Czekaliśmy z Oskarem na początek sierpnia, aby zaraz po sezonie reprezentacyjnym się pobrać. Nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości. To właśnie za niego chciałam wyjść i spełnić jego największe marzenie, a mianowicie urodzić mu dziecko. Na razie jednak nie dane nam było się o to starać z tego względu, że parę dni przed Bożym Narodzeniem wprowadziliśmy się do niemalże pustego katowickiego mieszkania, ze wstawionymi jedynie wszystkimi drzwiami, zrobioną zaraz po kupnie całą łazienką, kuchenką z piekarnikiem i kawałkiem blatu, a także z łóżkiem. Po świątecznej przerwie ruszyliśmy z meblowaniem, malowaniem i innymi rzeczami na dobre, więc kiedy tylko był czas i Oskar nie zestawiał, jeździliśmy po sklepach budowlanych. Wkręciłam się w to na tyle, że wspólnie doszliśmy do wniosku iż minęłam się z powołaniem i zamiast studiów medycznych powinnam studiować projektowanie wnętrz, ewentualnie coś związanego właśnie z architekturą. Jako kobieta stanowcza nieco ograniczyłam prawa Oskara do wyboru koloru ścian, kafelków i mebli. Na moje szczęście stwierdził, że jego to ani trochę nie rajcuje i mogę zrobić w tym mieszkaniu wszystko, co chcę, byle nie robić niczego w czerwieni. Faktycznie, niczego w tym kolorze ani w jakimś innym bordowym odcieniu nie planowałam. I tak oto po kilkunastu kłótniach ze sprzedawcami i dostawcami manatków dotrwaliśmy do momentu, w którym większość rzeczy była już na swoim miejscu. Każdy kąt idealnie ze sobą współgrał, a biel, beż, jasny odcień szarości i rozweselający miętowo-błękitny (choć ten ostatni był dla mojego narzeczonego po prostu niebieski) stworzyły ze sobą naprawdę ciekawą kompozycję. Było bardzo nowocześnie, ale jednocześnie przytulnie. Tak jak chciałam. A najważniejsze, że koniec końców dostałam stos komplementów od Oskara.
- Został nam jeszcze jeden stojak na buty do garderoby, krzesło do mojego biurka i dywany do sypialni i salonu. - wyrzuciłam z siebie niczym karabin maszynowy, jakbym co najmniej miała to zapisane.
- I nowa mikrofalówka, mikser, ekspres do kawy i ta nieszczęsna zmywarka.
- Oskar, dlaczego my jeszcze nie kupiliśmy zmywarki?
- Bo na miejscu gdzie powinna stać zmywarka stoją pudełka z twoimi butami. - odpowiedział uśmiechając się pod nosem i mieszając sos do spaghetti.
- A widzisz? To oznacza, że powinniśmy kupić też ten pieprzony stojak!
- Jesteś może głodna?
- Ja zawsze jestem głodna, jak coś gotujesz.
Usiedliśmy przy stoliku obok aneksu kuchennego i rozmawiając o popołudniowym treningu Oskara pałaszowaliśmy najlepsze na świecie spaghetti.
- Chyba skoczę dziś do Marzeny. Zrobię jej po drodze zakupy. Prosiła mnie o to wczoraj.
- To widzimy się wieczorem. - pocałował mnie w czoło i przebrał się w dresy. Po chwili drzwi wejściowe zatrzasnęły się. Posprzątałam po posiłku i śladem Oskara podążyłam w stronę Katowickich ulic.
[23 maj 2015, Katowice, godz. 16:00]
- Cześć Mamuśka. O kurwa!
- A ja Marzena.
- Dlaczego ty jesteś taka blada?!
- Wiesz co? Od rana kiepsko się czuję.
No tak. Marzena czas od czasu widuje się z Kubą. Omawiają sprawy związane z narodzinami dziecka. Po każdym takim spotkaniu Marzena odchorowuje to tydzień łącznie z płaczem w poduszkę. Najgorsze jest to, że oprócz konkretnych spraw rozmawiają również o tych bardziej ''na luzie'' i im więcej takich tematów poruszają tym głupia Marzenka ma większą nadzieję. Niestety z tego co wiadomo i mnie i Oskarowi, Kuba robi to tylko i wyłącznie z uprzejmości.
- I do jakich wniosków wczoraj doszliście?
- W sumie to wspominał tylko o tym, że kupi wózek i łóżeczko.
- Dalej.
- Co dalej?
- O czym jeszcze rozmawialiście?
- O niczym. Leci do Stanów, czy coś. Wróci dopiero na wasz ślub.
- CO?! - krzyknęłam. - Czy on już do reszty zgłupiał?!
- Przecież go tu nie zatrzymam. Nie jesteśmy razem.
Pokręciłam głową i wzdychnęłam cicho. Marzena za wszelką cenę starała się ukryć fakt, że sprawa z Kubą rusza ją bardziej jak żadna inna.
- Jest dwudziesty trzeci maja, a ja wychodzę za mąż dopiero siódmego sierpnia. Ty wiesz ile do tego czasu może się stać? To jest chyba jeszcze gorszy moment na wyjazd.
- Przestań, przecież będzie dzwonił.
- Zachowujesz się jakby cię ktoś podmienił. Albo udajesz.
- Powiem ci, że ja się nawet czuję tak, jakby mnie ktoś podmienił. Czuję się jak nie ja.
Rozejrzałam się dookoła. Na stole w salonie stała otworzona butelka wody. Chwyciłam ją i ujrzałam opakowanie leków przeciwbólowych. Dotarło do mnie, że Marzena nie czuje się najlepiej. A już na pewno nie jest to normalne, nawet pomimo jej stanu. Posadziłam ją na sofie i zadzwoniłam po Oskara. W pewnym momencie Marzena zsunęła się na dywan ledwo mrugając przy tym oczami.
-Halo! Słyszysz mnie?! - krzyczałam wniebogłosy.
Momentalnie wezwałam pogotowie a Oskar zjawił się w mieszkaniu równo z ratownikami medycznymi. Zadzwonił do Kuby.
- Tak bardzo mnie boli... - odpowiadała jak w transie - Nie mówcie mu nic. Niech wszystko będzie dla niego takie proste, jak teraz. Nie chce mu niczego utrudniać. Błagam.
I wtedy własnie urwał nam się kontakt. Straciła przytomność. Była totalnie bezwładna. A kiedy lekarze stwierdzili, że ciśnienie spada nim się odwróciłam zamknęli ją w karetce i odjechali. Byłam totalnie otumaniona. Oskar kucał przy futrynie, a ja wyciągnęłam z kieszeni jego dzwoniący telefon.
- Do ciebie. - podałam mu go.
- Stary wybacz, dopiero co wstałem, byłem w łazience, coś się stało?
- Bączek, kurwa musisz tu przyjechać.
- Ale dlaczego? Za godzinę mam pociag do Warszawy na lotnisko.
- Stary... Ja nie wiem, co ja mam ci powiedzieć... - Oskar zawiesił głos.
- Dawaj. Wezmę to na klatę.
- Kuba... Bo ona jest w szpitalu. Zabrali ją na sygnale i jest nieprzytomna
- Ida?! O matko!
- Nie, nie Ida. Marzena.
Tyle było naszej rozmowy z Jakubem. Jeszcze przez chwilę posiedziałam na sofie i za namową Oskara w końcu sięgnęłam po płaszcz. Z piskiem opon ruszyłam w stronę szpitala i po kilku minutach udało nam się dotrzeć na miejsce. Jakaś miła pielęgniarka, widząc nas spanikowanych pokazała nam drogę na sale, gdzie znajduje się Marzena. Drzwi były zamknięte, a lekarz zabronił wchodzić komukolwiek do środka.
- Gdzie ona jest?! - wykrzyczał Kuba kiedy tylko zobaczył nas na korytarzu. Nie powiem, zebrał się ekspresowo. - Gdzie ona jest, Ida?! Powiedz mi!
- Jakub, nie wchodź tam. Nie teraz.
- Ten pan ma rację. Proszę tu nie wchodzić. - odezwała się przechodząca obok nas salowa.
Kuba wpadł w histerię. Razem z lekarzem próbowaliśmy go trzymać. Krzyczał, że musi zobaczyć się z Marzeną, że jest ojcem jej dziecka i że ma do tego prawo.
- Proszę pana, pan sobie nie zdaje sprawy z powagi sytuacji. Proszę usiąść i czekać.
- Panie doktorze, czy coś wiadomo? - zatrzymałam lekarza, który prawdopodobnie przyjął Marzenę na oddział. Wcześniej udało mi się również skontaktować z będącymi na śląsku jej rodzicami.
- Jest problem z łożyskiem. Walczymy ale..
- Doktorze....Niech pan uratuje moje dziecko. Błagam. I Marzenę. Rozumie pan? Niech ona się obudzi!
I to było jedyne sensowne błaganie na ten moment. Było źle. A Jakub był załamany. Nigdy go takiego nie widziałam. Siedział i płakał jak dziecko. Matka Marzeny, która zjawiła się w mgnieniu oka klepała go po ramieniu, ale nic sobie z tego nie robił.
- Ona nam powiedziała, że mamy ci nic nie mówić. Powiedziała, że chce ci wszystko ułatwić.
- Co się stało tak właściwie? - odezwał się ojciec Marzeny.
- Nie wiemy. - zaczęłam. - Jak do niej przyszłam było już kiepsko. Prawie od razu zadzwoniłam na pogotowie. Mówiła, że boli ja brzuch.
- Boże tylko nie brzuch. - pisnął Kuba.
- Przepraszam, chciałbym rozmawiać z rodziną tej pani.Rodzice Marzeny znali Kubę i marzyli o tym, aby został mężem ich córki. Nikogo to nie dziwiło. Pasował do tej rodziny ja nikt inny. Był dla nich ideałem ideałów, wspólnikiem do interesów a przede wszystkim dumą i ostoją dla ich zwariowanej, ale jedynej i najukochańszej córki.
- Trzeba być dobrej myśli, ciśnienie w normie, podaliśmy w kroplówce leki, jeżeli nie jest uczulona na żaden składnik powinna je tolerować. Do jutra rana powinniśmy mieć wszystkie wyniki. Być może płód nie został uszkodzony. Proszę mi tylko powiedzieć, jak ona się odżywiała? Jaki prowadziła tryb życia? We krwi nie było alkoholu i narkotyków. Morfologia w normie. I jeszcze jedno. Czy u państwa w rodzinie był problem z donoszeniem ciąży do 9 miesiąca? Dziecko prawdopodobnie urodzi się szybciej.
- Tak. Ja poroniłam bliźnięta w 4 miesiącu. Marzena urodziła się w ósmym. Jest wcześniakiem.
- W takim razie to kwestia genów. Prawdopodobieństwo poronienia jest spore. Najbliższe kilka godzin zadecyduje. Możecie państwo wejść na parę minut, ale podaliśmy leki usypiające o działaniu przeciwbólowym, więc raczej sobie nie porozmawiacie.
Kiedy ją zobaczyłam nieprzytomna, mało nie pękło mi serce. Wyglądała jak wrak człowieka. Kompletnie do siebie niepodobna. Miała podpuchnięte fioletowe powieki i cienie pod oczami, a kolor jej twarzy przypominał białe szpitalne ściany. Byłam zszokowana. To nie była ta reprezentacyjna mocna Marzena o urodzie, za którą przepadał tam praktycznie każdy. Wiedziałam, że będzie się za to obwiniać, chociaż to wina prawdopodobnie uwarunkowań genetycznych.
[24 maj 2015, Katowice, godz. 8:43]
Noc minęła nam mimo wszystko spokojnie. Późno wróciliśmy ze szpitala, przenocowaliśmy również rodziców Marzeny, bo za nic w świecie nie mogli znaleźć kluczy do mieszkania córki. Jedynie Jakub nie dawał znaku życia. Nie odbierał telefonów, ciągle tylko poczta i poczta. Z samego rana po porannym treningu udaliśmy się do Marzeny. W końcu to właśnie dzisiaj okaże się, czy dziecko przeżyje. Wparowaliśmy na salę niczym jakiś orszak. Jakub spał z głową na biurku, a pielęgniarka powiedziała rodzicom Marzeny konspiracyjnie, że koczował tak całą noc i ani nie drgnął. Faktycznie. Chyba pominęliśmy moment, w którym się pożegnaliśmy i opuściliśmy szpital. Szeptaliśmy między sobą, kiedy nagle, po kilkunastu minutach Marzena ruszyła dłonią. Ojciec zadecydował, że dobrze by było wyjść i iść do lekarza.
- Ida, zostaniesz tutaj ze mną? - poprosił mnie Bączek, na co przystałam i skinieniem głowy wysłałam Oskara i rodziców na zewnątrz. Skierowałam wzrok na twarz Marzeny. Powoli otworzyła oczy a widok białego sufitu spowodował, że mimowolnie złapała powietrze, jakby przebiegła jakiś dystans.
- Spokojnie, jestem tutaj. - powiedział do niej Kuba i cały się telepał, jakby co najmniej Marzena umierała. Nie oddzywałam się na to. Najchętniej wyszłabym z sali, ale jego spojrzenie mówiło mniej więcej: ''Zostań, bo będzie mi raźniej.''. Nie wspomniałam też słowem o tym, że moja przyjaciółka pozbyła się brzucha. Zachowałam kamienną twarz. W głowie kotłowały mi się najgorsze myśli. W tym momencie w sali pojawił się Oskar.
- Stary, lekarz cie wzywa.
- Zaraz wrócę. - pogłaskał Marzenę po dłoni i wyszedł. Na jego miejscu usiadłam ja, a na moim Oskar.
- Gratuluję. Masz zdrową, śliczną córę! Niedługo będzie już z tobą.
- Urodziłaś?! - wrzasnęłam i ułożyłam dłonie na ustach.
- Dziś w nocy. A przynajmniej tak mówili lekarze. Będę mieć bliznę na brzuchu. Kurwa mać.
- Najlepszy dowód na to, że u ciebie wszystko w porządku. Takie epitety z twoich ust to oznaka czegoś dobrego. Ale nie czas na to. Myślę, że powinnaś coś zobaczyć.
Odsłoniłam roletę od okna na korytarz, z którego matki bezpośrednio oglądały swoje dzieci w sali noworodków, znajdującej się na przeciw. Marzena na tyle na ile mogła uniosła głowę. Widok był uroczy. W respiratorze leżała niezdolna jeszcze z powodów wczesnych narodzin do oddychania istotka, rodzice Marzeny rozmawiali z pielęgniarką, a Kuba obchodził miejsce, gdzie leżała jego córka z każdej strony, ale kiedy zobaczył, że na niego patrzymy ruszał ustami chcąc powiedzieć chyba, że mała jest do niego podobna. Rękami pokazywał wszystkie gesty typu kciuk w górę i serce z palców, a na samym końcu wpadł w objęcia swojej przyszłej niedoszłej teściowej. W końcu wrócił do sali, gdzie leżała Marzena, a właściwie przyleciał jak na skrzydłach. Zapytał, czy możemy z Oskarem na chwilę wyjść. Owszem. Wyszliśmy ale drzwi i tak zostały uchylone. Chciałam usłyszeć, na co odważy się Kuba.
- Dlaczego nie chciałeś się ode mnie uwolnić? Trzeba było wyjechać. Nie chciałam, żebyś zostawał ze względu na mnie.
- Dlatego nie protestowałaś, kiedy ci o tym powiedziałem. Tak naprawdę nigdy nie chciałem od ciebie odejść. Nigdy. Miało być mi łatwiej. No ale...
- Mogę być spokojna o to, że nadal będziesz mieszkał w Katowicach? Przynajmniej teraz. Nie chcę zostać z małą sama...
- A ja mogę być spokojny, że będę miał cie u siebie w mieszkaniu? Znaczy się was? Może w końcu zaczniemy coś razem, jak cywilizowani ludzie?
- Jak tacy, którzy mają dziecko?
- Jak tacy, którzy darzą się uczuciem. Czy ja muszę mówić więcej?
- Hmm. Tak. Po prostu powiedz teraz to, czego nie powiedziałeś mi nigdy w życiu.
- Jesteś nieokrzesana, czasami zbyt szczera, palisz fajki, nie potrafisz być dyskretna wtedy, kiedy śpię, a tobie się już nie chce, nazywasz mnie pracoholikiem, jakbym co najmniej nazywał się Kaczmarczyk i jeszcze nie umiesz parkować, ale to właśnie ciebie kocham. Kocham cię za to, że nie jesteś idealna. To jest w tobie najlepsze.
- Myślę, że teraz możemy razem zamieszkać.
[ 7 sierpnia 2015, Katowice, godz. 16:01]
zmiana narracji. perspektywa Marzeny.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zajęła się organizacją ślubu Idy. Zaprosili z Oskarem stado niewyżytych bachorów, czyli tych bardziej zdziecinniałych mężczyzn niż moja Lilka. Razem z mamą Idy siedziałyśmy w pokoju, gdzie umalowana i uczesana zaciskała na swojej talii biały gorset. Wyglądała jak księżniczka. Gdybym jej nie znała, zapewne stwierdziłabym, że to szaleństwo wychodzić za kogoś, kogo poznało się niecały rok temu, a po drodze przebyło się zawód miłosno-podobny z niejakim Rafałem Resovia Buszkiem. Jednak do Idy to szaleństwo pasowało, nawet bardziej niż do mnie. Pokazała wszystkim, że to ona miała racje i przeciwstawiła się tym, którzy za jej plecami planowali jej szczęście. A Oskar? Czekał jak głupi, chociaż w pewnym momencie sama mu powiedziałam, że nie widzę szansy dla jego zalotów. Albo widzę, ale nikłą. Zawodnicy reprezentacji nie zdziwili się zbytnio dostając zaproszenia, ale nie obyło się bez pytań, co z Rafałem, który ułożył sobie życie ze swoją byłą. A Ida w geście sympatii nie mogła pominąć tej dwójki na liście gości.
- Jak wyglądam?
- Lukier cukier.
- Jak cię Oskar zobaczy, to padnie z wrażenia! - odparła mama, z dumą patrząc na córkę.
W Katowickim kościele, kiedy stałam przy wejściu i dla świętego spokoju skreślałam z listy przybyłych gości, kolejno wchodzili; Kłosik, Szampon, Winiar, Buszu, Zati, Guma, Muratore, Fabię, Konar, Pit, Igła, Stefan, Filip, pracownicy sztabu - wszyscy z partnerkami, oraz samotni Mikuś, Wrona. Nie zabrakło oczywiście całego rodzeństwa Idy i jej koleżanek z roku, rodziny Oskara i innych gości, których nie znałam.
- Denerwuję się. Nie mogę tam wejść.
- Ida? Pod kościołem? Czyś ty już do reszty ochujała?!
Na ostatnie słowo mojego pytania babcia Oskara skrzywiła się, co przyprawiło mnie o czerwone policzki. Musiałam coś wypalić. Nawet dziś.
- Nie ochujałam. - szepnęła mi na ucho panna młoda. - Ja tylko po prostu się boję. Zobaczymy jak ty będziesz wychodzić za mąż.
- Trzymaj te kwiatki! - wepchałam jej do rąk bukiet. - Wejdź tam, bo wszyscy czekają i zalegalizuj kulturalnie swój związek bo z nikim innym lepiej ci nie będzie jak z Oskarem. Nie ma się nad czym zastanawiać. No już. Poszła! Won!
Tyle Idę na podwórku widzieli. Mendelson rozbrzmiewał dostojnie, Oskar zbladł i już myślałam, że Jakub ze Stefanem i Filipem będą go wynosić, ale kto by nie doznał niedotlenienia mózgu, widząc taką piękną Idę i mając świadomość tego, że jest jego? No kto? No nikt. Pozostał mi jeszcze jeden problem. Skoro Kuba jest tam, przy Oskarze, ja usiadłam za Idą, to gdzie jest do cholery jasnej moje dziecko?! Zaczęłam się rozglądać dookoła, ale Lilka spała na kolanach u Wrony. No proszę. Mam nowe wyzwanie. Muszę znaleźć kobietę Andrzejowi i sprowokować, żeby sklepał jej dzieciaka. Albo nie. Po prostu będzie moją niańką. Puściłam mu oczko, bo chyba domyślił się, że go obserwuję, ale mój partner fajtłapa, który dzień przed ślubem oblał swój garnitur herbatą podczas przymiarek, pokazywał mi palec przy szyi. Czy on chciał mi właśnie poderżnąć gardło?!
- Zebraliśmy się tutaj... - na słowa księdza zostaliśmy wszyscy przywróceni do porządku. On zaś spojrzał na przybyłych gości jak na kosmitów. Cóż, rzadko zdarza się, że w kościele jest licząc trenerów z piętnastu siatkarzy. Wielkich siatkarzy. Nawet Igła wydawał się w tym garniaku wysoki!
Ryż posypał się kilogramami, a Ida nie wyszła z kościoła na własnych nogach. Wyniósł ją Oskar, który stwierdzając, że takie cudo nie może chodzić bo jeszcze coś sobie zrobi. W końcu musiał postawić ją na ziemi. Zanim wszyscy się wyprzytulali i zanim pochowałam do auta wszystkie prezenty państwa młodych minęło sporo czasu. W końcu wpadłam na moją najpiękniejszą na świecie przyjaciółkę, a przede wszystkim najbardziej szczęśliwą kobietę pod słońcem.
- Jesteś piękna, mądrą i bardzo cię kocham pani Kaczmarczyk. To co się wydarzyło przez ten rok jest dowodem na to, że życie jest dziwne, nieprzewidywalne i w większości przypadków nawet jeżeli coś zaplanujesz, to i tak będzie inaczej. Walczyłaś o swoje szczęście, jak lwica. Wszystkich zaskoczyłaś, posłuchałaś siebie i dobrze na tym wyszłaś. Teraz jesteś szczęśliwa.
- Wiesz co było kwintesencją mojej pracy w kadrze oprócz tego, że znalazłam miłość? Nauczyłam się jednej ważnej rzeczy. Usłyszałam tam od jednego z siatkarzy słowa, że w życiu niektórych rzeczy nie da rady zrobić na ryzyko, wtedy, kiedy nie jest się w stu procentach pewnym swego. I to jest święta prawda, ale w tym wszystkim jest jeszcze jeden ważny aspekt - bo jeżeli jest się już czegoś pewnym, to nie ma przeszkód, żeby to zrobić. Nie ma przeszkód, żeby iść za głosem serca. Nie ma niczego, co może przeszkodzić w dążeniu do szczęścia. W życiu nie ma granic.
*
jest mi smutno. bo kocham Idę. kocham Marzenę. ale przecież nic nie może wiecznie trwać. no. więc powiem jeszcze tylko, że zawarłam w tym opowiadaniu wiele rzeczy, do których się stosuję, wiele ''życiowych prawd'' i tego typu spraw. napisałam to pod wpływem złotego medalu i szkoda, że kończę po niestety felernym jak dla mnie finale Ligi Mistrzów. Bo przecież mogło być złoto i brąz. I jeszcze taka NIESPODZIEWNKA. Myślałyście, że was zostawię?
do zobaczenia w połowie maja.
http://zimne-serca.blogspot.com/
DZIĘKUJĘ ZA WASZĄ OBECNOŚĆ. NIE ZAPOMNIJCIE O MNIE. TRZYMAJCIE ZA MNIE KCIUKI NA MATURZE.
DO WIDZENIA <3
jest mi smutno. bo kocham Idę. kocham Marzenę. ale przecież nic nie może wiecznie trwać. no. więc powiem jeszcze tylko, że zawarłam w tym opowiadaniu wiele rzeczy, do których się stosuję, wiele ''życiowych prawd'' i tego typu spraw. napisałam to pod wpływem złotego medalu i szkoda, że kończę po niestety felernym jak dla mnie finale Ligi Mistrzów. Bo przecież mogło być złoto i brąz. I jeszcze taka NIESPODZIEWNKA. Myślałyście, że was zostawię?
do zobaczenia w połowie maja.
http://zimne-serca.blogspot.com/
DZIĘKUJĘ ZA WASZĄ OBECNOŚĆ. NIE ZAPOMNIJCIE O MNIE. TRZYMAJCIE ZA MNIE KCIUKI NA MATURZE.
DO WIDZENIA <3