spragniony rozmowy właśnie ze mną.
- Mogę usiąść?
-  Jasne, możesz się nawet położyć.
I tak zrobił.  Położył się jak długi na plecach i patrzył w sufit, po chwili zakrył twarz dłońmi.
- Rafał, to jest sport. Nie zawsze się wygrywa.
- Ale było tak blisko. Staraliśmy się i co? I gówno z tego. Goniliśmy ich całe cztery sety żeby piątego przegrać. To są mistrzostwa, być może to zwycięstwo będzie dla nich najważniejsze, a my wrócimy do domów.
Rafał był ewidentnie przytłoczony całą sytuacją. Mnie jako członkowi reprezentacji również nie było wesoło. Mimo wszystko zachowałam choć trochę pozorów. Niestety tylko na chwilę. Zrobiło mi się żal Buszka i położyłam się obok niego. Leżeliśmy w takiej samej pozycji dobre dziesięć minut, kiedy ten wypuścił powietrze z ust i zbliżył się do mojego brzucha kładąc na nim głowę. Zrobiło mi się przyjemnie ciepło, a rękę mimowolnie skierowałam w jego włosy i delikatnie głaskałam jego głowę. Czułam, że właśnie tego ode mnie oczekiwał. Chciał spokoju, chwilowego oddechu i zatrzymania się chociaż na kilka chwil.


*

taki zapiernicz, że ...

środa, 5 listopada 2014

Polska 3:0 Argentyna

[07.09.2014, Wrocław, godz. 17:15]

Myślałam, że do Wrocławia wrócę cała i zdrowa. Owszem, cała wróciłam, ale męczył mnie niemiłosierny katar. Zużyłam w trakcie jazdy trzy paczki chusteczek, a kiedy poprosiłam uroczą starszą panią o jedną sztukę popatrzyła na mnie z uśmiechem i wsunęła do kieszeni całe opakowanie mówiąc, że mam szybko gonić do łóżka i wygrzać paskudne choróbsko. Rzeczywiście, łóżko było jedyną rzeczą, o której marzyłam w tym momencie. Byłam przerażona, bo przecież muszę być gotowa na każdy mecz, a przede wszystkim przed nim, bo to, co kibice widzą na boisku to już tylko zrobiona obróbka dopracowana przez sztab lepiej lub gorzej. Na peronie czekał na mnie Piotrek. Łóżko ewidentnie straciło swoją pozycję. Właściwie to z pierwszej lokaty przeniosło się daleko, daleko w dół, bo myślałam tylko o tym aby po pierwsze - zapaść się pod ziemię, po drugie - nie wychodzić dopóki Nowakowski sobie nie pójdzie, po trzecie uciec z powrotem do Rzeszowa, po czwarte - znaleźć się na hali szybciej niż on i udawać, że wszystko gra. Nie chodziło o to, że go nie lubiłam. Wręcz przeciwnie - darzyłam do sympatią ze względu na poczucie humoru i życzliwość, która w pewnym momencie zamieniła się w wadę. Był wszędzie. W sms-ie, w rozmowie telefonicznej, w kolejce po kawę w restauracji, podczas pisania raportów, podczas wyjścia z łazienki w piżamie ze szczoteczką do zębów w ustach. Dobra, gdyby w jakiś sposób mnie pociągał to chciałabym, żeby kręcił się obok dwadzieścia cztery na dobę. Niestety tak nie było i moja reakcja na jego obecność wiązała się tylko i wyłącznie z koleżeńskim uśmiechem i poklepaniem po ramieniu.
- Skąd wiedziałeś, kiedy będę na miejscu?
- Mateusz. - odpowiedział, zabierając przy tym moją torbę.
- Gotowi na podbój Argentyńczyków?
- Ja tak. Jak zawsze z resztą. Ogólnie panuje dobra atmosfera. Facundo i Nicolas rozmawiają ze Skrzatami, a reszta im towarzyszy.
- Ach, Facundo... - wzdychnęłam, na co mój towarzysz uderzył się w głowę.
- No nie... Następna. Ten Facundo jest w Argentynie tak, jak u nas Wronka. Wszystkie go pragną.
- Nic na to nie poradzisz, Pit. - rozłożyłam bezwładnie i ponownie poklepałam zasmuconego dla żartu Pita.
- Chodź, wracamy.


[07.09.2014, Wrocław, godz. 17.30]

Radości trenerów nie było końca. Oskar wskoczył mi w ramiona, a chłopcy kiedy zobaczyli, że wróciłam ruszyli w moją stronę.
- Dziecko! Ty żyjesz! - krzyknął Możdżonek łapiąc mnie za ramiona.
-  Możdżon, co jest?
- Ja tu już nie wyrobię! Stado debili!
- Ma rację! - dopowiedział Guma, a Fabian ewidentnie się zbulwersował.
- Welcome to the jungle.. Ech...
Słowa Stefana rozbawiły mnie na tyle, że aż ucieszyłam się z faktu, iż wróciłam do reprezentacji. Posłałam chłopakom uśmiech i zostawiłam ich za plecami. Wszyscy bowiem udali się do swoich pokoi, aby w samotności nastroić się na mecz. Oczywiście samotność to pojęcie względne, bo kiedy i ja otwierałam swój hotelowy pokój usłyszałam jakieś dzikie odgłosy, żeby nie użyć słowa ''orgie'' i sumienie nie pozwalało mi ich zignorować. Owe odgłosy dobiegały z pokoju Andrzeja, Konara i Fabiana. Niczym strzała podbiegłam na miejsce zdarzenia i z impetem otworzyłam drzwi.
- Stary, wstań ze mnie, bo mnie nie widać.
- Dobra, zejdę, jeśli Igła nie będzie na mnie siedział.

Stado baranów robiło sobie selfie.  I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że telefon trzymał Konar, na którym zrobiono ''kanapkę''. Leżał na nim Kłos, na Kłosie Wrona, na Wrony pośladkach siedział Igła, który zachęcił mnie do wzięcia udziału w całej zabawie. No i wzięłam. Usiadłam na kolanach Ignaczaka i usłyszałam tylko cichy krzyk Dawida. Chyba miał już dość. Po serii zdjęć zeszliśmy z jego pleców.
- Dawid? - zapytałam niepewnie.
- Ida, pomasuj... -odpowiedział błagalnie, a ja wzruszyłam ramionami i pomogłam mu wstać.
- Tylko ani słowa trenerowi, że ktoś na tobie siedział.
- Wiesz co Igła? Właśnie, że wszystko powiem!
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać łącznie z obolałym Konarskim, który niespodziewanie zawołał do pokoju Buszka. Mój humor został automatycznie popsuty, bo Rafał zmroził mnie spojrzeniem i jak na złość nie chciał go ode mnie oderwać.
-Możemy? - pokierowałam się do wyjścia łapiąc Buszka za koszulkę i ciągnąc za sobą.
- Musimy.
Zamknęliśmy się w moim pokoju. Atmosfera od początku sprzyjała ewentualnemu strzeleniu sobie w głowę.
-Rafał, przepraszam. Cholernie cie przepraszam. Ja wiem że ...
- Własnie o to chodzi, że gówno wiesz.  Masz w dupie wszystkich dookoła.
- Przecież musiałam wyjechać, nic nie rozumiesz! Zrozum, że ja nawet nie miałam czasu, żeby ci powiedzieć o tym, co się stało!
- Ale jakoś Igła i Mateusz wiedział! Filip też!
- Mateusz jest dla mnie jak brat, a Filip jak ojciec. Przez cały pobyt we Francji miałam tylko ich.
- No a Krzysiek? Przecież jego poznałaś dopiero tutaj!
- Ale jest mi bliski...
- No tak, bliski. Mogłem się domyślić.
- O co ci kurwa chodzi? Przecież nie zrobiłam tego celowo. To wszystko działo się tak szybko... Przyjechał mój ojciec, okazało się, że zdradził moją mamę z żoną mojego brata. Pojechałam do Rzeszowa, żeby spotkać się z rodzeństwem i odwiedzić stare śmieci. Nie miałam sumienia tego tak zostawić. Obiecałam przecież, że powiem ci wszystko jak to ogarnę. Słów na wiatr nie rzucam.
- Dobra, nie krzycz.
- Spieprzaj, Buszek. Nie mam nastroju na rozmowę z tobą.
Trzasnął drzwiami i wyszedł. Znowu się pokłóciliśmy. Ale chyba nie potrafiliśmy inaczej.



[07.09.2014, Wrocław, godz. 22:49]

Zdenerwowana całym zajściem po meczu zeszłam w dół kiwając uprzednio do Krzyśka, aby usiadł na ławce pod składzikiem z piłkami. Zawodnicy wyszli, więc miałam praktycznie stuprocentową gwarancję, że nikt nie będzie mnie podsłuchiwał.
- Co jest staruszko? Jak w domu?
- Sama nie wiem staruszku. Wydaje mi się, że mama wykorzysta swoją mściwość i pokaże ojcu niezależność. A przynajmniej tak wnioskuję. W gorszym stanie jest chyba brat.
- Rozmawiałaś z nim?
- Tak. Chce wyjechać do Anglii do roboty. Jest wykształcony, na pewno coś znajdzie.
- W sumie to jest jakieś rozwiązanie. Powiedz mi jeszcze, dlaczego Rafał wyszedł tak wpieniony z twojego pokoju? Wychodziłem z toalety i się na niego natknąłem.
- Ja nie wiem o co mu chodzi, Igła. On się zachowuje jak dziecko. Wytłumaczyłam mu się to kazał mi nie krzyczeć. On chyba nie chce dać za wygraną i przyznać się do błędu, bo mu najzwyczajniej w świecie głupio.
- Tak jak ty.
- Co ja?
- Ty też nie chcesz przyznać się do błędu. Dobrze wiesz, że mogłaś z nim o tym pogadać, ale po prostu to zlałaś.
- Oj, Igła. Ja nie wiedziałam, że z tego zrobi się taka pompa.
- I dalej będziecie się na siebie boczyć? Wasz rozejm trwał jakieś trzy dni.
- Jak będzie trzeba, to tak. To on mnie obraził a nie ja jego.
-  A co z Pitem? Dalej się wokół ciebie kręci?
- Wydzwaniał do mnie dwadzieścia razy dziennie, wypisywał multum wiadomości. Jest wszędzie! Za niedługo zejdę na stołówkę i kiedy ją otworzę wyskoczy Piotr Nowakowski. Nie chcę mu robić nadziei. Lubię go, zdążyłam poznać, ale ...
- Nie pasujecie do siebie, po prostu.
- Właśnie.
- A z Rafałem? Te wszystkie niedomówienia, kłótnie i docinki mają swoje źródło.
- Krzysiek, mam prawie trzydziestkę na karku. Dobra, może nie tak na karku, bo przede mną jeszcze dwa i pół roku gorącej dwudziestki, ale wypadałoby się ogarnąć. W życiu się już tyle nabiegałam, że chce kogoś, przy kim będę mogła się zatrzymać i najzwyczajniej w świecie odpocząć. Nie nudzić, ale zacząć spokojnie oddychać. Naprawdę potrzebuję stabilizacji. Pod każdym względem. Wynajmuję mieszkanie w Katowicach, a przecież w każdej chwili mogę tam nie mieszkać. Na chwilę obecną tak naprawdę nie mam do czego wrócić, a przynajmniej nie tam, gdzie jest coś w stu procentach mojego. Facet ma mi umożliwić stworzenie takiej namiastki własnego świata, który będzie ze mną dzielił.  Moje koleżanki mają dzieci, moi bracia żony, a są młodsi. Ja nie mam nawet potencjalnego kandydata. I czekam na takiego, z którym będzie wszystko czyste i klarowne. Czekam na mężczyznę dojrzałego, który da mi nie tylko niezależność, swobodę pracy i robienia tego, co lubię, ale przede wszystkim dojrzałe uczucie.
- W takim razie jaki twoim zdaniem jest Buszek?
- Lubię go, ale jak już mówiłam potrzebuję stabilizacji i oddechu. Nie wiem, czy jest sens kolejny raz ubarwiać sobie życie. Chyba mnie to zmęczyło. Ciągle do czegoś gonię, ciągle o coś walczę. On o mnie nie zawalczy. Nie da mi stabilizacji. Będzie miał problem z oddaniem części siebie. Chcę kogoś, kto to zrobi i uważam, że mi się to od życia należy. Chociaż nie ukrywam, że w tym wszystkim jest też chęć posiadania kogoś w ogólnym tego słowa znaczeniu. 

- Przygoda?
- Na przykład. Ale największą przygodą i tak jest pobyt tutaj, z wami wszystkimi.
- Co dalej zamierzasz?
- Pewnie pogodzę się z tym pasożytem, a reszta niech się toczy swoim torem.
- Chodź staruszko, wracamy. 


[08.09.2014, Wrocław, godz. 10.00]


- Dzidka, uważaj!  - krzyknął Kłos.
W tym momencie zrobiło mi się ciemno przed oczami, a moje pośladki dotknęły podłogi. Kiedy odzyskałam widoczność popatrzyłam na dłonie pełne krwi. Dookoła stała cała zgraja łącznie z panem Janem, który trzymał w ręce worek z lodem.
- Ale cie urządził. Dobrze, że w piłkę nie trafił, bo nie było aż tak mocno. Wszystko okej?
- Tak, jest w porządku.
- Na wszelki wypadek położysz się na łóżku w moim pokoju, weź lód.
- Panie Janku, ale naprawdę nie trzeba.
- Ale naprawdę nalegam.
- Dobrze.
- uśmiechnęłam się do Sokala i wstałam z podłogi, co skończyło się mdłościami. - Który mnie tak załatwił?
- Ja.
Zamarłam. Tego bym się kompletnie nie spodziewała. Na hali było tyle miejsca, a akurat ja oberwałam piłką. Mój paskudny charakter nie pozwalał mi wierzyć w przypadki. A już na pewno nie w przypadkowe uderzenie piłką w nos przez skłóconego ze mną Buszka. Popatrzyłam na niego wymownie i wyciągnęłam rękę w stronę Nowakowskiego, który razem z Miką zaprowadził mnie do miejsca wskazanego przez doktora.
- Idź Mateusz. Ja chwilę zostanę. 
Piotrek usiadł obok mnie i nie mówił ani słowa.
- On to zrobił specjalnie, prawda? - zapytałam oczekując szczerej odpowiedzi.
- Nie wiem. Stał koło mnie wtedy, rozmawialiśmy, zagrał i po prostu ...
- Po prostu mi pierdolnął.
- nie szczędziłam słów, ale przemawiała przeze mnie nie złość, ale rozgoryczenie. Było mi przykro, bo rozumiałam naszą złość na siebie nawzajem, ale nawet jeżeli nie chciał mnie uderzyć, mógł przyjść. Po prostu przeprosić. Powiedzieć nawet najmniej grzeczne ''Sory''. Tak się niestety nie stało. Piotrek wrócił na trening rzucając za drzwiami do zmartwionego Konara i Wrony, że będę żyć.
- Ida? - uniosłam lekko głowę, a moim oczom ukazał się jak zawsze niezawodny i troskliwy Filip.
- Już po treningu?
- Tak. Mają chwilę oddechu. Jak nos?
- Boli.
- Biedactwo.
- pogłaskał mnie po głowie i podał szklankę wody z rozpuszczonym środkiem przeciwbólowym.
- Ale przejdzie. Zawsze przechodziło. 
- No tak, pamiętam jak we Francji potknęłaś się na schodach i skręciłaś kostkę. Krzywiłaś się z bólu, ale robiłaś wszystko. 
- O tak! Nie zwróciłam uwagi, że ktoś rozlał wodę. Do tej pory nie wiem kto. 
- Ja też nie, ale śmiałaś się z siebie i to było w tym wszystkim najfajniejsze. 
- Wiesz co, Filip? Grunt, to mieć do siebie dystans. 
- Racja. Uznaliśmy z Jankiem i Oskarem, że pojedziesz na prześwietlenie. Dla pewności. 
- Ale naprawdę nie trzeba. 
No i mam, czego nie chciałam.



*

nie wiem kiedy następny. oby był czas w długi weekend.