niedziela, 5 kwietnia 2015
poniedziałek, 30 marca 2015
6.Jesteśmy Mistrzami Świata - KONIEC
[23 maj 2015, Katowice, godz. 14.56]
Czekaliśmy z Oskarem na początek sierpnia, aby zaraz po sezonie reprezentacyjnym się pobrać. Nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości. To właśnie za niego chciałam wyjść i spełnić jego największe marzenie, a mianowicie urodzić mu dziecko. Na razie jednak nie dane nam było się o to starać z tego względu, że parę dni przed Bożym Narodzeniem wprowadziliśmy się do niemalże pustego katowickiego mieszkania, ze wstawionymi jedynie wszystkimi drzwiami, zrobioną zaraz po kupnie całą łazienką, kuchenką z piekarnikiem i kawałkiem blatu, a także z łóżkiem. Po świątecznej przerwie ruszyliśmy z meblowaniem, malowaniem i innymi rzeczami na dobre, więc kiedy tylko był czas i Oskar nie zestawiał, jeździliśmy po sklepach budowlanych. Wkręciłam się w to na tyle, że wspólnie doszliśmy do wniosku iż minęłam się z powołaniem i zamiast studiów medycznych powinnam studiować projektowanie wnętrz, ewentualnie coś związanego właśnie z architekturą. Jako kobieta stanowcza nieco ograniczyłam prawa Oskara do wyboru koloru ścian, kafelków i mebli. Na moje szczęście stwierdził, że jego to ani trochę nie rajcuje i mogę zrobić w tym mieszkaniu wszystko, co chcę, byle nie robić niczego w czerwieni. Faktycznie, niczego w tym kolorze ani w jakimś innym bordowym odcieniu nie planowałam. I tak oto po kilkunastu kłótniach ze sprzedawcami i dostawcami manatków dotrwaliśmy do momentu, w którym większość rzeczy była już na swoim miejscu. Każdy kąt idealnie ze sobą współgrał, a biel, beż, jasny odcień szarości i rozweselający miętowo-błękitny (choć ten ostatni był dla mojego narzeczonego po prostu niebieski) stworzyły ze sobą naprawdę ciekawą kompozycję. Było bardzo nowocześnie, ale jednocześnie przytulnie. Tak jak chciałam. A najważniejsze, że koniec końców dostałam stos komplementów od Oskara.
- Został nam jeszcze jeden stojak na buty do garderoby, krzesło do mojego biurka i dywany do sypialni i salonu. - wyrzuciłam z siebie niczym karabin maszynowy, jakbym co najmniej miała to zapisane.
- I nowa mikrofalówka, mikser, ekspres do kawy i ta nieszczęsna zmywarka.
- Oskar, dlaczego my jeszcze nie kupiliśmy zmywarki?
- Bo na miejscu gdzie powinna stać zmywarka stoją pudełka z twoimi butami. - odpowiedział uśmiechając się pod nosem i mieszając sos do spaghetti.
- A widzisz? To oznacza, że powinniśmy kupić też ten pieprzony stojak!
- Jesteś może głodna?
- Ja zawsze jestem głodna, jak coś gotujesz.
Usiedliśmy przy stoliku obok aneksu kuchennego i rozmawiając o popołudniowym treningu Oskara pałaszowaliśmy najlepsze na świecie spaghetti.
- Chyba skoczę dziś do Marzeny. Zrobię jej po drodze zakupy. Prosiła mnie o to wczoraj.
- To widzimy się wieczorem. - pocałował mnie w czoło i przebrał się w dresy. Po chwili drzwi wejściowe zatrzasnęły się. Posprzątałam po posiłku i śladem Oskara podążyłam w stronę Katowickich ulic.
[23 maj 2015, Katowice, godz. 16:00]
- Cześć Mamuśka. O kurwa!
- A ja Marzena.
- Dlaczego ty jesteś taka blada?!
- Wiesz co? Od rana kiepsko się czuję.
No tak. Marzena czas od czasu widuje się z Kubą. Omawiają sprawy związane z narodzinami dziecka. Po każdym takim spotkaniu Marzena odchorowuje to tydzień łącznie z płaczem w poduszkę. Najgorsze jest to, że oprócz konkretnych spraw rozmawiają również o tych bardziej ''na luzie'' i im więcej takich tematów poruszają tym głupia Marzenka ma większą nadzieję. Niestety z tego co wiadomo i mnie i Oskarowi, Kuba robi to tylko i wyłącznie z uprzejmości.
- I do jakich wniosków wczoraj doszliście?
- W sumie to wspominał tylko o tym, że kupi wózek i łóżeczko.
- Dalej.
- Co dalej?
- O czym jeszcze rozmawialiście?
- O niczym. Leci do Stanów, czy coś. Wróci dopiero na wasz ślub.
- CO?! - krzyknęłam. - Czy on już do reszty zgłupiał?!
- Przecież go tu nie zatrzymam. Nie jesteśmy razem.
Pokręciłam głową i wzdychnęłam cicho. Marzena za wszelką cenę starała się ukryć fakt, że sprawa z Kubą rusza ją bardziej jak żadna inna.
- Jest dwudziesty trzeci maja, a ja wychodzę za mąż dopiero siódmego sierpnia. Ty wiesz ile do tego czasu może się stać? To jest chyba jeszcze gorszy moment na wyjazd.
- Przestań, przecież będzie dzwonił.
- Zachowujesz się jakby cię ktoś podmienił. Albo udajesz.
- Powiem ci, że ja się nawet czuję tak, jakby mnie ktoś podmienił. Czuję się jak nie ja.
Rozejrzałam się dookoła. Na stole w salonie stała otworzona butelka wody. Chwyciłam ją i ujrzałam opakowanie leków przeciwbólowych. Dotarło do mnie, że Marzena nie czuje się najlepiej. A już na pewno nie jest to normalne, nawet pomimo jej stanu. Posadziłam ją na sofie i zadzwoniłam po Oskara. W pewnym momencie Marzena zsunęła się na dywan ledwo mrugając przy tym oczami.
-Halo! Słyszysz mnie?! - krzyczałam wniebogłosy.
Momentalnie wezwałam pogotowie a Oskar zjawił się w mieszkaniu równo z ratownikami medycznymi. Zadzwonił do Kuby.
- Tak bardzo mnie boli... - odpowiadała jak w transie - Nie mówcie mu nic. Niech wszystko będzie dla niego takie proste, jak teraz. Nie chce mu niczego utrudniać. Błagam.
I wtedy własnie urwał nam się kontakt. Straciła przytomność. Była totalnie bezwładna. A kiedy lekarze stwierdzili, że ciśnienie spada nim się odwróciłam zamknęli ją w karetce i odjechali. Byłam totalnie otumaniona. Oskar kucał przy futrynie, a ja wyciągnęłam z kieszeni jego dzwoniący telefon.
- Do ciebie. - podałam mu go.
- Stary wybacz, dopiero co wstałem, byłem w łazience, coś się stało?
- Bączek, kurwa musisz tu przyjechać.
- Ale dlaczego? Za godzinę mam pociag do Warszawy na lotnisko.
- Stary... Ja nie wiem, co ja mam ci powiedzieć... - Oskar zawiesił głos.
- Dawaj. Wezmę to na klatę.
- Kuba... Bo ona jest w szpitalu. Zabrali ją na sygnale i jest nieprzytomna
- Ida?! O matko!
- Nie, nie Ida. Marzena.
Tyle było naszej rozmowy z Jakubem. Jeszcze przez chwilę posiedziałam na sofie i za namową Oskara w końcu sięgnęłam po płaszcz. Z piskiem opon ruszyłam w stronę szpitala i po kilku minutach udało nam się dotrzeć na miejsce. Jakaś miła pielęgniarka, widząc nas spanikowanych pokazała nam drogę na sale, gdzie znajduje się Marzena. Drzwi były zamknięte, a lekarz zabronił wchodzić komukolwiek do środka.
- Gdzie ona jest?! - wykrzyczał Kuba kiedy tylko zobaczył nas na korytarzu. Nie powiem, zebrał się ekspresowo. - Gdzie ona jest, Ida?! Powiedz mi!
- Jakub, nie wchodź tam. Nie teraz.
- Ten pan ma rację. Proszę tu nie wchodzić. - odezwała się przechodząca obok nas salowa.
Kuba wpadł w histerię. Razem z lekarzem próbowaliśmy go trzymać. Krzyczał, że musi zobaczyć się z Marzeną, że jest ojcem jej dziecka i że ma do tego prawo.
- Proszę pana, pan sobie nie zdaje sprawy z powagi sytuacji. Proszę usiąść i czekać.
- Panie doktorze, czy coś wiadomo? - zatrzymałam lekarza, który prawdopodobnie przyjął Marzenę na oddział. Wcześniej udało mi się również skontaktować z będącymi na śląsku jej rodzicami.
- Jest problem z łożyskiem. Walczymy ale..
- Doktorze....Niech pan uratuje moje dziecko. Błagam. I Marzenę. Rozumie pan? Niech ona się obudzi!
I to było jedyne sensowne błaganie na ten moment. Było źle. A Jakub był załamany. Nigdy go takiego nie widziałam. Siedział i płakał jak dziecko. Matka Marzeny, która zjawiła się w mgnieniu oka klepała go po ramieniu, ale nic sobie z tego nie robił.
- Ona nam powiedziała, że mamy ci nic nie mówić. Powiedziała, że chce ci wszystko ułatwić.
- Co się stało tak właściwie? - odezwał się ojciec Marzeny.
- Nie wiemy. - zaczęłam. - Jak do niej przyszłam było już kiepsko. Prawie od razu zadzwoniłam na pogotowie. Mówiła, że boli ja brzuch.
- Boże tylko nie brzuch. - pisnął Kuba.
- Przepraszam, chciałbym rozmawiać z rodziną tej pani.Rodzice Marzeny znali Kubę i marzyli o tym, aby został mężem ich córki. Nikogo to nie dziwiło. Pasował do tej rodziny ja nikt inny. Był dla nich ideałem ideałów, wspólnikiem do interesów a przede wszystkim dumą i ostoją dla ich zwariowanej, ale jedynej i najukochańszej córki.
- Trzeba być dobrej myśli, ciśnienie w normie, podaliśmy w kroplówce leki, jeżeli nie jest uczulona na żaden składnik powinna je tolerować. Do jutra rana powinniśmy mieć wszystkie wyniki. Być może płód nie został uszkodzony. Proszę mi tylko powiedzieć, jak ona się odżywiała? Jaki prowadziła tryb życia? We krwi nie było alkoholu i narkotyków. Morfologia w normie. I jeszcze jedno. Czy u państwa w rodzinie był problem z donoszeniem ciąży do 9 miesiąca? Dziecko prawdopodobnie urodzi się szybciej.
- Tak. Ja poroniłam bliźnięta w 4 miesiącu. Marzena urodziła się w ósmym. Jest wcześniakiem.
- W takim razie to kwestia genów. Prawdopodobieństwo poronienia jest spore. Najbliższe kilka godzin zadecyduje. Możecie państwo wejść na parę minut, ale podaliśmy leki usypiające o działaniu przeciwbólowym, więc raczej sobie nie porozmawiacie.
Kiedy ją zobaczyłam nieprzytomna, mało nie pękło mi serce. Wyglądała jak wrak człowieka. Kompletnie do siebie niepodobna. Miała podpuchnięte fioletowe powieki i cienie pod oczami, a kolor jej twarzy przypominał białe szpitalne ściany. Byłam zszokowana. To nie była ta reprezentacyjna mocna Marzena o urodzie, za którą przepadał tam praktycznie każdy. Wiedziałam, że będzie się za to obwiniać, chociaż to wina prawdopodobnie uwarunkowań genetycznych.
[24 maj 2015, Katowice, godz. 8:43]
Noc minęła nam mimo wszystko spokojnie. Późno wróciliśmy ze szpitala, przenocowaliśmy również rodziców Marzeny, bo za nic w świecie nie mogli znaleźć kluczy do mieszkania córki. Jedynie Jakub nie dawał znaku życia. Nie odbierał telefonów, ciągle tylko poczta i poczta. Z samego rana po porannym treningu udaliśmy się do Marzeny. W końcu to właśnie dzisiaj okaże się, czy dziecko przeżyje. Wparowaliśmy na salę niczym jakiś orszak. Jakub spał z głową na biurku, a pielęgniarka powiedziała rodzicom Marzeny konspiracyjnie, że koczował tak całą noc i ani nie drgnął. Faktycznie. Chyba pominęliśmy moment, w którym się pożegnaliśmy i opuściliśmy szpital. Szeptaliśmy między sobą, kiedy nagle, po kilkunastu minutach Marzena ruszyła dłonią. Ojciec zadecydował, że dobrze by było wyjść i iść do lekarza.
- Ida, zostaniesz tutaj ze mną? - poprosił mnie Bączek, na co przystałam i skinieniem głowy wysłałam Oskara i rodziców na zewnątrz. Skierowałam wzrok na twarz Marzeny. Powoli otworzyła oczy a widok białego sufitu spowodował, że mimowolnie złapała powietrze, jakby przebiegła jakiś dystans.
- Spokojnie, jestem tutaj. - powiedział do niej Kuba i cały się telepał, jakby co najmniej Marzena umierała. Nie oddzywałam się na to. Najchętniej wyszłabym z sali, ale jego spojrzenie mówiło mniej więcej: ''Zostań, bo będzie mi raźniej.''. Nie wspomniałam też słowem o tym, że moja przyjaciółka pozbyła się brzucha. Zachowałam kamienną twarz. W głowie kotłowały mi się najgorsze myśli. W tym momencie w sali pojawił się Oskar.
- Stary, lekarz cie wzywa.
- Zaraz wrócę. - pogłaskał Marzenę po dłoni i wyszedł. Na jego miejscu usiadłam ja, a na moim Oskar.
- Gratuluję. Masz zdrową, śliczną córę! Niedługo będzie już z tobą.
- Urodziłaś?! - wrzasnęłam i ułożyłam dłonie na ustach.
- Dziś w nocy. A przynajmniej tak mówili lekarze. Będę mieć bliznę na brzuchu. Kurwa mać.
- Najlepszy dowód na to, że u ciebie wszystko w porządku. Takie epitety z twoich ust to oznaka czegoś dobrego. Ale nie czas na to. Myślę, że powinnaś coś zobaczyć.
Odsłoniłam roletę od okna na korytarz, z którego matki bezpośrednio oglądały swoje dzieci w sali noworodków, znajdującej się na przeciw. Marzena na tyle na ile mogła uniosła głowę. Widok był uroczy. W respiratorze leżała niezdolna jeszcze z powodów wczesnych narodzin do oddychania istotka, rodzice Marzeny rozmawiali z pielęgniarką, a Kuba obchodził miejsce, gdzie leżała jego córka z każdej strony, ale kiedy zobaczył, że na niego patrzymy ruszał ustami chcąc powiedzieć chyba, że mała jest do niego podobna. Rękami pokazywał wszystkie gesty typu kciuk w górę i serce z palców, a na samym końcu wpadł w objęcia swojej przyszłej niedoszłej teściowej. W końcu wrócił do sali, gdzie leżała Marzena, a właściwie przyleciał jak na skrzydłach. Zapytał, czy możemy z Oskarem na chwilę wyjść. Owszem. Wyszliśmy ale drzwi i tak zostały uchylone. Chciałam usłyszeć, na co odważy się Kuba.
- Dlaczego nie chciałeś się ode mnie uwolnić? Trzeba było wyjechać. Nie chciałam, żebyś zostawał ze względu na mnie.
- Dlatego nie protestowałaś, kiedy ci o tym powiedziałem. Tak naprawdę nigdy nie chciałem od ciebie odejść. Nigdy. Miało być mi łatwiej. No ale...
- Mogę być spokojna o to, że nadal będziesz mieszkał w Katowicach? Przynajmniej teraz. Nie chcę zostać z małą sama...
- A ja mogę być spokojny, że będę miał cie u siebie w mieszkaniu? Znaczy się was? Może w końcu zaczniemy coś razem, jak cywilizowani ludzie?
- Jak tacy, którzy mają dziecko?
- Jak tacy, którzy darzą się uczuciem. Czy ja muszę mówić więcej?
- Hmm. Tak. Po prostu powiedz teraz to, czego nie powiedziałeś mi nigdy w życiu.
- Jesteś nieokrzesana, czasami zbyt szczera, palisz fajki, nie potrafisz być dyskretna wtedy, kiedy śpię, a tobie się już nie chce, nazywasz mnie pracoholikiem, jakbym co najmniej nazywał się Kaczmarczyk i jeszcze nie umiesz parkować, ale to właśnie ciebie kocham. Kocham cię za to, że nie jesteś idealna. To jest w tobie najlepsze.
- Myślę, że teraz możemy razem zamieszkać.
[ 7 sierpnia 2015, Katowice, godz. 16:01]
zmiana narracji. perspektywa Marzeny.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zajęła się organizacją ślubu Idy. Zaprosili z Oskarem stado niewyżytych bachorów, czyli tych bardziej zdziecinniałych mężczyzn niż moja Lilka. Razem z mamą Idy siedziałyśmy w pokoju, gdzie umalowana i uczesana zaciskała na swojej talii biały gorset. Wyglądała jak księżniczka. Gdybym jej nie znała, zapewne stwierdziłabym, że to szaleństwo wychodzić za kogoś, kogo poznało się niecały rok temu, a po drodze przebyło się zawód miłosno-podobny z niejakim Rafałem Resovia Buszkiem. Jednak do Idy to szaleństwo pasowało, nawet bardziej niż do mnie. Pokazała wszystkim, że to ona miała racje i przeciwstawiła się tym, którzy za jej plecami planowali jej szczęście. A Oskar? Czekał jak głupi, chociaż w pewnym momencie sama mu powiedziałam, że nie widzę szansy dla jego zalotów. Albo widzę, ale nikłą. Zawodnicy reprezentacji nie zdziwili się zbytnio dostając zaproszenia, ale nie obyło się bez pytań, co z Rafałem, który ułożył sobie życie ze swoją byłą. A Ida w geście sympatii nie mogła pominąć tej dwójki na liście gości.
- Jak wyglądam?
- Lukier cukier.
- Jak cię Oskar zobaczy, to padnie z wrażenia! - odparła mama, z dumą patrząc na córkę.
W Katowickim kościele, kiedy stałam przy wejściu i dla świętego spokoju skreślałam z listy przybyłych gości, kolejno wchodzili; Kłosik, Szampon, Winiar, Buszu, Zati, Guma, Muratore, Fabię, Konar, Pit, Igła, Stefan, Filip, pracownicy sztabu - wszyscy z partnerkami, oraz samotni Mikuś, Wrona. Nie zabrakło oczywiście całego rodzeństwa Idy i jej koleżanek z roku, rodziny Oskara i innych gości, których nie znałam.
- Denerwuję się. Nie mogę tam wejść.
- Ida? Pod kościołem? Czyś ty już do reszty ochujała?!
Na ostatnie słowo mojego pytania babcia Oskara skrzywiła się, co przyprawiło mnie o czerwone policzki. Musiałam coś wypalić. Nawet dziś.
- Nie ochujałam. - szepnęła mi na ucho panna młoda. - Ja tylko po prostu się boję. Zobaczymy jak ty będziesz wychodzić za mąż.
- Trzymaj te kwiatki! - wepchałam jej do rąk bukiet. - Wejdź tam, bo wszyscy czekają i zalegalizuj kulturalnie swój związek bo z nikim innym lepiej ci nie będzie jak z Oskarem. Nie ma się nad czym zastanawiać. No już. Poszła! Won!
Tyle Idę na podwórku widzieli. Mendelson rozbrzmiewał dostojnie, Oskar zbladł i już myślałam, że Jakub ze Stefanem i Filipem będą go wynosić, ale kto by nie doznał niedotlenienia mózgu, widząc taką piękną Idę i mając świadomość tego, że jest jego? No kto? No nikt. Pozostał mi jeszcze jeden problem. Skoro Kuba jest tam, przy Oskarze, ja usiadłam za Idą, to gdzie jest do cholery jasnej moje dziecko?! Zaczęłam się rozglądać dookoła, ale Lilka spała na kolanach u Wrony. No proszę. Mam nowe wyzwanie. Muszę znaleźć kobietę Andrzejowi i sprowokować, żeby sklepał jej dzieciaka. Albo nie. Po prostu będzie moją niańką. Puściłam mu oczko, bo chyba domyślił się, że go obserwuję, ale mój partner fajtłapa, który dzień przed ślubem oblał swój garnitur herbatą podczas przymiarek, pokazywał mi palec przy szyi. Czy on chciał mi właśnie poderżnąć gardło?!
- Zebraliśmy się tutaj... - na słowa księdza zostaliśmy wszyscy przywróceni do porządku. On zaś spojrzał na przybyłych gości jak na kosmitów. Cóż, rzadko zdarza się, że w kościele jest licząc trenerów z piętnastu siatkarzy. Wielkich siatkarzy. Nawet Igła wydawał się w tym garniaku wysoki!
Ryż posypał się kilogramami, a Ida nie wyszła z kościoła na własnych nogach. Wyniósł ją Oskar, który stwierdzając, że takie cudo nie może chodzić bo jeszcze coś sobie zrobi. W końcu musiał postawić ją na ziemi. Zanim wszyscy się wyprzytulali i zanim pochowałam do auta wszystkie prezenty państwa młodych minęło sporo czasu. W końcu wpadłam na moją najpiękniejszą na świecie przyjaciółkę, a przede wszystkim najbardziej szczęśliwą kobietę pod słońcem.
- Jesteś piękna, mądrą i bardzo cię kocham pani Kaczmarczyk. To co się wydarzyło przez ten rok jest dowodem na to, że życie jest dziwne, nieprzewidywalne i w większości przypadków nawet jeżeli coś zaplanujesz, to i tak będzie inaczej. Walczyłaś o swoje szczęście, jak lwica. Wszystkich zaskoczyłaś, posłuchałaś siebie i dobrze na tym wyszłaś. Teraz jesteś szczęśliwa.
- Wiesz co było kwintesencją mojej pracy w kadrze oprócz tego, że znalazłam miłość? Nauczyłam się jednej ważnej rzeczy. Usłyszałam tam od jednego z siatkarzy słowa, że w życiu niektórych rzeczy nie da rady zrobić na ryzyko, wtedy, kiedy nie jest się w stu procentach pewnym swego. I to jest święta prawda, ale w tym wszystkim jest jeszcze jeden ważny aspekt - bo jeżeli jest się już czegoś pewnym, to nie ma przeszkód, żeby to zrobić. Nie ma przeszkód, żeby iść za głosem serca. Nie ma niczego, co może przeszkodzić w dążeniu do szczęścia. W życiu nie ma granic.
Czekaliśmy z Oskarem na początek sierpnia, aby zaraz po sezonie reprezentacyjnym się pobrać. Nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości. To właśnie za niego chciałam wyjść i spełnić jego największe marzenie, a mianowicie urodzić mu dziecko. Na razie jednak nie dane nam było się o to starać z tego względu, że parę dni przed Bożym Narodzeniem wprowadziliśmy się do niemalże pustego katowickiego mieszkania, ze wstawionymi jedynie wszystkimi drzwiami, zrobioną zaraz po kupnie całą łazienką, kuchenką z piekarnikiem i kawałkiem blatu, a także z łóżkiem. Po świątecznej przerwie ruszyliśmy z meblowaniem, malowaniem i innymi rzeczami na dobre, więc kiedy tylko był czas i Oskar nie zestawiał, jeździliśmy po sklepach budowlanych. Wkręciłam się w to na tyle, że wspólnie doszliśmy do wniosku iż minęłam się z powołaniem i zamiast studiów medycznych powinnam studiować projektowanie wnętrz, ewentualnie coś związanego właśnie z architekturą. Jako kobieta stanowcza nieco ograniczyłam prawa Oskara do wyboru koloru ścian, kafelków i mebli. Na moje szczęście stwierdził, że jego to ani trochę nie rajcuje i mogę zrobić w tym mieszkaniu wszystko, co chcę, byle nie robić niczego w czerwieni. Faktycznie, niczego w tym kolorze ani w jakimś innym bordowym odcieniu nie planowałam. I tak oto po kilkunastu kłótniach ze sprzedawcami i dostawcami manatków dotrwaliśmy do momentu, w którym większość rzeczy była już na swoim miejscu. Każdy kąt idealnie ze sobą współgrał, a biel, beż, jasny odcień szarości i rozweselający miętowo-błękitny (choć ten ostatni był dla mojego narzeczonego po prostu niebieski) stworzyły ze sobą naprawdę ciekawą kompozycję. Było bardzo nowocześnie, ale jednocześnie przytulnie. Tak jak chciałam. A najważniejsze, że koniec końców dostałam stos komplementów od Oskara.
- Został nam jeszcze jeden stojak na buty do garderoby, krzesło do mojego biurka i dywany do sypialni i salonu. - wyrzuciłam z siebie niczym karabin maszynowy, jakbym co najmniej miała to zapisane.
- I nowa mikrofalówka, mikser, ekspres do kawy i ta nieszczęsna zmywarka.
- Oskar, dlaczego my jeszcze nie kupiliśmy zmywarki?
- Bo na miejscu gdzie powinna stać zmywarka stoją pudełka z twoimi butami. - odpowiedział uśmiechając się pod nosem i mieszając sos do spaghetti.
- A widzisz? To oznacza, że powinniśmy kupić też ten pieprzony stojak!
- Jesteś może głodna?
- Ja zawsze jestem głodna, jak coś gotujesz.
Usiedliśmy przy stoliku obok aneksu kuchennego i rozmawiając o popołudniowym treningu Oskara pałaszowaliśmy najlepsze na świecie spaghetti.
- Chyba skoczę dziś do Marzeny. Zrobię jej po drodze zakupy. Prosiła mnie o to wczoraj.
- To widzimy się wieczorem. - pocałował mnie w czoło i przebrał się w dresy. Po chwili drzwi wejściowe zatrzasnęły się. Posprzątałam po posiłku i śladem Oskara podążyłam w stronę Katowickich ulic.
[23 maj 2015, Katowice, godz. 16:00]
- Cześć Mamuśka. O kurwa!
- A ja Marzena.
- Dlaczego ty jesteś taka blada?!
- Wiesz co? Od rana kiepsko się czuję.
No tak. Marzena czas od czasu widuje się z Kubą. Omawiają sprawy związane z narodzinami dziecka. Po każdym takim spotkaniu Marzena odchorowuje to tydzień łącznie z płaczem w poduszkę. Najgorsze jest to, że oprócz konkretnych spraw rozmawiają również o tych bardziej ''na luzie'' i im więcej takich tematów poruszają tym głupia Marzenka ma większą nadzieję. Niestety z tego co wiadomo i mnie i Oskarowi, Kuba robi to tylko i wyłącznie z uprzejmości.
- I do jakich wniosków wczoraj doszliście?
- W sumie to wspominał tylko o tym, że kupi wózek i łóżeczko.
- Dalej.
- Co dalej?
- O czym jeszcze rozmawialiście?
- O niczym. Leci do Stanów, czy coś. Wróci dopiero na wasz ślub.
- CO?! - krzyknęłam. - Czy on już do reszty zgłupiał?!
- Przecież go tu nie zatrzymam. Nie jesteśmy razem.
Pokręciłam głową i wzdychnęłam cicho. Marzena za wszelką cenę starała się ukryć fakt, że sprawa z Kubą rusza ją bardziej jak żadna inna.
- Jest dwudziesty trzeci maja, a ja wychodzę za mąż dopiero siódmego sierpnia. Ty wiesz ile do tego czasu może się stać? To jest chyba jeszcze gorszy moment na wyjazd.
- Przestań, przecież będzie dzwonił.
- Zachowujesz się jakby cię ktoś podmienił. Albo udajesz.
- Powiem ci, że ja się nawet czuję tak, jakby mnie ktoś podmienił. Czuję się jak nie ja.
Rozejrzałam się dookoła. Na stole w salonie stała otworzona butelka wody. Chwyciłam ją i ujrzałam opakowanie leków przeciwbólowych. Dotarło do mnie, że Marzena nie czuje się najlepiej. A już na pewno nie jest to normalne, nawet pomimo jej stanu. Posadziłam ją na sofie i zadzwoniłam po Oskara. W pewnym momencie Marzena zsunęła się na dywan ledwo mrugając przy tym oczami.
-Halo! Słyszysz mnie?! - krzyczałam wniebogłosy.
Momentalnie wezwałam pogotowie a Oskar zjawił się w mieszkaniu równo z ratownikami medycznymi. Zadzwonił do Kuby.
- Tak bardzo mnie boli... - odpowiadała jak w transie - Nie mówcie mu nic. Niech wszystko będzie dla niego takie proste, jak teraz. Nie chce mu niczego utrudniać. Błagam.
I wtedy własnie urwał nam się kontakt. Straciła przytomność. Była totalnie bezwładna. A kiedy lekarze stwierdzili, że ciśnienie spada nim się odwróciłam zamknęli ją w karetce i odjechali. Byłam totalnie otumaniona. Oskar kucał przy futrynie, a ja wyciągnęłam z kieszeni jego dzwoniący telefon.
- Do ciebie. - podałam mu go.
- Stary wybacz, dopiero co wstałem, byłem w łazience, coś się stało?
- Bączek, kurwa musisz tu przyjechać.
- Ale dlaczego? Za godzinę mam pociag do Warszawy na lotnisko.
- Stary... Ja nie wiem, co ja mam ci powiedzieć... - Oskar zawiesił głos.
- Dawaj. Wezmę to na klatę.
- Kuba... Bo ona jest w szpitalu. Zabrali ją na sygnale i jest nieprzytomna
- Ida?! O matko!
- Nie, nie Ida. Marzena.
Tyle było naszej rozmowy z Jakubem. Jeszcze przez chwilę posiedziałam na sofie i za namową Oskara w końcu sięgnęłam po płaszcz. Z piskiem opon ruszyłam w stronę szpitala i po kilku minutach udało nam się dotrzeć na miejsce. Jakaś miła pielęgniarka, widząc nas spanikowanych pokazała nam drogę na sale, gdzie znajduje się Marzena. Drzwi były zamknięte, a lekarz zabronił wchodzić komukolwiek do środka.
- Gdzie ona jest?! - wykrzyczał Kuba kiedy tylko zobaczył nas na korytarzu. Nie powiem, zebrał się ekspresowo. - Gdzie ona jest, Ida?! Powiedz mi!
- Jakub, nie wchodź tam. Nie teraz.
- Ten pan ma rację. Proszę tu nie wchodzić. - odezwała się przechodząca obok nas salowa.
Kuba wpadł w histerię. Razem z lekarzem próbowaliśmy go trzymać. Krzyczał, że musi zobaczyć się z Marzeną, że jest ojcem jej dziecka i że ma do tego prawo.
- Proszę pana, pan sobie nie zdaje sprawy z powagi sytuacji. Proszę usiąść i czekać.
- Panie doktorze, czy coś wiadomo? - zatrzymałam lekarza, który prawdopodobnie przyjął Marzenę na oddział. Wcześniej udało mi się również skontaktować z będącymi na śląsku jej rodzicami.
- Jest problem z łożyskiem. Walczymy ale..
- Doktorze....Niech pan uratuje moje dziecko. Błagam. I Marzenę. Rozumie pan? Niech ona się obudzi!
I to było jedyne sensowne błaganie na ten moment. Było źle. A Jakub był załamany. Nigdy go takiego nie widziałam. Siedział i płakał jak dziecko. Matka Marzeny, która zjawiła się w mgnieniu oka klepała go po ramieniu, ale nic sobie z tego nie robił.
- Ona nam powiedziała, że mamy ci nic nie mówić. Powiedziała, że chce ci wszystko ułatwić.
- Co się stało tak właściwie? - odezwał się ojciec Marzeny.
- Nie wiemy. - zaczęłam. - Jak do niej przyszłam było już kiepsko. Prawie od razu zadzwoniłam na pogotowie. Mówiła, że boli ja brzuch.
- Boże tylko nie brzuch. - pisnął Kuba.
- Przepraszam, chciałbym rozmawiać z rodziną tej pani.Rodzice Marzeny znali Kubę i marzyli o tym, aby został mężem ich córki. Nikogo to nie dziwiło. Pasował do tej rodziny ja nikt inny. Był dla nich ideałem ideałów, wspólnikiem do interesów a przede wszystkim dumą i ostoją dla ich zwariowanej, ale jedynej i najukochańszej córki.
- Trzeba być dobrej myśli, ciśnienie w normie, podaliśmy w kroplówce leki, jeżeli nie jest uczulona na żaden składnik powinna je tolerować. Do jutra rana powinniśmy mieć wszystkie wyniki. Być może płód nie został uszkodzony. Proszę mi tylko powiedzieć, jak ona się odżywiała? Jaki prowadziła tryb życia? We krwi nie było alkoholu i narkotyków. Morfologia w normie. I jeszcze jedno. Czy u państwa w rodzinie był problem z donoszeniem ciąży do 9 miesiąca? Dziecko prawdopodobnie urodzi się szybciej.
- Tak. Ja poroniłam bliźnięta w 4 miesiącu. Marzena urodziła się w ósmym. Jest wcześniakiem.
- W takim razie to kwestia genów. Prawdopodobieństwo poronienia jest spore. Najbliższe kilka godzin zadecyduje. Możecie państwo wejść na parę minut, ale podaliśmy leki usypiające o działaniu przeciwbólowym, więc raczej sobie nie porozmawiacie.
Kiedy ją zobaczyłam nieprzytomna, mało nie pękło mi serce. Wyglądała jak wrak człowieka. Kompletnie do siebie niepodobna. Miała podpuchnięte fioletowe powieki i cienie pod oczami, a kolor jej twarzy przypominał białe szpitalne ściany. Byłam zszokowana. To nie była ta reprezentacyjna mocna Marzena o urodzie, za którą przepadał tam praktycznie każdy. Wiedziałam, że będzie się za to obwiniać, chociaż to wina prawdopodobnie uwarunkowań genetycznych.
[24 maj 2015, Katowice, godz. 8:43]
Noc minęła nam mimo wszystko spokojnie. Późno wróciliśmy ze szpitala, przenocowaliśmy również rodziców Marzeny, bo za nic w świecie nie mogli znaleźć kluczy do mieszkania córki. Jedynie Jakub nie dawał znaku życia. Nie odbierał telefonów, ciągle tylko poczta i poczta. Z samego rana po porannym treningu udaliśmy się do Marzeny. W końcu to właśnie dzisiaj okaże się, czy dziecko przeżyje. Wparowaliśmy na salę niczym jakiś orszak. Jakub spał z głową na biurku, a pielęgniarka powiedziała rodzicom Marzeny konspiracyjnie, że koczował tak całą noc i ani nie drgnął. Faktycznie. Chyba pominęliśmy moment, w którym się pożegnaliśmy i opuściliśmy szpital. Szeptaliśmy między sobą, kiedy nagle, po kilkunastu minutach Marzena ruszyła dłonią. Ojciec zadecydował, że dobrze by było wyjść i iść do lekarza.
- Ida, zostaniesz tutaj ze mną? - poprosił mnie Bączek, na co przystałam i skinieniem głowy wysłałam Oskara i rodziców na zewnątrz. Skierowałam wzrok na twarz Marzeny. Powoli otworzyła oczy a widok białego sufitu spowodował, że mimowolnie złapała powietrze, jakby przebiegła jakiś dystans.
- Spokojnie, jestem tutaj. - powiedział do niej Kuba i cały się telepał, jakby co najmniej Marzena umierała. Nie oddzywałam się na to. Najchętniej wyszłabym z sali, ale jego spojrzenie mówiło mniej więcej: ''Zostań, bo będzie mi raźniej.''. Nie wspomniałam też słowem o tym, że moja przyjaciółka pozbyła się brzucha. Zachowałam kamienną twarz. W głowie kotłowały mi się najgorsze myśli. W tym momencie w sali pojawił się Oskar.
- Stary, lekarz cie wzywa.
- Zaraz wrócę. - pogłaskał Marzenę po dłoni i wyszedł. Na jego miejscu usiadłam ja, a na moim Oskar.
- Gratuluję. Masz zdrową, śliczną córę! Niedługo będzie już z tobą.
- Urodziłaś?! - wrzasnęłam i ułożyłam dłonie na ustach.
- Dziś w nocy. A przynajmniej tak mówili lekarze. Będę mieć bliznę na brzuchu. Kurwa mać.
- Najlepszy dowód na to, że u ciebie wszystko w porządku. Takie epitety z twoich ust to oznaka czegoś dobrego. Ale nie czas na to. Myślę, że powinnaś coś zobaczyć.
Odsłoniłam roletę od okna na korytarz, z którego matki bezpośrednio oglądały swoje dzieci w sali noworodków, znajdującej się na przeciw. Marzena na tyle na ile mogła uniosła głowę. Widok był uroczy. W respiratorze leżała niezdolna jeszcze z powodów wczesnych narodzin do oddychania istotka, rodzice Marzeny rozmawiali z pielęgniarką, a Kuba obchodził miejsce, gdzie leżała jego córka z każdej strony, ale kiedy zobaczył, że na niego patrzymy ruszał ustami chcąc powiedzieć chyba, że mała jest do niego podobna. Rękami pokazywał wszystkie gesty typu kciuk w górę i serce z palców, a na samym końcu wpadł w objęcia swojej przyszłej niedoszłej teściowej. W końcu wrócił do sali, gdzie leżała Marzena, a właściwie przyleciał jak na skrzydłach. Zapytał, czy możemy z Oskarem na chwilę wyjść. Owszem. Wyszliśmy ale drzwi i tak zostały uchylone. Chciałam usłyszeć, na co odważy się Kuba.
- Dlaczego nie chciałeś się ode mnie uwolnić? Trzeba było wyjechać. Nie chciałam, żebyś zostawał ze względu na mnie.
- Dlatego nie protestowałaś, kiedy ci o tym powiedziałem. Tak naprawdę nigdy nie chciałem od ciebie odejść. Nigdy. Miało być mi łatwiej. No ale...
- Mogę być spokojna o to, że nadal będziesz mieszkał w Katowicach? Przynajmniej teraz. Nie chcę zostać z małą sama...
- A ja mogę być spokojny, że będę miał cie u siebie w mieszkaniu? Znaczy się was? Może w końcu zaczniemy coś razem, jak cywilizowani ludzie?
- Jak tacy, którzy mają dziecko?
- Jak tacy, którzy darzą się uczuciem. Czy ja muszę mówić więcej?
- Hmm. Tak. Po prostu powiedz teraz to, czego nie powiedziałeś mi nigdy w życiu.
- Jesteś nieokrzesana, czasami zbyt szczera, palisz fajki, nie potrafisz być dyskretna wtedy, kiedy śpię, a tobie się już nie chce, nazywasz mnie pracoholikiem, jakbym co najmniej nazywał się Kaczmarczyk i jeszcze nie umiesz parkować, ale to właśnie ciebie kocham. Kocham cię za to, że nie jesteś idealna. To jest w tobie najlepsze.
- Myślę, że teraz możemy razem zamieszkać.
[ 7 sierpnia 2015, Katowice, godz. 16:01]
zmiana narracji. perspektywa Marzeny.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zajęła się organizacją ślubu Idy. Zaprosili z Oskarem stado niewyżytych bachorów, czyli tych bardziej zdziecinniałych mężczyzn niż moja Lilka. Razem z mamą Idy siedziałyśmy w pokoju, gdzie umalowana i uczesana zaciskała na swojej talii biały gorset. Wyglądała jak księżniczka. Gdybym jej nie znała, zapewne stwierdziłabym, że to szaleństwo wychodzić za kogoś, kogo poznało się niecały rok temu, a po drodze przebyło się zawód miłosno-podobny z niejakim Rafałem Resovia Buszkiem. Jednak do Idy to szaleństwo pasowało, nawet bardziej niż do mnie. Pokazała wszystkim, że to ona miała racje i przeciwstawiła się tym, którzy za jej plecami planowali jej szczęście. A Oskar? Czekał jak głupi, chociaż w pewnym momencie sama mu powiedziałam, że nie widzę szansy dla jego zalotów. Albo widzę, ale nikłą. Zawodnicy reprezentacji nie zdziwili się zbytnio dostając zaproszenia, ale nie obyło się bez pytań, co z Rafałem, który ułożył sobie życie ze swoją byłą. A Ida w geście sympatii nie mogła pominąć tej dwójki na liście gości.
- Jak wyglądam?
- Lukier cukier.
- Jak cię Oskar zobaczy, to padnie z wrażenia! - odparła mama, z dumą patrząc na córkę.
W Katowickim kościele, kiedy stałam przy wejściu i dla świętego spokoju skreślałam z listy przybyłych gości, kolejno wchodzili; Kłosik, Szampon, Winiar, Buszu, Zati, Guma, Muratore, Fabię, Konar, Pit, Igła, Stefan, Filip, pracownicy sztabu - wszyscy z partnerkami, oraz samotni Mikuś, Wrona. Nie zabrakło oczywiście całego rodzeństwa Idy i jej koleżanek z roku, rodziny Oskara i innych gości, których nie znałam.
- Denerwuję się. Nie mogę tam wejść.
- Ida? Pod kościołem? Czyś ty już do reszty ochujała?!
Na ostatnie słowo mojego pytania babcia Oskara skrzywiła się, co przyprawiło mnie o czerwone policzki. Musiałam coś wypalić. Nawet dziś.
- Nie ochujałam. - szepnęła mi na ucho panna młoda. - Ja tylko po prostu się boję. Zobaczymy jak ty będziesz wychodzić za mąż.
- Trzymaj te kwiatki! - wepchałam jej do rąk bukiet. - Wejdź tam, bo wszyscy czekają i zalegalizuj kulturalnie swój związek bo z nikim innym lepiej ci nie będzie jak z Oskarem. Nie ma się nad czym zastanawiać. No już. Poszła! Won!
Tyle Idę na podwórku widzieli. Mendelson rozbrzmiewał dostojnie, Oskar zbladł i już myślałam, że Jakub ze Stefanem i Filipem będą go wynosić, ale kto by nie doznał niedotlenienia mózgu, widząc taką piękną Idę i mając świadomość tego, że jest jego? No kto? No nikt. Pozostał mi jeszcze jeden problem. Skoro Kuba jest tam, przy Oskarze, ja usiadłam za Idą, to gdzie jest do cholery jasnej moje dziecko?! Zaczęłam się rozglądać dookoła, ale Lilka spała na kolanach u Wrony. No proszę. Mam nowe wyzwanie. Muszę znaleźć kobietę Andrzejowi i sprowokować, żeby sklepał jej dzieciaka. Albo nie. Po prostu będzie moją niańką. Puściłam mu oczko, bo chyba domyślił się, że go obserwuję, ale mój partner fajtłapa, który dzień przed ślubem oblał swój garnitur herbatą podczas przymiarek, pokazywał mi palec przy szyi. Czy on chciał mi właśnie poderżnąć gardło?!
- Zebraliśmy się tutaj... - na słowa księdza zostaliśmy wszyscy przywróceni do porządku. On zaś spojrzał na przybyłych gości jak na kosmitów. Cóż, rzadko zdarza się, że w kościele jest licząc trenerów z piętnastu siatkarzy. Wielkich siatkarzy. Nawet Igła wydawał się w tym garniaku wysoki!
Ryż posypał się kilogramami, a Ida nie wyszła z kościoła na własnych nogach. Wyniósł ją Oskar, który stwierdzając, że takie cudo nie może chodzić bo jeszcze coś sobie zrobi. W końcu musiał postawić ją na ziemi. Zanim wszyscy się wyprzytulali i zanim pochowałam do auta wszystkie prezenty państwa młodych minęło sporo czasu. W końcu wpadłam na moją najpiękniejszą na świecie przyjaciółkę, a przede wszystkim najbardziej szczęśliwą kobietę pod słońcem.
- Jesteś piękna, mądrą i bardzo cię kocham pani Kaczmarczyk. To co się wydarzyło przez ten rok jest dowodem na to, że życie jest dziwne, nieprzewidywalne i w większości przypadków nawet jeżeli coś zaplanujesz, to i tak będzie inaczej. Walczyłaś o swoje szczęście, jak lwica. Wszystkich zaskoczyłaś, posłuchałaś siebie i dobrze na tym wyszłaś. Teraz jesteś szczęśliwa.
- Wiesz co było kwintesencją mojej pracy w kadrze oprócz tego, że znalazłam miłość? Nauczyłam się jednej ważnej rzeczy. Usłyszałam tam od jednego z siatkarzy słowa, że w życiu niektórych rzeczy nie da rady zrobić na ryzyko, wtedy, kiedy nie jest się w stu procentach pewnym swego. I to jest święta prawda, ale w tym wszystkim jest jeszcze jeden ważny aspekt - bo jeżeli jest się już czegoś pewnym, to nie ma przeszkód, żeby to zrobić. Nie ma przeszkód, żeby iść za głosem serca. Nie ma niczego, co może przeszkodzić w dążeniu do szczęścia. W życiu nie ma granic.
*
jest mi smutno. bo kocham Idę. kocham Marzenę. ale przecież nic nie może wiecznie trwać. no. więc powiem jeszcze tylko, że zawarłam w tym opowiadaniu wiele rzeczy, do których się stosuję, wiele ''życiowych prawd'' i tego typu spraw. napisałam to pod wpływem złotego medalu i szkoda, że kończę po niestety felernym jak dla mnie finale Ligi Mistrzów. Bo przecież mogło być złoto i brąz. I jeszcze taka NIESPODZIEWNKA. Myślałyście, że was zostawię?
do zobaczenia w połowie maja.
http://zimne-serca.blogspot.com/
DZIĘKUJĘ ZA WASZĄ OBECNOŚĆ. NIE ZAPOMNIJCIE O MNIE. TRZYMAJCIE ZA MNIE KCIUKI NA MATURZE.
DO WIDZENIA <3
jest mi smutno. bo kocham Idę. kocham Marzenę. ale przecież nic nie może wiecznie trwać. no. więc powiem jeszcze tylko, że zawarłam w tym opowiadaniu wiele rzeczy, do których się stosuję, wiele ''życiowych prawd'' i tego typu spraw. napisałam to pod wpływem złotego medalu i szkoda, że kończę po niestety felernym jak dla mnie finale Ligi Mistrzów. Bo przecież mogło być złoto i brąz. I jeszcze taka NIESPODZIEWNKA. Myślałyście, że was zostawię?
do zobaczenia w połowie maja.
http://zimne-serca.blogspot.com/
DZIĘKUJĘ ZA WASZĄ OBECNOŚĆ. NIE ZAPOMNIJCIE O MNIE. TRZYMAJCIE ZA MNIE KCIUKI NA MATURZE.
DO WIDZENIA <3
niedziela, 15 marca 2015
5.Jesteśmy Mistrzami świata
[07.10.2014, Jaworzno, godz. 12.46]
Po moim błagalnym telefonie do Marzeny mogłam liczyć na jej obecność w domu Oskara.
- Proszę cie. Dam sobie rękę uciąć, że pewnie jest w Kędzierzynie i do wieczora pojawi się w domu. To nie jest w jego stylu, przecież go znasz...
- To dlaczego nie odbiera telefonu?! Dlaczego nie odpisuje?! Dlaczego nie napisał na stole głupiej kartki? Dlaczego spakował swoje rzeczy?!
- A pytałaś Kuby?
- Pytałam. Dzwoniłam do niego. Powiedział, że ostatni raz rozmawiał z Oskarem dwa dni temu.
-Wydaje mi się, że panikujesz. On by ci tego nie zrobił.
- Nie miał nic do stracenia.
- Miał. Ciebie. Prawie stracił cie na mistrzostwach. Myślisz, że dla dojrzałego faceta problemem będzie twoja przeszłość i załamanie, z którego wyszłaś? To wszystko minęło, tego już nie ma! Jesteś zdrowa, sprawna...
- Tak, jestem, ale może to on się boi, że to wróci?
- Jak już mówiłam, wydaje mi się, że to nie jest dla niego problemem.
- Wiem jedno. Teraz to ja się boję. Boje się, że go stracę.
- Spróbuj zadzwonić do niego jeszcze raz. Teraz. Przy mnie.
- Marzena, zrozum. Dzwonie do niego od rana. Ale niech ci będzie.
Ledwo wzięłam telefon do ręki, a zaświecił się ekran. Wiadomość. Oskar.
- Napisał. - stwierdziłam zdziwiona.
- I co?
- Jestem do jutra w Kędzierzynie u Sebastiana, zadzwonię po południu, nie ruszaj się z domu. - zacytowałam.
- Uspokojona?
- Nie wiem. Dobrze wiedział, co sobie mogłam pomyśleć.
- Nie mam do ciebie siły. Zrób mi lepiej herbatę.
Wykonałam polecenie Marzeny i zaparzyłam jej kubek gorącej herbaty z cytryną.
- Wiesz co? - zaczęłam ponownie. - Doszłam do wniosku, że większym moim problemem jest utrata tego mieszkania. Miejsce, cena... Wszystko mi odpowiadało. Wiem! Może ja tam po prostu pojadę i porozmawiam z gościem, dlaczego się rozmyślił, skoro brałam je na sto procent.
- Dobra. Zrobisz jak uważasz. A teraz uważnie mnie posłuchaj. - Marzena spochmurniała i zbladła.
- Stało się coś?
- Usiądź.
- Po co? Ty wiesz ile ja się już nasiedziałam? Daj mi trochę kości rozprostować...
- Jestem w ciąży z Kubą. - przerwała patrząc na mnie kamiennym wzrokiem. Z wrażenia rozsypałam cukier i oblałam się wrzątkiem, na szczęście ciecz wsiąknęły grube dresy.
- O kurwa mać. - skwitowałam jeszcze bardziej dosadnie niż przed momentem bałaganiąc dookoła. - Chyba nie mówisz poważnie.
- A czy wyglądam teraz jakbym kłamała?
Fakt. Marzena wyglądała poważnie, jak nigdy.
- Pewnie mnie teraz zamordujesz, ale ...
- Wie. - uprzedziła moje pytanie. - Dowiedział się pierwszy. Nie było sensu kłamać w nieskończoność, bo i tak by się wydało czyje to dziecko. Nie ruszyło go to. Powiedział, że będzie płacić alimenty i przyjeżdżać po nie jak będzie miał czas.
- Odpowiada ci taki układ?
- Jeżeli się nie rozmyśle, jego przyjazdy nie będą potrzebne.
- Chcesz usunąć?! - wykrzyczałam na całe gardło.
- Oszalałaś?! Chce oddać do adopcji.
- Marzena... To twoje dziecko.. Nie chcesz go wychować? Nie chcesz patrzeć jak rośnie?
- Postaw się w mojej sytuacji. U Kuby nie zmieni się nic. To mnie zostawi wszystkie obowiązki, będzie mógł ułożyć sobie życie rzucając jedynie czas od czasu na ubranka i pieluchy. To ja będę musiała zmieniać całe swoje życie. A wiesz co jest najgorsze? Że to ja będę musiała być i mamą i tatą w jednym. I co ja powiem temu dziecku jak zapyta, gdzie jest tatuś? Że tatuś robi karierę? Że jest tylko od dawania pieniędzy? Że tatuś to ten obcy człowiek, który przyjeżdża do niego i zabiera na plac zabaw raz w miesiącu? Będę z tym wszystkim sama! Nie chce wyżywać się na małej, niczemu niewinnej istocie. Nie chce przy niej płakać.
- Ja jestem z tobą. Nie zostawię cie. I przemówię Kubie, żeby wykazał się rozumem niekoniecznie w pracy.
- Przemyśle to, ale nie rozmawiaj z nim. Bez łaski. A i wracając do tematu... Przecież masz siedzieć w domu. Jesteś chora. W dodatku twój samochód od dobrych dwóch tygodni stoi pod moim blokiem.
- I co z tego? Zawieziesz mnie do Katowic i wtedy się nim zajmę. Wstawaj. Mamy mało czasu. Na czternastą miałam być w mieszkaniu.
- Ale...
- Nie gadaj tyle tylko zawieź mnie do tych Katowic i pomóż mi ruszyć dupsko z domu chociaż na parę godzin. Nic mi nie będzie!
- Ale nic nie powiesz Oskarowi?
- Słowo harcerza. Wezmę to na siebie.
- Masz szczęście, że byłam kiedyś małym skautem.
[07.10.2014, Jaworzno, godz. 13.30]
Po czterdziestu minutach dotarłyśmy pod blok, w którym mieszkała Marzena.
- Dasz sobie radę? - zapytałam.
- Jasne. Przecież ciąża w początkowych tygodniach to nie niepełnosprawność. W późniejszych zresztą też nie.
- Zadzwonię. - przytuliłam ją na pożegnanie. - Tylko nie rób głupich rzeczy.
- Jasne mamusiu. - odpowiedziała i zniknęła za drzwiami od klatki schodowej.
Okłamałam Marzenę. Tak naprawdę na spotkanie z właścicielem byłam umówiona dużo później. Moja wymówka była tylko pretekstem do spotkania się z Jakubem. Z porannej rozmowy wywnioskowałam, że jest w Katowicach, w swoim mieszkaniu. Zadzwoniłam więc kolejny raz, aby zszedł do kawiarenki znajdującej się na przeciw jego bloku, a właściwie apartamentowca. Wyraźnie zdziwiony pojawił się po dziesięciu minutach.
- Co ty tutaj robisz? Dobrze cię widzieć! - przywitał mnie buziakiem w policzek. - Dwie herbaty, proszę.
- Wiesz, dlaczego tutaj jestem, prawda?
- Wiem. Ale czy jest o czym rozmawiać? Sytuacja jest beznadziejna i tyle.
- Powiedz mi, co tobą kierowało, kiedy przespałeś się z Marzeną?
- Między nami od początku coś wisiało w powietrzu.
- A teraz nie wisi? Już ci przeszło?
- Ciągle nad tym myślę. To nie jest tak, że ja to wszystko totalnie olałem. Spotkaliśmy się w Warszawie. Zapytałem co tam, powiedziała, że jest w ciąży. Tak nagle. Z grubej rury. Byłem tak zszokowany, że plątał mi się język. Powiedziałem, że będę płacił.
- A teraz jak jest? Przemyślałeś coś?
- Oj Ida. Nie wiem. Naprawdę nie wiem już niczego. Marzena jest cudowna... Ale nie dla mnie.
- Właściwie to wpadłam na chwilę. Jadę do mieszkania, które miałam kupić. Tak na koniec... Jeżeli nie chcesz z nią być, to nikt cię do tego nie zmusi. Przerobiłam to kilkanaście dni temu, że tak po prostu się nie da. Ale nie zostawiaj jej z tym samej. Chociaż tyle dla niej zrób. Bo ona nie chce twoich pieniędzy. Ona chce ciebie. A jeżeli nie może cie mieć w całości, to daj jej swoją cząstkę dla dobra dziecka. Nasza rozmowa niech będzie tajemnicą. Marzena nie wie, że się z tobą widziałam. Ale gdybyś ty chciał kiedykolwiek ze mną pogadać to dzwoń. Pomogę jak będę mogła. - przytuliłam Jakuba i poklepałam go po plecach.
[07.10.2014, Jaworzno, godz. 14.23]
Rozpoczęłam więc swój maraton po Katowickich skrzyżowaniach. Dwa razy przejechałam na czerwonym świetle wymuszając pierwszeństwo. Piesi patrzyli na mnie jak na wariatkę za kierownicą, ale praktycznie byłam już spóźniona i szanse na zastanie właściciela zmalały. Z piskiem opon zaparkowałam na osiedlu nowo powstałych bloków. Przy wyjściu z auta mój nie do końca założony szalik zaczepił się na lusterku terenowej toyoty. Stop. Na przednim siedzeniu plakietki z mistrzostw świata, notes i okulary Oskara. Rozejrzałam się dookoła, ale po Kaczmarczyku nie było ani śladu.Wbiegłam po schodach na pierwsze piętro. Darowałam sobie pukanie do drzwi. Zamaszyście je pchnęłam u ujrzałam znajomą sylwetkę stojącą tyłem. Na dźwięk kroków tajemniczy osobnik został zdemaskowany w stu procentach. Rzuciłam się na niego z rękami.
- Dlaczego mi to zrobiłeś?! Dlaczego mnie zostawiłeś?! - krzyczałam łapiąc powietrze. - Dlaczego chciałeś zrobić to bez słowa?! Przecież ja cie kocham!
Nie mówił nic. Złapał mnie za nadgarstki i przyciągnął razem ze swoimi dłońmi do klatki piersiowej. Upuściłam głowę w dół nadał łapiąc oddech jakbym przebiegła dziesięciokilometrowy maraton. W końcu rozluźnił uścisk przenosząc swoje dłonie na moje biodra i przyciągnął je do swojego ciała. Nie zmieniając położenia rąk oparł czoło o moją głowę.
- Po pierwsze to cię nie zostawiłem. Po drugie nigdzie nie uciekłem. To mieszkanie jest od dziś twoje i moje. Nasze. Tylko ja i ty. Tutaj. W tym miejscu. Popatrz na mnie. - pociągnął moją brodę swoim kciukiem zadzierając tym samym moją twarz w górę. - Kocham cie. - wyszeptał. - Kocham cię i chce z tobą być. Chce tylko ciebie od kiedy przyjechałaś do Spały mokra od deszczu i przedstawiłaś się zawodnikom.
- Ale jak ... Tak po prostu je kupiłeś? Chcesz się wyprowadzić?
- Nie ma w tym nic niezwykłego, Ida. To miała być niespodzianka. Miałem zacząć coś tutaj robić i zabrać cię tu dopiero jak będziesz zdrowa. A ty jak zwykle nieubrana, niezapięta i nieznośna pokrzyżowałaś mi wszystkie plany.
Odeszłam na chwilę od Oskara pozostawiając go w bezruchu i przeszłam się po mieszkaniu zatrzymując się przy oknie.
- Obiecasz, że nigdy mnie już nie zostawisz?
- Ida. Przecież ja zawsze byłem. Zawsze obok ciebie.
- Wiem. Chciałabym, żeby było tak już do końca.
- Będzie tak, jak będziesz chciała.
- A ty, jak byś chciał? - ponownie stanęłam obok Oskara wbijając w niego swoje niebieskie tęczówki.
- Wyjdź za mnie.
*
Krótko zwięźle i na temat. Bo taki był zamiar. Co zrobi Ida? Co zrobi Kuba? Co na to wszystko Marzena? Zobaczycie w ostatnim, najdłuższym rozdziale. Jeszcze trochę się wydarzy. Pod koniec przyszłego tygodnia powinien się pojawić. A teraz...Zainspirowana przez Femme postanowiłam zrobić coś, co mnie osobiście bardzo się przydaje, jeżeli chodzi i czytanie opowiadań. Ale nie będę zdradzać więcej. ADIJOS. BYLE DO OSTATNIEGO.
ps: jebłam się lekko w datach w poprzednim rozdziale, z października wróciłam do września. wybaczycie? obiecuję poprawę.
ps2: drugi blog z soundtrackiem w tle.
Krótko zwięźle i na temat. Bo taki był zamiar. Co zrobi Ida? Co zrobi Kuba? Co na to wszystko Marzena? Zobaczycie w ostatnim, najdłuższym rozdziale. Jeszcze trochę się wydarzy. Pod koniec przyszłego tygodnia powinien się pojawić. A teraz...Zainspirowana przez Femme postanowiłam zrobić coś, co mnie osobiście bardzo się przydaje, jeżeli chodzi i czytanie opowiadań. Ale nie będę zdradzać więcej. ADIJOS. BYLE DO OSTATNIEGO.
ps: jebłam się lekko w datach w poprzednim rozdziale, z października wróciłam do września. wybaczycie? obiecuję poprawę.
ps2: drugi blog z soundtrackiem w tle.
sobota, 7 marca 2015
4. Jesteśmy Mistrzami Świata
[28.09.2015, godz. 12:15, Rzeszów]
- Pakuj się. Wracamy na Śląsk.- burknął.
Położyłam się tyłem do Oskara. Miałam go głęboko w poważaniu. Po co on tu w ogóle przyjechał?! Skąd wiedział, gdzie jestem?! - Dobrze. W takim razie cie wyręczę.
Spakował mnie. Po prostu nie do wiary. Bezczelny. Cóż. Nie mam wyboru. Wstaję i zmieniam pozycję na siedzącą. Jest postęp. Tylko moje zdrowie upadło z hukiem na ziemię.
- Jesteś chora? - a teraz to już Kolumb, albo ten drugi, ale spokojnie Ida. Nie oddzywaj się.
- Tak. - wtrącił Igła. Od wczoraj ma ponad trzydzieści osiem stopni i nie chce spaść.
- No pięknie Wiśniewska. Dobra. Zbieramy się. Dzięki stary za telefon. W życiu bym nie pomyślał, że po Hiszpanii wyląduje w Rzeszowie.
Kaczmarczyk spakował moje bagaże do swojego auta i ponownie wrócił na górę, do pokoju, w którym obecnie egzystowałam.
- Ida, dobrze, jeżeli nie chcesz, to nie musimy rozmawiać. Ale proszę cię. Wstań i jedź ze mną. Bo inaczej zaniosę cie do auta na rękach.
Wstałam. Kolejny postęp. Podeszłam do Iwony i Krzyśka i przytuliłam ich. Nie byłam zła. Przecież zadzwonili do Oskara dla mojego dobra. Im prędzej czy później musiałabym przecież się z nim skonfrontować. Z resztą, on i tak czy siak by mi nie odpuścił. Narzuciłam kurtkę i sięgnęłam po torebkę. Następnie zeszłam w dół zostawiając za sobą całą trójkę.
- Jak myślisz, kiedy jej przejdzie? - usłyszałam za swoimi plecami.
- Nie wiem, stary, ale w końcu odpuści. Trzymaj się.
Więcej nie słyszałam. Zamknęłam się w terenowej toyocie Oskara a w lusterku zobaczyłam, że z miną obrażonego dziecka całkiem mi do twarzy i mogę tak siedzieć. Tym bardziej, że świeciło słońce i całą drogę mogłam jechać w pilotkach.
- Jak mogłaś tak o, bez niczego pojechać sobie do Rzeszowa?! Dlaczego nie powiedziałaś mi, że wracasz?! Miałem przecież przyjechać na lotnisko! W dodatku się rozchorowałaś, masz gorączkę! Jedziemy do mojego mieszkania. Zadzwonię po znajomego lekarza. Przepisze ci leki i położysz się do łóżka. Na tydzień. Mam nadzieje, że nie ma sprzeciwu. Jakieś pytania? Prośby?
O mamo. Teraz to mi zaimponował, był stanowczy. W dodatku ma większy zarost, kolejny krok do wybaczenia mu jego win. Lubię zarosty. Ale jeszcze troszkę go potrzymam.
- Tak. jedną. Daj mi spokój.
- O widzisz! A jednak potrafisz mówić. Zrobiliśmy postęp. - jej. Oskar, to już trzeci mój postęp dziś, a jest dopiero dziesiąta! - Jeszcze parę godzin i odpowiesz mi na dwa, trzy pytania. Nawiasem mówiąc, jak jesteś taka nadąsana, wyglądasz uroczo.
Moje zdrowie całą drogę na Śląsk robiło sobie przerwę na sen. Wygodne te siedzenia.
[28.09.2015, godz. 17.03, Jaworzno]
- Wstawaj księżniczko. Jesteśmy w domu.
Od razu pokierowałam się w stronę łazienki, a w głowie miałam jedno hasło - prysznic. Gorący prysznic, który zajął mi dwadzieścia minut. W końcu łaskawie pojawiłam się w salonie i owinęłam w bluzę.
- Ida. Posłuchaj mnie. - Oskar przykucnął przede mną i położył dłonie na moich udach. - Hej. Spójrz na mnie.
Nareszcie! Chyba doczekam się w końcu jakiś wyjaśnień.
- Myślałem nad tym długo i doszedłem do wniosku, że po roku intensywnej pracy podjąłem dobrą decyzję. Zrezygnowałem z trenerki w Kędzierzynie. Sebastian znajdzie kogoś na zastępstwo. Naprawdę to przemyślałem i wiem, że ciężko być statystykiem i drugim trenerem jednego z zespołów Plusligi. Ledwo kończyłem tydzień wyjazdów z Zaksą, a już musiałem jechać i obserwować zawodników z Pomorza. Muszę poukładać swoje życie. Przepraszam cie za wczoraj. Nawaliłem na całej linii, ale to było ciężkie, Nie chciałem o tym rozmawiać.
- Dlaczego?! Dlaczego nie powiedziałeś mi przez telefon?! Uniknęlibyśmy kłótni! - wysapałam, bo moja klatka piersiowa nie ważyła już tonę, a co najmniej dwie.
- Byłem zdenerwowany tym, jak moją rezygnacje odbierze klub.
- A jakie sprawy chcesz uporządkować?
- Różne. Wszystkie. Trochę się tego nazbierało. Może w końcu trochę odpocznę? Zobaczę. Poza tym, ktoś musi pomóc ci pomalować mieszkanie i ułożyć płytki. Wybaczysz mi?
- Tak, ale ja nadal nie rozumiem twojej decyzji.
- Zrozumiesz. Zobaczysz. Na pewno już dobrze? - pokiwałam głową i uśmiechnęłam się lekko, co mój rozmówca natychmiast odwzajemnił. - Dobrze wiesz Słońce, że nie chce się z tobą kłócić.
Słońce.Słońce.Słońce. Powiedział słońce, jak na mistrzostwach, z resztą przez cały czas ich trwania mówiliśmy do siebie właśnie w taki sposób.
- Spodziewasz się kogoś?
- Tak. Lekarza.
[28.09.2015, godz. 18:00, Jaworzno]
- Jest pani ofiarą gwałtownej zmiany klimatu. Ewidentne zapalenie oskrzeli. Pani klatka piersiowa gra jak orkiestra dęta na wiejskim weselu.
- To oznacza, że jestem uwięziona?
- Cóż. Czasami i osteopatów dopada coś, czego jako teoretycznie lekarze się nie pozbędą. A tak na marginesie to ile ma pani wzrostu?
- Metr siedemdziesiąt siedem.
- A ile pani waży?
- Nie wiem.
- Oskar, przynieś wagę.
- Dobra. - przerwałam - Pięćdziesiąt cztery.
- I to jest właśnie odpowiedź na to, że wystarczy pani jeden dzień na rozwinięcie się choroby. Organizm nie ma się czym bronić. Musi pani nabrać ciała. Dobre i trzy, cztery kilogramy. Ponadto jest pani blada. Proponuję zrobić badania. Być może dojdzie anemia i inne niedobory. Oskar, przypilnujesz jej?
- Jasne. Nie ma sprawy.
- Super. Z resztą nie muszę ci nic mówić. - odparł doktor.
- Dzięki, że znalazłeś czas.
- Na mnie zawsze możesz liczyć. Życzę powrotu do zdrowia!
- Idę do apteki. Przy okazji cie odprowadzę.
No i pięknie. Teraz wyjdę z domu za pięćdziesiąt lat i będę wysłuchiwać, jakie ja to mam wątłe zdrowie. Musiałam się komuś wyżalić.
- Utknęłam. - stwierdziłam od razu po tym, jak usłyszałam głoś Marzeny w słuchawce.
- Kiepsko. Odczytałam twojego sms-a z rana i w sumie to nie dziwie się, że po ciebie przyjechał. Teraz będziesz jadła jego obiadki i będzie cie karmił lekarstwami...
- Chcesz mi coś jeszcze powiedzieć, czy już mogę wysłać do ciebie terrorystę?
- Przecież wiesz, że to z miłości. Co ci tak właściwie jest?
- Zapalenie oskrzeli.
- A Oskar gdzie jest? W aptece?
- Bingo. A teraz usiądź.
- Nie mam gdzie. Wyszłam z psem mamy i spaceruje bo jakimś placu, za chwile pewnie będę musiała sprzątać jego kupę.
- To może powiem ci później, żebyś z wrażenia w nią nie wdepnęła.
- Jak już zaczęłaś, to mów. W razie czego oprę się o rynnę i znajdę jakąś ustronną, zroszoną trawę. Będę w stu procentach dyskretna.
- Oskar zrezygnował z trenerki w Kędzierzynie dla poukładania kilku spraw.
- O kurwa!
- Miałaś być dyskretna, a twoje kurwa usłyszał cały Marymont.
- Przecież on jest pracoholikiem!
- Obalił mity.
- Nie. Ja w to nie wierzę.
- To uwierz. Z resztą opowiem ci o tym, jak się spotkamy.
- Czyli za pół wieku?
- Jeżeli na to będzie się zbierać, to ucieknę.
- I pojedziemy na Kanary.
- A właśnie. Jak się trzymasz?
- Szczerze? Średnio. Koszykarz wrócił.
- American Fish?
- To nie jest zabawne. Ukrywam się. Jak widzę, że wchodzi do klatki swojego bloku, to wtedy ja wychodzę z domu. Inaczej się ukrywam. Poza tym, Kuba też jest w Warszawie. Spotkaliśmy się w Złotych Tarasach. Powiedziałam mu ''cześć'' i weszłam do przymierzalni.
- Ty to masz pecha. Wróć już do Katowic, bo z tej Warszawy nie wyjedziesz żywa.
- Wyjeżdżam pojutrze. Ale zanim rodzice i dziadkowie mnie wypuszczą z domu, pewnie stanie się to za tydzień. Ida! Musze kończyć! Rybiński na horyzoncie!
- Trzymaj się! I nie daj się!
- I nie wypierdol się, bo pies zaplątał mi smycz wokół kolan. Do usłyszenia!
Marzena jest kosmitką. Ale dzięki niej mój humor zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Zabrałam się więc za szperanie po stronach internetowych z ubraniami. Tak spokojnego wieczoru nie miałam od czasów przed mistrzostwami. Oskar wrócił z apteki nie tylko z lekami, ale również czekoladkami i biszkoptami, a do tego wszystkiego postawił obok mnie kubek gorącej herbaty z cytryną i miodem. Niedługo później wszystkie możliwe strony z ubraniami na zimę przejrzałam i postanowiłam, że mu trochę poprzeszkadzam. Wstałam i podeszłam do niego na palcach. Nawet się nie poruszył, tylko wstukiwał z prędkością światła kolejne litery w klawiaturę swojego laptopa.
- Samochody? Planujesz nowy zakup?
- Bo wiesz... Mam słabość do samochodów, siatkówki, nowinek elektronicznych i pięknych kobiet. A ty nie powinnaś leżeć w łóżku?
- A ty jesteś pewien swojej decyzji?
- Słońce. Jestem. Widocznie nie należę do ludzi, którzy mogą trenować, zestawiać i wyjeżdżać po trzy razy w tygodniu. Musiałem z czegoś zrezygnować.
- Po prostu nie chcę, żebyś tego żałował. Taka szansa zdarza się raz na milion.
- Ja już dostałem swoją szansę. Jestem statystykiem mistrzów świata. O nic się nie martw. Sprawa jest zakończona.
- W takim razie... - powiedziałam z zastanowieniem. - Jest jeszcze jedna. Pojutrze muszę być w tym mieszkaniu, które planuje kupić.
- Chyba sobie żartujesz.
- Proszę. Jedź ze mną.
- Idka, pojedziesz w takim stanie?
- Słońce. - Ha. Teraz moja kolej. - Ja nie umieram.
- Dobra, ale wychodzisz z samochodu tylko do tego bloku. Nigdzie indziej się nie zatrzymujemy. A teraz wracaj do łóżka.
- Nie. Bo tam są czekoladki, a jak zjem całe opakowanie to nie wstanę przez tydzień.
- A myślisz, że po co je kupiłem?
- Dobra. Zostawiam cie. Ale za chwilę i tak tu przyjdę.
Ledwo się położyłam, a rozdzwonił się telefon. O mało go nie upuściłam, bo na ekranie pojawiło się zdjęcie i napis: ''Rafał''.
- Tak? - odebrałam dość niepewnie, bo z Buszkiem jak zwykle nigdy nic nie wiadomo.
- Dobry. Masz chwilę.
- Jasne.
- Może to dziwnie zabrzmi, ale chciałem ci podziękować.
- Za co? - no proszę. tego bym się w najpiękniejszych snach nie spodziewała.
- Za twoją postawę. Za to, że uświadomiłaś mi, że mam klapki na oczach.
- Co cie tak naszło?
- Wróciłem od Oli. Zaczęliśmy rozmawiać.
- To super! Będzie coś z tego?
- Wszystko okaże się z czasem.
- Rafał? Ja też chciałabym ci podziękować. Za to, że zrozumiałeś moją decyzję. I że twoja reakcja byłą taka, jaka była, a nie inna. Naprawdę się cieszę, że wszystko zaczyna się układać.
- A.. I byłbym zapomniał! Masz pozdrowienia od chłopaków. Konar i Fabian są źli, że do nich nie dzwonisz!
- Nadrobię to na pewno. Pozdrów ich też i powiedz im, że wszystkich mistrzów świata kocham i o wszystkich pamiętam!
- Zapiszę i przekażę. - roześmiał się. - W takim razie nie przeszkadzam ci już. Pozdrów Oskara i do usłyszenia!
- Eeeee... Dobranoc!
Ignaczak. Jak zwykle powiedział za dużo. Dlaczego nie wpadł na to, żeby nie rozgłaszać wszem i wobec faktu, iż jestem u Kaczmarczyka?! Tu już nie chodziło o to, że się wstydziłam, tylko chłopaki jak to chłopaki, zaczną zasypywać mnie masą pytań, na które jeszcze sama nie znam odpowiedzi. A pierwsze pytanie tuż po telefonie Rafała padło z ust Oskara i zapewne by z nim zwlekał, gdyby nie to, że ponownie przyszłam do salonu.
- Dzwonił Buszu? Co chciał?
- Tak. W zasadzie to nic takiego. Nawiązał kontakt ze swoją narzeczoną.
- To dobrze, prawda?
- Jak mu wierzy, że się zmieni? Czemu nie.
- A ty? Wierzysz?
- Szczerze mówiąc, to nie wiem. Bo wiesz. Są takie cechy w człowieku, których nie wiadomo jakby się chciało, nie da rady się pozbyć. Zawsze pozostanie chociaż ich namiastka. Poza tym, to nie ja będę z nim egzystować. Ale życzę mu, żeby przejrzał na oczy w stu procentach.
- Rafał to taki cwaniak trochę. Ciężko go ujarzmić i uspokoić. W reprezentacji, to obok Kubiego, Kurka i Bartmana czwarty fighter.
- Cwaniak cwaniakiem. Ale ty to dopiero jesteś samiec alfa.
- Ani trochę. - odparł oburzony.
- No, no. Twoja męskość przemawia sama przez siebie.
- Czy bycie samcem alfa to komplement? - zastanowił się.
- Zależy z czyich ust się to słyszy.
- A z twoich?
Wstałam i lekko pochylając się pocałowałam Oskara w czoło.
- Lubię samców alfa. Chociaż czasami zrywają się jak majtki ze sznura przed burzą w lecie. Hasełko Marzeny. A teraz wybacz, ale idę do łóżka.
- Dlaczego?!
- Przecież kazałeś mi leżeć. A ty napisz coś na blogu, bo nie mam już czego czytać. - uśmiechnęłam się zalotnie i wróciłam do sypialni, gdzie czekały na mnie niedokończone słodkości i niedopita herbata.
[28.09.2015, godz. 21.12, Jaworzno]
Po wieczornej toalecie wróciłam na okupywanie łóżko.
- A ty się przypadkiem nie zapomniałeś?
- Przyszedłem na telewizor.
- Ale tam też możesz oglądać. Tak w ogóle to co jest w telewizji?
- Jeszcze nie wiem.
- Gdybyś oglądał tylko telewizję i nie grał przy tym na komputerze, to pewnie byś wiedział.
-Czepiasz się.
- Ani trochę. - wystawiłam język i położyłam się obok. - Twój tatuaż... - wskazałam na rękę. - Masz może plan na kolejny?
- Jasne. Nie zdradzę jaki dokładnie, ale zaplanowałem.
- Pamiętam jak po maturze bardzo chciałam mieć tatuaż. Wtedy ojciec powiedział, że dopóki sama nie zacznę się utrzymywać, nie zapłaci mi za to. Gniewałam się długo, a wypominałam chyba z cztery miesiące.
- I co? Zrobiłaś ten tatuaż w końcu?
- Tak. Zrobiłam. Jeden mały napis. Później chciałam drugi ale nie wypaliło.
Na ostatnie słowa skrzywiłam się i skierowałam wzrok w sufit. Temat zboczył na niebezpieczne tory. Oskar jak to Oskar, zaczął drążyć, przyjmując taką samą pozycję, jak moja.
- Dlaczego?
- Po prostu nie było mi to w głowie.
- Co takiego robiłaś, że byłaś tak zajęta?
- Oskar. To wiąże się z częścią mojego życia, do której nie chce wracać. Wszystko wydarzyło się dawno i jest już nieprawdą. Nie warto o tym mówić.
- Boisz się wspomnieć o swojej przeszłości?
- Tak. Boję się, że to wszystko wróci. Muszę?
- Ida, znam twoje spojrzenie na przyszłość, znam cię teraz, w tym czasie, ale nie znam twojej przeszłości. A chce ją znać. Bo chciałbym w końcu dowiedzieć się, co złożyło się na to, kim jesteś teraz.
- Oprócz tego, że przez trzy lata studiowałam fizjoterapie grałam w siatkówkę w drużynie akademickiej na miarę województwa. Taka kontynuacja kariery od czasów gimnazjum. Był plan, że dotrwam do pracy licencjackiej, a później poszukam czegoś bardziej ambitnego związanego ze siatkówką. Wcale nie chciało mi się uczyć. Studia były tylko ucieczką z domu, niczym więcej. W tym momencie zaczyna się historia, bardzo zbliżona do tej, której doświadczyła Marzena. Tylko u mnie miała większe skutki.
- Co się stało?
- Siedem lat temu, w trakcie trwania drugiego roku licencjatu miałam wypadek, który uniemożliwił mi powrót do sportu. Przed Bożym Narodzeniem pokłóciłam się z rodzicami. Zdenerwowana wzięłam ojca auto. Wpadłam w poślizg, zjechałam na bok, dachowałam. Byłam przytomna i świadoma tego, co się dzieje. Nie czułam lewej ręki, bolały mnie plecy, kręciło mi się w głowie a ból w klatce piersiowej powodował, że każdy oddech przyprawiał mnie o płacz.
- Marzena była tam z tobą? Znałyście się wcześniej?
- Nie. Nic z tych rzeczy. Ona wyszła z wypadku w nieco lepszym stanie, po czterech miesiącach doszła do siebie. Pomimo tego,że była sama, szybciej się otrząsnęła.
- A ty? Dlaczego nie mogłaś wrócić do siatkówki?
- Miałam rekonstruowany lewy łokieć, połamane żebra, wstrząs mózgu i przekrzywiony kręgosłup. Lekarze podejrzewali, że nie odzyskam czucia w lewej ręce do końca życia. Rodzice stawali na głowie, wydawali masę pieniędzy, żebym nie była kaleką. Przywrócenie sprawności lewej ręki trwało półtora roku i kosztowało mnie tyle bólu po wyciąganych kilkukrotnie śrubach, że aż na samo wspomnienie przechodzą mnie dreszcze. W końcu znieczulenie przestawało działać...
- Próbowałaś wrócić do sportu?
- Nie dałam rady. Lekarz zabronił mi siatkówki, koszykówki, piłki ręcznej i ogólnie sportów, gdzie ręce są najbardziej potrzebne. Poza tym, co z tego, że jestem praworęczna, jak byłam rozgrywającą? W trakcie rehabilitacji przychodziłam na treningi. Z trybun obserwowałam zawodniczkę, która mnie zastąpiła i zżerała mnie zazdrość. Załamałam się. Zaczęłam obwiniać, że to przecież moja wina, że wzięłam to nieszczęsne auto i wyjechałam na ulice. Moja samoocena, choć zawsze była niska, teraz sięgnęła dna. Z dnia na dzień stałam się dla siebie nieatrakcyjna, stawałam przed lutrem i wyzywałam od kalek i niedorajd. Przestałam jeść. To była najgłupsza rzecz, która doprowadziła mnie do całkowitego upadku na dno, z którego sama nie byłam w stanie się podnieść.
- Miałaś anoreksje, prawda?
Przymknęłam powieki, bo nie chciałam się rozpłakać. Leżeliśmy w bezruchu z rękami położonymi wzdłuż w tułowia, w takiej samej pozycji jak wcześniej. Patrzyliśmy w biały sufit i odbijające się od lutra światło, zostawiające na nim białą poświatę. Oskar złapał mnie za dłoń i mocno ścisnął. Dodał mi odwagi, abym mogła dalej mówić.
- Po kilku tygodniach głodówki znalazłam się w szpitalu. Nie wiem dokładnie po jakim czasie. Siedmiu? Ośmiu tygodni? Ważyłam przy swoim wzroście czterdzieści pięć kilo. Rodzice byli bezradni. Ludzie z uczelni polecili mi dobrego psychologa, przynosili notatki, skończyłam rok. Musiałam podjąć decyzje co dalej. Dostałam się na studia magisterskie, poszłam w kierunku osteopatii. Dopiero we Francji, kiedy spotkałam Filipa i Mateusza odżyłam. Nabrałam więcej wiary w siebie, zaczęłam znowu o siebie dbać, dobrze jeść, ćwiczyć, ruszać się pomimo bolącej ręki. Zapisałam się na zumbę, Odkryłam, że wszystko mogę naprawić albo zacząć od nowa. Moje życie towarzyskie znowu nabrało rozpędu, zaczęłam pojawiać się na imprezach. Wiesz co? Ktoś mądry kiedyś powiedział, że największe walki człowiek toczy sam ze sobą. Ja stoczyłam taką walkę i wygrałam. Dziś pracuję w reprezentacji, jestem wykształcona i w pełni sprawna, samodzielna, mam trzeźwe spojrzenie na świat.
- Mówiłaś o tym Rafałowi?
- Nie. Tylko Marzenie, Filipowi, Mateuszowi i tobie. Rafał by tego nie udźwignął. Przy pierwszej lepszej kłótni zacząłby mi wypominać to, kim wtedy byłam. A właściwie to, że byłam nikim. Przejrzałam go. To by było dla niego zbyt wiele. Mam za dużo doświadczeń, żeby mógł mnie ogarnąć. Bo widzisz... Ja chcę, żeby ktoś wziął mnie na sto procent, ze wszystkim tym, co mam. Nie w połowie. Ze wszystkim. Z tym, kim byłam, kim jestem i kim chcę być. Rafał chciałby mnie tylko taką, jaka jestem teraz.
Obudziłam się w takiej pozycji, w jakiej wczoraj leżałam z Oskarem. Sądząc po pościeli, on również zasnął w taki sam sposób. Wstałam i przeszłam się po całym mieszkaniu, jednak było puste. Wróciłam do pokoju i odebrałam telefon od właściciela lokum, które miałam kupić. Okazało się, że ktoś zdecydował się szybciej i przebił cenę, którą ja proponowałam. Kaczmarczyk nie odbierał telefonu. Zabrał ze sobą komputer i walizkę z ciuchami,wyłączył komórkę. To koniec. On też nie podołał.
*
bo mnie też ktoś kiedyś odebrał siatkarskie marzenia.
Zaskoczone? Już wiadomo, co blokowało Idę, do Rafała. Wreszcie coś więcej o niej wiadomo.
szkoda, że tak późno, bo zostały dwa rozdziały. Ha! Zła ja. Tyle czekałyście. W następnym wszystko się rozstrzygnie.
HALO, JESTEŚCIE TU JESZCZE?
sobota, 28 lutego 2015
3. Jesteśmy mistrzami świata
[27.09.2015, godz. 9:55, Fuerteventura]
Sobota. Pierwszy pełny dzień naszego wakacyjnego wypoczynku rozpoczęłyśmy od zakupów na pobliskich straganach. Marzena kupowała wszystko, co wpadło jej w ręce. Dosłownie. Nawet hiszpańskie mydło. Ja również cierpię na coś takiego jak zakupoholizm, ale od zakupu artykułów higienicznych się wstrzymałam. Nie mogłam się za to oprzeć urokowi długich sukienek ze zwiewnym dołem i równie zwiewnych spódnic. Po zakupowych szaleństwach rozłożyłyśmy ręczniki na naszej hotelowej plaży rozglądając się dookoła. Widoki zapierały dech w piersiach a słońce pomimo dziesiątej rano przygrzewało dość mocno.
- Należało się nam. A tobie szczególnie. - zwróciła się w moją stronę Marzena popijając lemoniadę.
- Co powiesz dziś na babski wieczór? Na tarasie naszego hotelu. Przy zachodzie słońca i tak aż do późnych godzin nocnych? - zapytałam ruszając zalotnie brwiami.
- Jak bardzo będziesz mnie obsypywać pytaniami?
- Aż będziesz mieć mnie dość. Chodź do wody!
Przed zanurzeniem się w ciepłym morzu Marzena musiała zrobić wioskę i zgadała do jakiś dwóch siatkarzy plażowych, czy popilnują nam aparatu i porobią parę zdjęć, jeżeli nie będą mieć nic przeciwko. Skubana. Dobrze wiedziała, że rozmawiali o odpoczynku po grze.
- Si! - odpowiedzieli chórem i od razu zabrali się za robienie zdjęć.
- Czy zamawiałaś ciasteczka?
- Jesteś wariatką.
- Nie powiesz, że nie są fajni.
- Są zajebiści.
- Więc chodźmy! - Marzena pociągnęła mnie za rękę i po chwili moje ciało oblała fala. Położyłam się na tafli wodnej na plecach głośno wzdychając. Tego mi było trzeba. Słońca, ciepłej wody, rozgrzanej plaży i ciszy od krzyków zawodników, trenerów i Rafała.
- Ida popatrz jak się wczuli! - wybudziła mnie z letargu moja towarzyszka wskazując palcem na przystojnych Hiszpan.
- Może im zapozujesz? Hm? - odpowiedziałam z sarkazmem, na co Marzena pokręciła w głową wzdychając głośno pod nosem.
- Właściwie to... To ja cię dziś wymęczę pytaniami. Za karę. Za twoje szyderstwo.
Resztę dnia spędziłyśmy na kąpielach w morzu i próbowaniu nadmorskich przysmaków.
[27.09.2015, godz. 18.24, Fuerteventura]
Przy drinkach i deserach lodowych oczekiwałyśmy na zachód słońca. Marzena zastrzegła sobie, że dopóki nie nadejdzie moment nie mogę jej zadań żadnego pytania. W końcu niebo nieco zmieniło kolor - zrobiło się pomarańczowe, a palmy przybrały ciemniejszy kolor. Zatarłam dłonie i od razu przeszłam do tego, co mnie nurtowało, upijając uprzednio limonkowego mohito.
- A więc skąd wzięłaś się w reprezentacji? Od początku.
- Zanim przeprowadziłam się do Katowic na studia, mieszkałam w Warszawie na jednym osiedlu z pewnym koszykarzem. Nazywał się Kamil, mówili na niego Ryba. Grał w warszawskiej drużynie, drugoligowej. Jego najlepszym przyjacielem był syn dobrych znajomych moich rodziców - Zbigniew Nie Gram W Reprezentacji Bartman, nawiasem mówiąc do niedawna również i mój przyjaciel. Z jego rodzicami, moja rodzina utrzymuje doskonały kontakt, nadal się spotykają i jeżdżą na wakacje.
- Zbigniew Bartman?!
- Tak. Mój pierwszy kolega i pierwsza ofiara, której wybiłam mleczną jedynkę popychając na krawężnik. Dwa sezony temu, jeszcze w kadrze Anastasiego, rozmawiał z Wołkowyckim. Tak się złożyło, że rozmowa zeszła na temat osoby, której Andrzej bardzo by potrzebował do pomocy. Zbyszek powiedział o tym Kamilowi, przypadkowo, a Kamil zasugerował, że przecież ja mogę się tym zająć. Nakłonił Zbyszka, aby dał Wołkowyckiemu namiary na moją osobę. Niestety PZPS nie chciał zgodzić się na dodatkowego pracownika. Rok temu również. Przed mistrzostwami, dostałam telefon, że w końcu dostałam swoją szansę. No i już. Oto jestem.
- Zaraz, zaraz... Co z Zibim, co z Rybą?
- Ze Zbyszkiem urwałam kontakt właściwie już dwa lata temu, w momencie kiedy wszystkie bliskie osoby zamienił na Aśkę. Przed mistrzostwami zadzwonił tylko, że dziękuje mi, że wygryzłam go z kadry. Nie mam pojęcia, dlaczego był zazdrosny. Zrobiłam mu awanturę, powiedziałam co myślę o nim i o jego Asiuni, po czym rozłączyłam się i rzuciłam telefonem o ziemie. Ze zdenerwowania. A z Rybą? Rozstaliśmy się rok temu.
- To byliście razem?
- Ponad pięć lat. Wyjechał do Stanów grać w jakiejś amatorskiej drużynie.
- I zostawił cie? Tak po prostu?
- Czasami bywa tak, że coś po prostu się kończy. To była szybka decyzja. Rozstajemy się i już. Koniec. Bez gadania. Było miło.
- Nie tęsknisz a nim?
- Ida. Przez rok wiele się zmieniło. Pracowałam z reprezentacją, dwa razy zmieniałam mieszkanie, poznałam Kubę, a przed Kubą był jeszcze jeden gość, z którym umawiałam się tydzień i który przez dobry miesiąc nie dawał mi spokoju. Miałam też wypadek samochodowy i składaną rękę od łokcia w dół. Nie obyło się bez wstrząsu mózgu i połamanych żeber. Przeżyłam czteromiesięczną rehabilitację. I wiesz co? Czekałam na niego. Wyglądałam za szpitalne okno w nadziei, że się pojawi chociaż na chwilę. A on? Nie odezwał się nawet słowem. Po prostu o mnie zapomniał. Ale miłość nie może być na siłę.
- Czyli to był jego wybór?
- Ciężko stwierdzić. On zaproponował, a ja przytaknęłam. Z resztą swojego przyjaciela też kiepsko potraktował.
- Wygląda na to, że i jeden i drugi wypiął na ciebie cztery litery. Nieźle.
- Dokładnie. Ostatnie miesiące przed mistrzostwami były trudne, bo byłam totalnie sama. Ale jestem silna i dałam radę.
- Dlaczego miałaś wypadek? To już ostatnie pytanie w tej rundzie.
- Rundzie powiadasz?
- Uderzyłam w drzewo. Wracałam z Warszawy od rodziców do Katowic. Było ciemno, padał deszcz. Chciało mi się spać. Byłam trzeźwa. Obudziłam się w szpitalu. Więcej nie pamiętam. Nawet to, że uderzyłam w drzewo zostało powiedziane mi, jak się obudziłam.
- Zbyszek wiedział o wypadku?
- Ej! Miało być ostatnie! Tak. Wiedział. Ale to jego dziewczyna zainteresowała się moim zdrowiem i dwa razy odwiedziła mnie w szpitalu w Katowicach. Teraz ja?
- Pytaj. Tylko z sensem.
- No więc... Dlaczego akurat Filip, dlaczego akurat Francja, dlaczego to wszystko?
- Zero kreatywności. We Francji znalazłam się dlatego, że wyjechałam na staż do jednej z klinik. Byłam dobra i razem z kilkoma innymi osobami wyjechałam za granicę. Parę dni praktyk i pojawił się menadżer klubu, w którym Blain był trenerem. Chciał jakąś młodą osobę do pomocy ze względu na to, że za stażystów nie płaci klub tylko państwo. Wszyscy się bali. Tylko ja zaryzykowałam i zrezygnowałam z zajęć w klinice na rzecz pracy w drużynie. Tam poznałam Mateusza, był jedynym Polakiem. następnie nawiązałam nić porozumienia z Blainem i pozostałymi. Niestety moja umowa wygasała po roku, a na moje miejsce czekało kilku innych stażystów. Przygoda z siatkówką tak naprawdę dopiero wtedy się zaczęła. Filip powiedział, że bierze mnie i Mateusza do Polski i obydwoje zaczynamy przygodę z reprezentacją. I tak właśnie, gdyby nie Filip, o pracy w reprezentacji mogłabym pomarzyć.
- Mówiłaś, że rodzina ci zazdrości, dlaczego tak sądzisz?
- Bo moi bracia się boją. Boją się tego co nowe, za dużo rozmyślają. Ja należę do ludzi spontanicznych, a przede wszystkim odważnych. I to mnie wyróżniało. Że ja nigdy nie czekałam aż coś do mnie przyjdzie, tylko szłam po to sama. Jedynego pecha miałam do facetów. Podobałam się różnym, ale jak widziałam, co niektórzy mają w głowach to wątpiłam. Więc byłam sama. Jak już mówiłaś, nic na siłę. Ale imprezowałam i to mi wystarczało.
- Robiłaś głupie rzeczy?
- Mam dobrą głowę do picia. Raczej wiedziałam, kiedy skończyć. Odpłynęłam totalnie w towarzystwie w towarzystwie samych dziewczyn. Ze dwa razy się zdarzyło. Jak byli faceci gdzieś tam w środku świeciła się lampka, że jak się sama nie poszanuje, to nie poszanuje mnie żaden inny.
- Nie miałaś nigdy nikogo?
- Miałam! To znaczy... Spotykałam się z trzema. Pierwszy był dwa lata starszy, spotykaliśmy się parę dni, dopóki nie usłyszałam, jak rozmawia przez telefon o pieniądzach, które na pewno mu pożyczę, i o rachunkach, które dzięki mnie wyrówna. Drugi był cztery lata starszy, ale był nudziarzem i śmiał się tylko ze swoich żartów, więc po miesiącu powiedziałam, żeby się odpieprzył. A trzeci był w moim wieku i wytrzymałam z nim dwa miesiące. Było w porządku, ale strasznie zależało mu na seksie. A ja nie chciałam po dwóch miesiącach znajomości pchać mu się pod kołdrę. Nie dlatego, że jestem jakąś cnotką. Po prostu nie mogłam mu do końca zaufać.
- Dlaczego nie Rafał?
- Marzena...Błagam.
- Nalegam. Nie mogę tego pojąć. Dobra. Chciałaś się ustabilizować choć trochę, bo lubiłaś swoje popieprzone i nieprzewidywalne życie i nie chciałaś od razu wszystkiego zmieniać. Ale dałabyś radę go zmienić...
- Czy jeżeli powtórzę drugi raz twoje słowa, że na siłę nie da się z kimś być, zrozumiesz?
- Ale mogłabyś go pokochać. Mogłabyś się przecież przekonać!
- Nie mogłabym. Bo jest ktoś inny.
- Dziękuję, dziękuję! Ależ ja wiedziałam, że ja to w końcu od ciebie wyciągnę! Ten ktoś ma na imię Oskar Kaczmarczyk, ma trzydzieści lat i zamącił ci w głowie.
- A czy nie masz wrażenia, że on nie traktuje mnie poważnie? Że jestem dla niego malutką dziewczynką?
- To jest słodkie! Od kiedy was poznałam troszczy się o ciebie! Bardziej niż Buszek! Poza tym... Nie zaprzeczyłaś, więc to oznacza, ze miałam rację?!
- Miałaś. Poza tym.. On pracuje w Kędzierzynie i pewnie nic z tego nie wyjdzie, bo ciągle wyjazdy i tak dalej...
- Dobry Boże. Przejrzałam Idę Wiśniewską! A tak właściwie, to ty masz dwadzieścia siedem lat, prawda?
- Tak. Skończyłam w marcu.
- Czyli osiem cztery.
- Dlaczego pytasz?
- Chciałam zobaczyć, czy masz tyle samo lat, co ja.
- I jaką prawdę odkryłaś?
- Że jesteś miesiąc starsza.
- Ha! To widać. Jestem od ciebie mądrzejsza. - uśmiechnęłam się cwaniacko.
- Zabawne. Masz ochotę na następnego drinka? Może malinowy?
- Jasne. To skoczę. Sprawdzę jeszcze skrzynkę mejlową.
Marzena zeszła chwilowo z tarasu, a ja zastanawiałam się, czy zadzwonić do Oskara, czy poczekać, aż on to zrobi. Po kilku sekundach zmiękłam, czego się spodziewałam i wstałam ze słomianego krzesła usłanego jasnoróżową poduszką. Stanęłam na przeciw zachodzącemu słońcu. Na odbiór połączenia długo nie musiałam czekać.
- Hej, plażowiczko! Obiecałaś, że wczoraj się odezwiesz jak dolecisz.
- Oj, przepraszam. Byłam padnięta i poszłam spać.
- Ale jakiegoś krótkiego sms-a mogłaś napisać.
- Na przykład? - udałam zaciekawioną wyczuwając w jego głosie nutkę pretensji.
- Na przykład ''Wal się Kaczmarczyk ty stary zgredzie'' albo ''Dojechałam, Spieprzaj i daj mi się opalać z przystojnym Latynosem o imieniu Jose''.
- Jesteś wariatem. - zaczęłam się śmiać. - Po pierwszym pełnym dniu tutaj mogę stwierdzić, że Latynosi mnie nie kręcą. Są... Przeciętni.
- Jak ci się podoba? - zapytał nieco poważniej.
- Jest pięknie. Jak wrócę pokażę ci wszystkie zdjęcia!
- Wiesz kiedy to będzie? Za dwanaście dni.
- To dobrze. Przynajmniej będziesz chciał je oglądać! Im większa ciekawość tym lepiej!
- A gdybyś chciała wrócić szybciej?
- W jakim celu szybciej? Mogę to zrobić. Lot oprócz tego w dwunasty dzień, mam w takiej samej cenie ósmego dnia.
- To może wrócisz już za tydzień, hm?
- Co się stało? Dlaczego mam wracać?
- No bo trochę mi smutno samemu. Tak, to przynajmniej zajęlibyśmy się meblowaniem twojego nowego lokum, czy coś.
- Przecież zawsze możemy porozmawiać na skype, czy coś. - zaśmiałam się.
- Czy coś, możemy.
- Czy coś, nie ma problemu.
- Ale gdybyś chciała wrócić, to przyjadę na lotnisko i cię odbiorę. Eee. To znaczy was dwie.
- O wszystkim będę cię informować. Obiecuję. Co robisz?
- Oglądam film. Jakiś amerykański wojenny dramat. Ale się wciągnąłem.
- Nie będziesz mógł spać później. Będziesz się bał!
- Spokojnie. Lepiej powiedz co ty robisz.
- Piję z Marzeną drinki na tarasie. Trochę rozmawiamy, trochę plotkujemy, trochę się żalimy... Wiesz. Jak to my. Kobiety.
- No tak. Oj kobieto... - wzdychnął, a w wyobraźni widziałam, jak kręci głową i patrzy na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami z troską, o której wcześniej mówiła Marzena.
- Połóż się. - nieświadomie wypowiedziałam te słowa z jeszcze większą troską i zainteresowaniem niż Oskar.
- Mam czas. Jest wcześnie. Dopiero przed ósmą. - zaczął się śmiać.
- Ale jedziesz rano do Kędzierzyna, zapomniałeś?
- Nie zapomniałem. Ale skoro nalegasz, to pewnie spróbuję zasnąć.
- Zrobisz to dla mnie?
- Dla ciebie? Dla ciebie zrobiłbym o wiele więcej.
- W takim razie dobranoc. Zadzwonię.
- Dobranoc.
Odwróciłam się a za moimi plecami z założonymi rękoma stała Marzena.
- Dla ciebie? Dla ciebie zrobiłbym o wiele więcej. - powtórzyła i wpatrywała się we mnie jak w obrazek. - Myślisz o nim?
- Cały czas. Ale wyjazd tutaj był mi potrzebny, żeby zobaczyć, czy tak rzeczywiście jest.
- Chcesz mu zrobić niespodziankę i wrócić szybciej?
- Jeżeli zwiedzimy już wszystko i uznamy, że odpoczynek został zrealizowany i pora szukać roboty, mogę się zwinąć i wrócić za rok.
- A sprawdzałaś swoją pocztę?
- Boże! Na śmierć zapomniałam! Właściciele dwóch mieszkań mieli mi dać znać!
- To goń do komputera! Na co czekasz?!
Marzena miała rację. Czekała na mnie wiadomość od jednego z dwóch właścicieli. Wysłał mi na siebie namiary oraz adres, pod który mam się udać, aby pooglądać mieszkanie.
- Napisz mu, że czwartego o szesnastej się u niego pojawisz, że ma na ciebie czekać.
- Czyli jednak wracamy? Przecież czwarty to ten sam dzień!
- Prosto z lotniska pojedziesz do niego. Mnie odtransportujecie do domu, a ty i Oskar pojedziecie oglądać to mieszkanie.
- Ja i Oskar?
- A kogo weźmiesz? On się zna, a ja wcale. Zobaczę jedną ładną rzecz i od razu będę kazała ci kupić. Na przykład skośną ścianę, na której za pół roku pojawi się wilgoć.
- Jesteś niemożliwa.
- A ty właśnie robisz stumilowy krok w swoim życiu. Wracasz na stałe na Śląsk, Mała!
- To przyniosłaś te drinki, czy nie?
- Ha. Pytanie!
[28.09.2015, godz. 21:34, Fuerteventura]
Zanim wyszłyśmy do klubu, zadzwoniłam do Oskara. Obiecałam, że odezwę się, aby zapytań o pierwszy dzień pracy w nowym sezonie. Niestety nie odebrał telefonu, prawdopodobnie rozłączając połączenia, bo zbyt szybko zgłaszała się poczta głosowa. Nagrałam trzy wiadomości i na żadną nie zareagował. Byłam zdenerwowana. Co się mogło stać?
- Chodź, bo się spóźnimy. Potańczymy i o północy wrócimy do domu. Na jutro mamy wynajęty samochód na przejażdżkę po wyspie. Musimy być wypoczęte.
- Jasne. - odburknęłam i zabrałam ze sobą żakiet. Telefon zostawiłam na łóżku.
[29.09.2015, godz. 11:02, Fuerteventura]
- Dlaczego nie odbierasz ode mnie telefonu? Dzwonię od rana, nagrywam ci się na pocztę, a wczoraj dobijałam się z dziesięć razy!
- Idka, porozmawiamy o tym, jak wrócisz.
- Nie, Oskar. Porozmawiamy o tym dziś. Teraz. W tym momencie.
- Ale zrozum, że to nie jest na telefon. Niedługo wracasz z Kanarów.
- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć? Dlaczego?!
- Bo nie zrozumiesz!
- Sugerujesz, że jestem na to za głupia?
- Nie. Myślę tylko, że to nie będzie łatwa rozmowa.
- Kurwa. Albo mi powiesz, albo następnym razem spotkamy się na zgrupowaniu kadry.
- Nie mogę ci narazie nic powiedzieć.
- Skoro tak, żegnam.
- Auć. Ostro Wiśniewska. Co jest?
- Też bym to kurwa chciała wiedzieć! Przylatujemy, idę po kredyt, a później pojadę kupić to mieszkanie. Z mieszkania prosto do Rzeszowa. Do Igły.
- Jesteś zdrowo walnięta. Jedź ze mną do rodziców, do Warszawy.
- Dzięki, ale i tak obiecałam Igle, że go odwiedzę. przyda mi się spojrzenie faceta na tą całą relację.
- Chcesz się tak tułać? Czy chcesz mu zrobić na złość? Przecież on zamartwi się na śmierć!
- I dobrze. - uderzyłam głową o kolana. - Uggggh! Dlaczego nie może być, kurwa, normalnie?! Chodź chwilę!
- Tak to już jest, że zajebiści ludzie mają w życiu zajebiście przewalone.
[04.10.2015, godz. 13:02, Katowice]
Przed godziną wylądowałam. Na same wspomnienie ostatnich dni, które pozwoliły mi się odprężyć uśmiechnęłam się, a moje rozmyślania przerwał pracownik banku.
- Proszę tu podpisać. i jest pani wolna. Niestety to trochę trwa.
- No, godzina i po sprawie. - uśmiechnęłam się, ale w głębi serca miałam dość godzinnego ślęczenia w banku.
- Na pani konto przelałem sto tysięcy, rata będzie płacona dwa razy w roku. Na umowie ma pani napisane wszystkie warunki, o których wspomniałem wcześniej.
- A jeżeli spłacę to szybciej?
- Zwrócimy pani odsetki.
- W takim razie nie zabieram więcej czasu. Dziękuję!
- Miłego urządzania mieszkania! Do widzenia!
[27.09.2015, godz. 17:04, Jaworzno]
Właściciel mieszkania zadzwonił, że musi przełożyć naszą wizytę na za tydzień, bo dopadła go jakaś choroba i leży w łóżku w swoim nowym domu. Nawiasem mówiąc, po głosie poznałam, że to przeuroczy pan w wieku moich rodziców, niezwykle inteligentny i kulturalny. Cóż. Co się odwlecze to nie uciecze. Nie tylko w przypadku mieszkania. Postanowiłam pojechać do Kaczmarczyka. Weszłam do domu bez pukania i od razu zaczęłam wrzeszczeć.
- Unikasz ode mnie telefonów!
- Ida, uspokój się!
- I jeszcze udajesz, że nic się nie stało? Wydzwaniam jak powalona pięć razy w ciągu godziny, piszę do ciebie stertę wiadomości a ty nic!
- Bo tak jest lepiej.
- Dla kogo lepiej? Oskar! Dla kogo lepiej?! Im bardziej się zamykasz w sobie, tym bardziej utwierdzasz się w przekonaniu, że robisz dobrze. Nie widzisz tego? Nie widzisz jak ze mną rozmawiasz?! Gówno prawda!
- Lepiej dla nas. -Był spokojny. Zbyt spokojny. - Ty masz spokój z moimi problemami, a ja mam spokój z tym, że nie mam wyrzutów sumienia za ciebie.
- Ale to, że ja się martwię, to już nie przyprawia cię o wyrzuty sumienia?
- A martwisz?
- A nie widać?!
- Nie wiem.
- Super. Nie wiesz... Ok.
- Ale Ida, po co ty to robisz? Jest mi źle z faktem, że jesteś obarczona moimi problemami. Dlaczego nie chcesz, abym sam spróbował dotrzeć do siebie samego?! Dam sobie radę.
Wybiegłam z płaczem najszybciej jak mogłam. Dobrze trafiłam, bo na przystanku obok domu Oskara zatrzymał się autobus miejski dojeżdżający na stację PKP, gdzie zostawiłam swoje auto. Nie wiem, czy Kaczmarczyk za mną biegł. Byłam na niego wściekła, rozgoryczona jego zachowaniem, a przede wszystkim czułam się odrzucona. Pierwszy raz tak bardzo mi na kimś zależało. Lekiem na moją rozsypkę był tylko i wyłącznie Igła. Bo Marzena w końcu pojechała do rodziców.
- Boże, Ida! Ty płaczesz! Co się stało?! - krzyczał do słuchawki.
- Oskar kopnął mnie w tyłek. Mogę przyjechać?
- Jeszcze dziś widzę cię w Rzeszowie. Musisz.
- A Iwona?
- A Iwona to ci skopie dupę jak nie przestaniesz się mazać. Czekam!
Tyle było rozmowy z Ignaczakiem. On nie rozmyślał. On działał. Pomimo cholernie złego samopoczucia pojechałam pociągiem do Rzeszowa zostawiając samochód na parkingu pod mieszkaniem Marzeny w Katowicach. Po chwili zadzwonił jeszcze raz i zapytał dokładnie, o co chodzi.
[27.09.2015, godz. 22:01, Rzeszów]
Cholera! Dlaczego Igła nie mieszka gdzie indziej? Ze stacji do jego domu było jakieś pół godziny drogi a miejski autobus dojeżdżający na jego ulicę odjechał minutę temu. Świetnie. Na domiar złego chyba dostałam gorączki, z nosa ciekł mi katar a klatka piersiowa ważyła chyba z tone. I na dokładkę zaczęło padać. Lać. Kurwa. Była ulewa.
Cholera! Dlaczego Igła nie mieszka gdzie indziej? Ze stacji do jego domu było jakieś pół godziny drogi a miejski autobus dojeżdżający na jego ulicę odjechał minutę temu. Świetnie. Na domiar złego chyba dostałam gorączki, z nosa ciekł mi katar a klatka piersiowa ważyła chyba z tone. I na dokładkę zaczęło padać. Lać. Kurwa. Była ulewa.
[27.09.2015, godz. , 22:35, Rzeszów]
Wyglądałam jak żebrak. Albo i gorzej. Krzysiek otworzył drzwi, a stojąca za nim Iwona o mało nie zemdlała.
- O Boże. - tylko tyle udało się Igle wydusić.
Od razu usiadłam na słomianym, bujanym fotelu przy kominku. Po jednej stronie kucał Krzysiek, po drugiej Iwona. A ja płakałam. Jak rzadko kiedy. Czas od czasu podciągałam tylko nosem albo kaszlałam.
- A to nie przypadkiem przez te zmianę klimatu? Tu już niemalże mrozy, a tam upały. - zasugerowała żona Igły.
- Oskar jakby wiedział, że odstawił cię z kwitkiem w takim stanie, to chyba by się zastrzelił.
- Jego strata.
- Oj Ida! Ty potrzebujesz faceta. Męskiej ręki.
- Szkoda, że ten co go znalazłam nie chce mojej ręki.
- Skąd wiesz, że znalazłaś?
- Bo się zakochałam!
- No nie. No nie wierze. Największa twardzielka reprezentacji. Nieugięta na zaloty Buszka powiedziała, że jest zakochana! A on o tym wie?
- Nie. Zwariowałeś chyba.
- Ale nie możesz się wiecznie ukrywać!
- A wiesz dlaczego tu jestem? Bo zrobię sobie taki pancerz w razie gdyby chciał ze mną pogadać. Zawsze tak robię. I pewnie dlatego od zawsze byłam sama.
- Jesteś wariatką. Zamiast krzyczeć trzeba było spokojnie to załatwić. Już na mistrzostwach wiedziałem, że się dogadujecie, ale wtedy był Rafał... W sumie nie dziwię się, że się zakochałaś. Oskar oprócz mnie jest zajebiście mądrym facetem. Ma dobre poczucie humoru, mnie odpowiada, może być twoim facetem. Poza tym, on ma wieeelkie serce. Ogromne.
- Igła, pogrążasz mnie.
- Musicie sobie to wyjaśnić. - wtrąciła Iwona.
- Ja nie wyjaśnię niczego, dopóki on nie będzie tego chciał. Kazał mi spieprzać, okej. Ma to, czego chciał. Proszę bardzo!
- Jesteś zbyt dumna.
- A czy ja i moja duma możemy u was zostać na dwa dni?
- Jasne. Może faktycznie daj mu czas? Czasami tak bywa, że jak chłop ma problem, to lepiej się oddalić, ale...
- Nie ma żadnego ale, Igła. Nie namówisz mnie, jestem wściekła!
- O Boże. - tylko tyle udało się Igle wydusić.
Od razu usiadłam na słomianym, bujanym fotelu przy kominku. Po jednej stronie kucał Krzysiek, po drugiej Iwona. A ja płakałam. Jak rzadko kiedy. Czas od czasu podciągałam tylko nosem albo kaszlałam.
- A to nie przypadkiem przez te zmianę klimatu? Tu już niemalże mrozy, a tam upały. - zasugerowała żona Igły.
- Oskar jakby wiedział, że odstawił cię z kwitkiem w takim stanie, to chyba by się zastrzelił.
- Jego strata.
- Oj Ida! Ty potrzebujesz faceta. Męskiej ręki.
- Szkoda, że ten co go znalazłam nie chce mojej ręki.
- Skąd wiesz, że znalazłaś?
- Bo się zakochałam!
- No nie. No nie wierze. Największa twardzielka reprezentacji. Nieugięta na zaloty Buszka powiedziała, że jest zakochana! A on o tym wie?
- Nie. Zwariowałeś chyba.
- Ale nie możesz się wiecznie ukrywać!
- A wiesz dlaczego tu jestem? Bo zrobię sobie taki pancerz w razie gdyby chciał ze mną pogadać. Zawsze tak robię. I pewnie dlatego od zawsze byłam sama.
- Jesteś wariatką. Zamiast krzyczeć trzeba było spokojnie to załatwić. Już na mistrzostwach wiedziałem, że się dogadujecie, ale wtedy był Rafał... W sumie nie dziwię się, że się zakochałaś. Oskar oprócz mnie jest zajebiście mądrym facetem. Ma dobre poczucie humoru, mnie odpowiada, może być twoim facetem. Poza tym, on ma wieeelkie serce. Ogromne.
- Igła, pogrążasz mnie.
- Musicie sobie to wyjaśnić. - wtrąciła Iwona.
- Ja nie wyjaśnię niczego, dopóki on nie będzie tego chciał. Kazał mi spieprzać, okej. Ma to, czego chciał. Proszę bardzo!
- Jesteś zbyt dumna.
- A czy ja i moja duma możemy u was zostać na dwa dni?
- Jasne. Może faktycznie daj mu czas? Czasami tak bywa, że jak chłop ma problem, to lepiej się oddalić, ale...
- Nie ma żadnego ale, Igła. Nie namówisz mnie, jestem wściekła!
[28.09.2015, godz. 12:15, Rzeszów]
- Ida! - zawołał Krzysiek, kiedy rozmawiałam z Marzeną na skype. - Ktoś do ciebie.
sobota, 21 lutego 2015
2. Jesteśmy Mistrzami Świata
[25.09.2014, Katowice, godz. 10:57]
- Pamiętacie cokolwiek?
- Spróbujmy przeanalizować krok po kroku, co się działo. - zaproponował Oskar. - No więc ja pamiętam, że Kuba szukał zlewu, bo było mu niedobrze.
- Dzięki stary. Wiedziałem, że tylko mój wyczyn zapamiętasz.
- Pamiętam jeszcze, że Marzena rzuciła twoimi okularami o podłogę.
- Kurwa. Te oprawki kosztowały... Dużo. - odpowiedział załamany Kuba.
- Wybacz. Myślisz, że nie pamiętam jak powtarzałeś mi ze sto razy, że między nami nigdy nic nie zaszło?
Popatrzyłam na Oskara a on na mnie. Zrobiło się nieprzyjemnie.
- I dlatego zniszczyłaś mi okulary?
- Boże. Dlaczego ty nic nie rozumiesz?! -wrzasnęła Marzena, uderzyła Jakuba w twarz i zamknęła się w kuchni.
- Auć. - syknęłam.
- Przecież ja nic nie zrobiłem! Ja pierdole! Wychodzę!
Kuba wyszedł trzaskając drzwiami wejściowymi jeszcze głośniej od Marzeny. Ta kłótnia była chyba końcem ich znajomości. A przynajmniej do czasu, aż nie zmądrzeją i nie wyjaśnią sobie wszystkiego na zgrupowaniu kadry przed ligą światową.
- Nie dziwię się, że tak zareagowała. Jestem kobietą. Rozumiem ją.
- Szczerze, to ja też nie. - przytaknął Oskar.
- Muszę wracać dziś do Rzeszowa.
- A chcesz?
- Nie wiem. Rafał pisał, że na mnie czeka i był u niego mój brat. Jest jakaś sprawa rodzinna. O dwudziestej mam być z dawnym mieszkaniu brata i jego byłej żony.
- A co z wakacjami?
- W sobotę wylatujemy z lotniska w Katowicach. Zbankrutuję na paliwie. Ale strasznie się cieszę. Marzenie dobrze to zrobi.
- Niewątpliwie. A Rafał wie o twoich planach na weekend?
- Dziś się dowie.
- Dasz sobie radę?
- Oskar! Jestem już dużą dziewczynką. Poradzę sobie.
- No tak. Zapomniałem. - uśmiechnął się.
- Chyba czas na mnie.
- Na mnie też. Pożegnajmy się z Marzeną.
[25.09.2014, Rzeszów, godz. 17.45]
Zaparkowałam pod blokiem i mimo woli uniosłam wzrok ku górze. Zasłona ruszyła się, więc wiedziałam, że w mieszkaniu Rafała ewidentnie ktoś jest. Jak okazało się po chwili, miejsce na sofie w salonie zajmowała Rafała była narzeczona.
- Czekałam na ciebie. - powiedziała, kiedy tylko się pojawiłam.
- Skąd wiedziałaś, kiedy wrócę do Rzeszowa?
- Byłam tutaj wczoraj, kiedy Rafał rozmawiał z tobą przez telefon. To znaczy, kiedy zobaczył, że jestem, zakończył rozmowę.
- Masz do mnie jakąś sprawę? - zapytałam.
- Słuchaj... Pracowałaś w reprezentacji z tyloma facetami, więc raczej jesteś mądrą i silną kobietą. Jeżeli nie chcesz, żeby ktokolwiek cię złamał, musisz od niego odejść.
- Mówisz tak, bo chcesz do niego wrócić.
- To nie jest facet dla ciebie. Byłam tutaj ostatnio, bo chciałam z nim porozmawiać i omówić parę szczegółów. To mieszkanie jest po części moje. Chciałam odzyskać część pieniędzy. Przez ostatni rok ... Przeszłam tak wiele, że nie mogę się na niego patrzeć.
- Co masz na myśli?
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- Ale ja chcę.
Ola upuściła głowę i ścisnęła pięści.
- Nasze problemy w związku zaczęły się w momencie, kiedy powiedziałam mu o tym, że przestałam się zabezpieczać, bo chcę zajść w ciążę. Rafał kiedy się dowiedział, że być może zostanie ojcem, wpadł w szał. Rzucał wszystkim, co miał pod ręką, krzyczał na całe gardło. Pamiętam, jak zagroził, że jeżeli zajdę w ciążę to ode mnie odejdzie. Powtarzał mi to codziennie. Dzień w dzień. Chodziłam jak struta. Popadł w jakąś paranoję do tego stopnia, że kiedy miałam ochotę na coś słodkiego dogryzał mi, że pewnie jestem w ciąży. Przestaliśmy się kochać. Ba. Zaczęliśmy się mijać. Ja unikałam Rafała, żeby choć chwilę odetchnąć psychicznie, a on unikał mnie, żeby nie poruszać tematów typu ślub i dziecko. Przed mistrzostwami powiedział, że dłużej tak nie może i po prostu mnie rzucił. Kazał się wyprowadzić. Powiedział, że przestał mnie kochać...
- Wiedziałam, że Rafał jest spontaniczny, pełen życia ale ...
- Ale czy spontaniczność i czerpanie z życia wszystkiego co daje musi wiązać się z brakiem posiadania rodziny i niezalegalizowania związku? A nawet jeśli, to czy musi wiązać się z zadawaniem cierpienia osobie, z którą przez siedem lat sypiało się w jednym łóżku?
- Nie.
- Wiesz... Jest milion facetów męskich, stanowczych, pewnych siebie... Ja mu tego nie ujmuję. Ale męskość to również ogromny szacunek do swojej kobiety. A tego nie miał dla mnie ani krzty. Co cię z nim łączy?
- Zabiegał o mnie całe mistrzostwa. Było fajnie, dopóki nie uświadomiłam sobie, że go nie kocham. Niestety wcześniej zgodziłam się na wspólne mieszkanie. I to był błąd.
- To dlaczego po prostu się nie spakujesz i się nie wyprowadzisz? Gwarantuję ci, że im prędzej, czy później to zrobisz.
- Bo boję się, że go zranię.
- Nie jesteś egoistką. To dobrze. Ale czasem trzeba zrobić wyjątek. Przecież nie chcesz z nim być, prawda?
- Nie chcę. Ale go lubię... Naprawdę. Jestem w kropce.
- Dlaczego nie zrezygnowałaś wcześniej?
- Skąd ja mam to wiedzieć?! Nie wiem dlaczego się nie wycofałam. Nie słuchałam ani serca, ani rozumu. Słuchałam wszystkich dookoła.
- Tylko nie siebie. Pora na mnie. Nie mów Rafałowi, że byłam. Nie mów, że o czymkolwiek wiesz. Co prawda nic nie wspominał o tym, że mam się trzymać od ciebie z daleka, ale lepiej dla wszystkich, jak się nie dowie.
- Jasne.
- Rusz głową. I rozumem. Nie jesteś głupia.
No teraz to zamarłam. Właściwie to chyba skamieniałam. Po Rafale się tego nie spodziewałam. Nie przypuszczałabym, że był w stanie niszczyć psychicznie swoją byłą narzeczoną. Pobiegłam do pokoju i spakowałam swoje rzeczy znosząc ich część do bagażnika samochodu. Ewidentnie przestraszyłam się słów Oli. Właściwie to bałam się już teraz reakcji Rafała na mój wyjazd z Marzeną. Choć w sumie nie byliśmy parą, skąd miałam wiedzieć jaka będzie jego reakcja? Nagle usłyszałam, że klucz od zamka przekręcił się, a w progu stanął Rafał.
- Dziś o dwudziestej masz być w dawnym mieszkaniu Piotrka i Klaudii.
- Nie wiesz po co? - próbowałam go zagadać, jednak chyba nie za bardzo mi się to udało.
- Nie wiem. Na co ci to auto?
- Wydawało mi się, że auto kupuje się dlatego, że chce się jeździć.
- Taki nieprzemyślany zakup zaraz po mistrzostwach? Niczego dobrego to nie wróży.
- Poczekaj... Czy ty właśnie zamierzasz zarządzać moim budżetem?
- Nie. Chcę tylko, żebyś spożytkowała uczciwie zarobioną kasę. W sumie to moglibyśmy gdzieś wyjechać. Miałem w planach Paryż.
- Nie Rafał.
- Bo?
- Bo ja nie chce nigdzie z tobą jechać. Poza tym, w sobotę lecę na Wyspy Kanaryjskie z Marzeną.
- Ida! Ty sobie chyba żartujesz!
- Jestem śmiertelnie poważna. Lecę na dwutygodniowe wakacje. Nic w tym dziwnego, prawda?
- I ustaliłaś dwutygodniowy wyjazd bez mojej wiedzy, tak?
- Nie jesteś ani moim mężem, ani facetem, ani ojcem. Właściwie to... Co ja tu kurwa mać robię?! - wykrzyczałam, ale nie wytrzymałam i wybuchłam. W nieodpowiednim momencie.
- Myślałem, że wspólne mieszkanie do czegoś zobowiązuje.
- Też tak myślałam, dopóki nie zdałam sobie sprawy tego, że nie chcę z tobą mieszkać. Tym bardziej nie chcę z tobą być.
- A to na mistrzostwach?! Po co to wszystko?!
- Wiesz po co? Po to, żebym zmądrzała i nigdy nie pakowała się w coś, co wmawiają mi wszyscy dookoła. Poza tym, jak mam być z tobą, skoro tak brutalnie potraktowałeś swoją narzeczoną? Skąd mam mieć pewność, że jeżeli już się w tobie zakocham, nie postąpisz tak samo? Poza tym, ja nawet o niej nie wiedziałam! Pojawiła się znikąd!
- Nie chcesz ze mną być, bo masz kogoś innego, prawda?
- Nie wiem. Ale jestem pewna, że mam dość udawania. Jestem zmęczona. Zmęczona udawaną miłością. Niepotrzebnie to wszystko tak daleko zabrnęło, ale lepiej późno niż wcale. Przecież wiecznie nie mogłam cię kłamać. A teraz możesz na mnie nawrzeszczeć. I tak mi wszystko jedno.
- Nie chcę na ciebie krzyczeć. Nie uważam też, że cie nienawidzę. To twój wybór. Przecież nie zmuszę cię do bycia ze mną. Rozumiem to. Myślę, że to nie zabrnęło tak daleko, żebym musiał leczyć złamane serce. A przynajmniej nie przez długie miesiące.
- Dlaczego tak łagodnie zareagowałeś? - no i masz. Ida. Ty debilko.
- Bo już kilka razy się zdarzyło, że w ten sposób zniszczyłem relacje.
- To może ...
- Co może?
- To może postarasz się je naprawić?
- Zamknąłem te rozdziały. Nie chcę do tego wracać.
- Może warto?
- Może. - uśmiechnął się.
- Mogę zostać do jutra?
- Jeżeli mogę ci pomóc, tak.
[25.09.2014, Rzeszów, godz. 19.57]
Dziwnie było wejść do pomieszczenia, w którym pierwszy raz od dziewięciu miesięcy siedziała cała rodzina. Przyjechali bracia z Warszawy, Piotrek, Klaudia, mama i tato. Nie było przywitania ani niczego w tym stylu. Były tylko chłodne spojrzenia. Klaudia uśmiechała się do mnie ukradkiem, ale po tym jak się zachowała, nie byłam w stanie uczynić takiego samego gestu. Śmiem twierdzić, że chyba trochę się jej brzydziłam.
- Przyszłam tutaj po to, żebyście się na mnie patrzyli?
- To może ja zacznę. - ojciec wstał. - Po rozmowach z mamą możemy śmiało uznać je za owocne, ponieważ wyjaśniliśmy sobie parę spraw. Rozstajemy się w zgodzie a kontakt będziemy utrzymywać nadal. W związku z tym, że mieszkanie rodzinne zostało sprzedane, pieniądze dzielimy pomiędzy waszą czwórkę, mnie i mamę. Kwestia mieszkania Piotrka i Klaudii jest już ich prywatną sprawą. Macie jakieś pomysły co do podziału? Najlepiej byłoby zrobić to na sześć równych części. Tak robi się przeważnie w każdej cywilizowanej rodzinie.
- Owszem. - odezwał się Piotrek. - Ale nie w każdej rodzinie jest pracowni sztabu reprezentacji Polski.
- Słucham?!
- Chodzi o to, że powinnaś dostać trochę mniejszą kwotę niż my, ze względu na swoje zarobki.
Zrobiłam wielkie oczy, bo wydawało mi się, że kto jak to, ale Piotrek traktuje mnie jak siostrę, a nie jak bogacza.
- Przecież to jest niezgodne z prawem! Jak możecie mnie ta klasyfikować?!
- Ida, ty sobie dasz radę, a ja mam do spłaty kredyt za mieszkanie, które i tak sprzedaję i kredyt za samochód. Bliźniaki mają dzieci... Możecie się z tym nie zgodzić, ale powinnaś Ida odstąpić swoją część. Nie całą, ale chociaż trochę. - zakończył Piotr.
- Córeczko, ja też tak sądzę.
- Mamo?! Dlaczego wy wszyscy jesteście tacy perfidni?
- Ida, dziecko...
- Nie chcę pieniędzy. A przede wszystkim nie chcę was znać! Myślałam, że jestem waszą córką, waszą siostrą... Ale jak widać jestem w tej rodzinie tylko po to, żeby było mi czego zazdrościć! A ty? Co się kurwa tak patrzysz? - zwróciłam się w stronę Piotrka. - Masz tą kasę i wsadź ją sobie w dupe! Ty i twoje oddawanie pieniędzy za bilety na finał. I tak mi ich nie dasz, z resztą jak każdej kasy.
- Ida, twój honor w tej sytuacji jest nie na miejscu. - odezwała się matka.
- Myślę, że nie mamy już o czym rozmawiać.
- Wracaj tu! - ojciec wrzasnął na mnie jak na małą dziewczynkę. Dziwne. Całą rozmowę siedział nieco zmieszany.
- Ostatni raz mogłeś tak na mnie krzyczeć jakieś dwadzieścia lat temu, a nie dziś, jak mam ich prawie dwadzieścia osiem. Poza tym... Dwadzieścia lat temu byliśmy rodziną, a nie zazdrośnikami. A z resztą. Zgińcie w tym Rzeszowie.
- Nie narzekaj. - odezwał się ponowie najstarszy z braci - Piotrek. - Masz tego swojego siatkarza, raczej nie zmienisz Rzeszowa na ten twój Śląsk.
- Nie. To ty mi wmówiłeś, że go mam. A z resztą, żegnam was i waszą zazdrość. Zawiodłam się... Tak bardzo..
Trzasnęłam drzwiami. Tyle mnie widzieli.
[25.09.2014, Rzeszów, godz. 20:10]
Jechałam w stronę Orlenu a w głowie rodziły się myśli, co moja kochana rodzina może o mnie mówić. Ida jest honorowa? Dumna? Bogata? Paranoja! Marzyłam to tym, żeby ewidentnie wyjechać, zostawić rodzinę, Buszka, jego narzeczoną i ruszyć z czymkolwiek. Kiedy tankowałam spotkałam Ignaczaka.
- IDA?! STARUSZKO! - krzyknął, aż jednej pani ze strachu wypadł wąż od benzyny.
- Jestem przejazdem Staruszku. - Boże, wreszcie pozytywny aspekt tego dnia.
- To może przejazdem wpadniesz do mnie? Jest po dwudziestej, Iwona upiekła pyszne ciasto. Pewnie nie jesz słodyczy o tej porze, ale nie masz wyjścia. Zapraszam!
Przyjęłam propozycje Igły i pojechałam za nim. Ciasto Iwony rzeczywiście było przepyszne. Kiedy już skonsumowałam swoją porcję opowiedziałam dokładnie o moim niewypale z Buszkiem i o radości mojej rodziny z tego, że mi się układa. Westchnęłam cicho.
- Co ja mam robić?
- Kup mieszkanie w Katowicach. - odparła Iwona.
- Właśnie. Na umowę z kadrą dostaniesz kredyt. Popytaj w bankach, może uda się zrobić tak, żebyś płaciła jedną dużą ratę w roku. My tak zrobiliśmy. Ewentualnie rozejrzyj się za pracą. Pogadaj z medykami z drużyny, doktor Sokal albo Paweł na pewno cię nakierują, gdzie możesz szukać punktu zaczepienia.
- A może... - wyrwała się Iwona. - Wkręć się do Blaina do Francji. Poza tym, jesteś mądra. Masz łeb na karku i znasz swoją wartość.
- Poza tym masz nas. Mnie, Iwonę, trenerów, a na Śląsku jesteś z Marzeną, Kubą i Oskarem.
[25.09.2014, Rzeszów, godz. 21.02]
Już chyba kiedyś mówiłam, że Igła jest aniołem, a jeżeli nie, to mówię. Po każdej rozmowie z nim jestem lżejsza o dwadzieścia kilo i bardziej zmotywowana. Wsiadałam do samochodu, kiedy drogę zaszła mi znajoma postać.
- Co ty tu robisz?
- Czekałem tu na ciebie. Jechałem za tobą.
- Tato... Chyba już wszystko sobie wyjaśniliśmy.
- No właśnie nie do końca. Wysłuchaj mnie do końca.
- Usiądźmy.
Siedzieliśmy w moim samochodzie przez dobre pięć minut, kiedy ojciec coś z siebie wykrztusił.
- Mama też nie do końca była święta. Miała romans z dyrektorem.
- O czym ty mówisz?!
- Dowiedziałem się o tym, od nauczyciela historii pracującego razem z nią. Ale nie zareagowałem, bo ją kochałem. A później pojawiła się Klaudia. I wtedy ja zrobiłem coś wbrew sobie.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?!
- Nikomu nie powiedziałem. Ale jest coś jeszcze.
- A to będzie coś, co mnie zaskoczy bardziej?
- O romansie mamy i dyrektora wiedział Piotrek. I powiedział matce, że ja się nie dowiem, jeżeli ona pomoże mu spłacić jego długi.
- Ale jakie długi?
- Piotrek grał na maszynach. Mama spłaciła mu prawie trzy czwarte całej kwoty. I dlatego jest po stronie Piotrka, bo wie, że dalej będzie święta a cała wina na rozwód spadnie na mnie. Ona myśli, że ja nic nie wiem.
- A Piotrek chce wyłudzić jeszcze ode mnie pieniądze.
- Dokładnie tak.
- Dlaczego nie powiesz mamie, że wiedziałeś?
- A czy to ma jakiś sens? Rozstałem się z mamą, rozstałem się z Klaudią, jestem sam... Niech tak zostanie.
- A czy mama dalej z tym ...
- Nie mam pojęcia, Ida. Ale nie pozwolę, żeby ktokolwiek cie skrzywdził. Chcę dać ci pieniądze.
- Nie tato! Ja nie chcę niczego!
- To nie są pieniądze z mieszkania. Gram na giełdzie, moja firma dobrze prosperuje... To prezent. Mam jedną córkę, najbardziej samodzielną z całego rodzeństwa, dlatego chcę jej coś dać. Proszę... Weź te pieniądze.
- Ile? zapytałam trzymając czarną reklamówkę.
- W środku jest kartka.
- Sześćdziesiąt tysięcy?! Zwariowałeś?! Ja nie mogę tego wziąć!
- Owszem, możesz. Zachowaj tylko dyskrecję. Spożytkuj te pieniądze. Nie daję ci ich po to, żebyś była po mojej stronie. Uznałem, że zostałaś poszkodowana przez uzależnienie od hazardu twojego brata.
- Tato, stawiasz mnie w sytuacji bez wyjścia.
- Masz wyjście. Po prostu je weź. Matka z Piotrkiem niech dalej kręcą, Klaudia całkowicie zniknie z pola widzenia naszej rodziny, a przynajmniej tak obiecała. Bliźniaki dostali swoją część z mieszkania, niedługo, jak uda mi się zrealizować projekt nad którym pracuję jeszcze im coś dorzucę. Piotrkowi też.
- Chcę kupić mieszkanie w Katowicach.
- Kup. Jeżeli tam jest twoje miejsce i tam chcesz mieszkać... Jestem za. Chociaż wolałbym, żebyś była w Rzeszowie. Pamiętaj, dostałaś ode mnie to, co ci się należało.
[25.09.2014, Rzeszów, godz. 22:13]
Wróciłam do Rafała o dziwo jego humor był całkiem w porządku.
- Wiesz... Dużo myślałem nad tym, o czym powiedziałaś mi rano. Postanowiłem, że porozmawiam z Olą. Dziękuję.
I oto wydarzyło się coś totalnie spontanicznego. Rafał przytulił mnie i z uśmiechem udał się do swojej sypialni. Położyłam się w pokoju obok i wymęczona zasnęłam.
[26.09.2014, Katowice, godz.12:07]
Dopiero na autostradzie relacji Kraków - Katowice ogarnęłam, że jazda autem to moje przeznaczenie. Przez dobrą godzinę gadałam na głośniku z Oskarem. Przypominał mi, co mam zapakować, bo jeszcze przed odlotem cześć rzeczy zostawię u Marzeny i od niej udamy się na lotnisko. W południe udało mi się szczęśliwie dojechać.
- Który mam zabrać? Różowy, zielony, niebieski czy czarny?
- Ja bym wzięła wszystkie.
- A ile masz?
- Cztery.
- Dobra.
Kobiety jadące na wakacje są wyjątkowe. Szczególnie wtedy, kiedy mają przy sobie cztery stroje kąpielowe.
- Wiesz.. Usiądź na niej, bo inaczej nie zapnę.
- Już się robi.
- Wreszcie. Zapięte.
- Marzena bo...
- Bo?
- Bo ja boję się latać.
- Ja też. Ale jesteśmy zbyt zajebiste, żeby samolot runął w przestworzach.
[26.09.2014, Fuertaventura, godz. 21:03]
- Boże, ja chyba śnię!
- Jejku.
Mało nie padłyśmy na zawał, jak z balkonu naszego hotelowego pokoju było widać zachodzące słońce.
- Nasze wakacje rozpoczęły się wraz z tym momentem.
*
siemanko cześć i czołem. a więc z okazji moich 19. urodzin, które są w czwartek, życzę sobie samej mniej nerwów, zdrowego serduszka, więcej cierpliwości do mojego debila, więcej fajnych butów i zdanej maturki.
siemanko cześć i czołem. a więc z okazji moich 19. urodzin, które są w czwartek, życzę sobie samej mniej nerwów, zdrowego serduszka, więcej cierpliwości do mojego debila, więcej fajnych butów i zdanej maturki.
niedziela, 15 lutego 2015
1.Jesteśmy mistrzami świata.
Może masz w głowie myśli bardziej szalone niż ja.
Może masz skrzydła, których by Tobie pozazdrościł ptak.
Może masz serce całe ze szlachetnego szkła.
Może masz kogoś, a może właśnie kogoś Ci brak?
[23.09.2014, Rzeszów, godz. 00:23]
- Co jest? - powiedział Rafał przekręcając wydawać by się mogło zamknięte drzwi od mieszkania. Zdenerwowany nacisnął klamkę a kiedy przekroczył próg mieszkania zdębiał.
- Co ty tu robisz?! - wrzasnął. - Miało cie tu nie być! Już nigdy!
- Rafał co to ma znaczyć? - zapytałam z ironia widząc kobietę wychodzącą z salonu.
- Ida to nie jest tak jak myślisz!
- Ja nie muszę myśleć. Ja wszystko widzę.
- Ola Grabarczyk. Do Mistrzostw Świata narzeczona Rafała. - podała mi dłoń.
- Ida Wiśniewska. Na Mistrzostwach Świata osteopata.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś, że kogoś masz? - zwróciła się w stronę Buszka. - Szybko się pocieszyłeś. Wykorzystałeś ją, żeby zapomnieć o mnie? Bo co ? Bo chciałam brać ślub i mieć rodzinę? A ja ci siedem lat poświeciłam. Uczelnie zmieniałam...
- Olka, przestań. Uzgadnialiśmy, że tego związku nie da rady uratować.
- Nie Rafał. To ty tak uzgodniłeś. I kazałeś mi się wynosić.
- Moment, dlaczego się nie da uratować? Po siedmiu latach? - zapytałam z niedowierzaniem.
- Lepiej będzie, jak wrócę do siebie. - odpowiedziała Grabarczyk i wyszła z mieszkania ocierając łzy.
- To wszystko nie tak! Nie układało nam się, przez ostatni rok tylko męczyliśmy się ze sobą! Chciałem spróbować z kimś innym. I wtedy poznałem ciebie.
- Nie uważasz, że chyba słabo to rozstrzygnąłeś skoro ona ciągle chce do ciebie wrócić?
- Problem w tym, że ja jej nie chcę. Chcę zacząć wszystko od początku i nie myśleć o tym, co było.
- Łatwiej byłoby być samemu.
- Przyzwyczaiłem się przez te siedem lat do bycia z kimś, a nie w pojedynkę. Poza tym.. Ida...Ewidentnie coś poczułem. Stałaś się dla mnie ważna. Inaczej nie chciałbym z tobą mieszkać.
- Mogę się gdzieś położyć? - ucięłam rozmowę i zaniosłam walizki do pokoju. Po kąpieli wykorzystałam moment, kiedy Rafał spał zamknięty w swojej sypialni, narzuciłam na siebie gruby sweter i wyszłam na balkon. Nie miałam ochoty na papierosa, co było dziwne. Właściwie to było mi źle z tym, że prawdopodobnie stałam się lekiem na pustkę po byłej narzeczonej. Próbowałam zadzwonić więc do Marzeny, ale nie odebrała. Została mi jeszcze jedna osoba, do której mogłabym się zwrócić i choć przez chwilę nie myśleć o bagnie, w które się wpakowałam. Wybrałam numer statystyka reprezentacji.
- Halo?
- Myślałam, że biegasz.
- Ha ha ha. Bardzo zabawne. Dojechała cała i zdrowa?
- Dojechała. A ty?
- Bez problemu. Skąd wiedziałaś, że nie śpię?
- Bo o pierwszej w nocy przez miesiąc piłam z tobą kawę.
- A tak naprawdę?
- Czy ja muszę mieć powód, żeby do ciebie dzwonić?
- Jesteś wredna.
- A ty nie lepszy. Chciałam po prostu pogadać. Poza tym, prosiłeś, żebym się odezwała.
- A więc jednak o mnie pomyślałaś gówniarzu.
- Oskar, muszę kończyć. Odezwę się... Na dniach.
- Dobranoc.
- Do następnego!
Przerwałam rozmowę z Kaczmarczykiem, ponieważ usłyszałam, że drzwi od sypialni Rafała się otworzyły się. Wyciągnęłam z kieszeni paczkę papierosów i udając, że wcale nic się nie stało oparłam się o barierkę. Ciekawski Buszek i tak zaczął dopytywać.
- Miałaś spać.
- Nie mogłam zasnąć.
- A z kim rozmawiałaś?
- Z Marzeną.
- Późno trochę na rozmowy z koleżankami.
- Ale o co ci, kurwa, chodzi?
- Po prostu uważam, że powinnaś wypocząć. Porządnie wypocząć.
- A ja uważam, że powinnam wypocząć tak, jak chcę.
- Dobra. Poddaje się. Wracam do siebie.
[23.09.2014, Rzeszów, godz. 11.04]
Po jedenastej w milczeniu zjedliśmy śniadanie. Kiedy upijałam ostatni łyk zielonej herbaty rozdzwonił się telefon.
- A witam panie Andrzeju.
- Cześć Idka, dziecko drogie. Słuchaj. Jutro w Katowicach o piętnastej. Respektujesz?
- Ale po co? - zapytałam zaciekawiona.
- Kilkunastominutowy wywiad z kilkoma osobami ze sztabu, w Spodku. Pomyślałem sobie, że fajnie by było zaangażować w to was, młodych.
- Kto miałby być tam ze mną?
- Marzena.
- To jadę!
- I Kuba z Oskarem. Wszyscy miejscowi.
- Długo mnie pan nie musiał przekonywać.
- Za chwilę podeślę ci w wiadomości dokładny adres, gdzie masz się stawić. Teraz wzywają obowiązki. Wybacz.
- W takim razie czekam!
- Wołkowycki? - odezwał się w końcu Buszek.
- Musze jechać na kilka dni do Katowic w celu udzielania wywiadów. Razem ze sztabem.
- Nie mogłaś odmówić?
- Nie mogłam. Zostałam oddelegowana przez samego Andrzeja. Pojadę dziś i wrócę w piątek albo w czwartek wieczorem.
- Bez sensu. Jestem ciekaw kiedy to wszystko się skończy!
- Nie przeżywaj. Jesteś mistrzem świata.
Nie. Wcale nie musiałam jechać dziś do Katowic i zostawać na kilka dni. Mogłam jechać jutro i jutro też wrócić. W tempie dwudziestu minut spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i biegiem ruszyłam na dworzec PKS. W myślach wyzywałam siebie od wariatów, ale nie miałam już siły na egzystencję z Rafałem pod jednym dachem, a przynajmniej nie ze świadomością, że nasza relacja to totalny niewypał. Było mi już wszystko jedno, gdzie będę - byle jak najdalej od Rzeszowa i od Buszka.
[23.09.2014, Katowice, godz. 17.22]
Gdyby nie jakiś niewątpliwie urokliwy chłopczyk z jasnoniebieskimi oczami, jak Michał Winiarski, zajechałabym pewnie na Pomorze. Na szczęście w porę mnie obudził.
- Kochanie, dlaczego obudziłeś tą panią? Najmocniej przepraszam za synka.
- Gdyby nie pani syn to bym zaspała. - uśmiechnęłam się.
Po chwili wyciągnęłam z kieszeni telefon. Ale STOP. Zrobię Marzenie niespodziankę, bo ona przecież nie pamięta, że dała mi przed finałem kartkę z adresem. Po trzydziestu minutach dotarłam pod kilkunastopiętrowy blok.
- Kurwa. - powiedziałam sama do siebie widząc windy, których szczerze nienawidziłam, ale nie chciało mi się gonić przez 81(?!) schodów. Na szczęście nic się nie zacięło, a jazdę do góry umilała mi starsza pani z małym yorkiem.
- Jest! - i oto znajdowałam się pod drzwiami mieszkania nr 54. Zapukałam najgłośniej jak potrafiłam, ale mimo to dopiero po dłuższej chwili ktoś raczył mi otworzyć drzwi.
- Idka? A co ty tu robisz?!
- Stęskniłam się za tobą i oto jestem szybciej!
- Mogłaś mi chociaż powiedzieć.
- Nie cieszysz się?
- Nie no jasne, że ciesze tylko ...
- KUBA?! -wykrzyczalam na całą klatkę schodową a z reki wypadła mi torba.
- Przejazdem byłem to wstąpiłem.
Widok był komiczny. Ja miałam otwartą paszczę, Marzena utkwiła wzrok w podłodze a Kuba nerwowo obracał na boki głowę.
- Czy wy... No wiecie... - zapytałam na wstępie.
- No chodź. - zawołała mnie do środka Marzena a Kuba podniósł z podłogi moją torbę.
- To dowiem się w końcu czegoś, czy nie?
- No bo ... zadzwoniła to przyjechałem.
- Kuba...
- Tak w ogóle to muszę lecieć do siebie. Odezwę się wieczorkiem. Musze iść do banku i tak dalej... Wiecie laski. Kupa spraw. To lecę. Paaa!
I tyle go widzieli.
- A ty przypadkiem nie masz mi czegoś do powiedzenia?
- Kochałam się z nim na mistrzostwach.
- Coooo?! - oplułam Marzeny kawą, do której już na wstępie się przyssałam, szklany stół.
- No nic. Przed meczem z Niemcami. Gdyby Stefan się dowiedział, to by nas wyrzucił na zbity pysk. Był tu dziś, bo chciał porozmawiać. Ida proszę cię! Nie mów nikomu, niech nikt się nie dowie!
- To zajebiście!
- No własnie nie. Bo Kuba nie traktuje tego poważnie. zachowuje się ... jak tchórz! Jakby się nic nie stało! Powiedział, że mam zapomnieć!
- Kobieto... A co powiesz na to? Uwaga. Wchodzę do Rafała do domu i kogo widzę? Ole Grabarczyk - jego narzeczoną do Mistrzostw Świata. Dziewczyna zrozpaczona wybiega z mieszkania po tym jak Buszek ją łagodnie mówiąc wyrzuca.
- No nie gadaj!
- A ja mam być lekiem na rozstanie i opcją zamienną.
- Skurwol. - wycedziła przez zęby. - I co dalej?
- No a co ma być? Do piątku zostaję w Katowicach. U ciebie.
- A lubisz szybkie akcje?
- Nie tak bardzo jak ty.
- Ha ha ha. Tośmy się pośmiali, och!
- Tak poważnie, to dlaczego pytasz?
- Znalazłam parę godnych uwagi ofert last minute, najnowszego Iphone'a i zajebisty laptop. I parę genialnych, firmowych jeansów.
- Chcesz przewalić całą wypłatę na przyjemności?
- Nie całą. Jedną piątą. I ty też tyle wydasz. Harowałaś jak wół ponad miesiąc! Jesteś kobietą, należy ci się coś od życia! W dodatku jesteś sama, niezależna od nikogo, jak cię Rafał wyrzuci z domu to wprowadzisz się do mnie. Mieszkanie od rodziców za magisterkę.
- Bogatych masz starszych.
- Ty też.
- Ta, ale moi zamiast mieszkania biorą rozwód.
- Dlatego właśnie po jutrzejszym wywiadzie zaproszę Oskara i Kubę na flaszkę.
- Ledwo do ciebie przyjeżdżam, a ty chcesz mnie już upijać.
- Pić to my dopiero zaczniemy, ale na jakiejś gorącej plaży, z gorącymi facetami. Już się nie mogę doczekać!
- Jedziemy na Kanary. Na Fuerteventurę. - odrzekłam zacierając ręce.
- Plaża, słońce, faceci, drinki, imprezy, zakupy i my. My dwie - samotne podróżniczki!
- Cztery tysiące dwa tygodnie. Czy to ciągle last minute? - spojrzałam wielkimi oczyma na trzy oferty wyświetlone na monitorze. - Ale...Jak się bawić to się bawić, drzwi wyjebać okna wstawić!
- Boże, gdzie ona się wcześniej podziewała?! - wzniosła ręce ku niebu Marzena i roześmiała się.
I znowu wariactwo. Wakacyjne.
[24.03.2014, Katowice, godz. 9:30]
- Jedz szybko, za chwilę Silesia. Jedziemy na zakupy!
- Ale po co?
- Jak to po co? Zarobiłaś sześćdziesiąt kafli i pytasz po co?
- No eeeee...
- Nie zgrywaj takiej poukładanej!
- Za tą kasę chciałam kupić coś innego.
- Nie trzymaj mnie w niepewności tylko chodź szybko w teren!
Udałyśmy się na największy komis samochodowy w Katowicach. Stanęłyśmy pod bramą wjazdową. W niewiedzy Marzeny dzwoniłam po chłopaków, ale jak się niestety okazało z Jaworzna może dotrzeć tylko Oskar, Kuba jest w Warszawie na jakimś wykładzie motywacyjnym. Poza tym, nie dziwiło mnie to, przecież rozkręcił swój biznes w oszałamiającym tempie i ma pod sobą z kilkaset osób. Kaczmarczyk również nie miał zbyt wiele czasu. Na co dzień był drugim trenerem Zaksy i to w Kędzierzynie spędzał czas. Na szczęście choć jeden facet z dwóch był w zasięgu.
- Po co tutaj stoimy?
- Bo Ida będzie kupować samochód. - odparł Oskar, który nagle pojawił się z naszymi plecami.
- No nieeee.
- Tak, Marzenko. - pokierowałam się w stronę bramy a dwójka zaskoczonych towarzyszy podążyła za mną.
- Więc czego szukamy? Za czym mam się rozglądać?
- Za pięciodrzwiowym, ale nie za dużym samochodem do dwudziestu pięciu.
- Hmm. Aż tak chcesz zaszaleć? Nie boisz się kupować na początek takiego drogiego samochodu?
- Oskar, jaki początek jak ja mam prawko dziesięć lat? Swoją poczciwą toyotę sprzedałam przed mistrzostwami.
- Dlaczego?
- A dlaczego nie?
- Dobra. Dwadzieścia pięć, pięciodrzwiowy... Jaki silnik? Spalanie? Rocznik? Benzyna, diesel? Z sekwencją?
- Wybierz mi coś.
- Ida, to ma być twoje auto...
Marzena ciągle nie wierzyła, że moje szaleństwo zakupowe dotyczy nawet i spraw motoryzacyjnych, a Oskar zaangażował się bardziej niż ja sama. Przez dwie godziny szukał w skupieniu odpowiedniego pojazdu. W końcu pociągnął mnie za rękę i zaprowadził do trzech pojazdów.
- Taki by ci w zupełności wystarczył. Pięć tysięcy zostaje w kieszeni, a autko naprawdę fajne. Ekonomiczne, zadbane... Ogólnie porządne.
Po względnych, kobiecych oględzinach, za zgodą Marzeny stałam się posiadaczką czarnego opla. Oskar wykłócił się ze sprzedającym o jeszcze dodatkowy tysiąc upustu i jak sam powiedział - pozwolił sobie przetestować wóz. Całą drogę do mieszkania Marzeny dawał mi sto tysięcy wskazówek, które przy dziesiątym powtórzeniu tego samego zaczęły mnie denerwować. Walnęłam Kaczmarczyka w głowę na co roześmiał się i pogroził mi palcem.
- Jak stare małżeństwo! - dodała swoje pięć groszy Marzena, ale obydwoje zignorowaliśmy jej docinki. Dopiero na osiedlu umówiliśmy się co do jutrzejszych planów po wywiadzie. Przy okazji zadzwoniliśmy do zapracowanego Kubusia - biedaka, który obiecał, że jutro po wywiadzie będzie mógł zostać.
- Chodź na górę!
- Nie dam rady. Lecę pozałatwiać sprawy, muszę odebrać komputer z gwarancji. Dziesięć minut przed 15 pod Spodkiem. Tylko nie rozbijcie auta!
Wbiegłyśmy do mieszkania i jak głupie zaczęłyśmy się śmiać.
- Właśnie przewaliłaś 19 kafli.
- O nie kochana. Ja na to ciężko pracowałam!
- I właśnie żeby to uczcić napijmy się wina.
- Jak, skoro prowadzę?
- A no tak. Odbijemy sobie później. Tera soczek.
''Celebracja'' została rozpoczęta, bilety na lot na Wyspy Kanaryjskie zostały zamówione. Pozostało mi jeszcze zadzwonić do Rafała. Na wstępie poinformowałam go o moim nowym zakupie.
- Zwariowałaś, przecież to auto będzie stało! Masz w ogóle prawo jazdy?
No nie. Już nawet nie chciało mi się z nim kłócić i po trzydziestu sekundach zakończyłam rozmowę, krzycząc na cały pokój i uderzając głową o stół w geście bezradności.
- A tobie co?
- Jajco. Zdetronizuj Buszka.
- Najpierw wrócimy z wakacji, a później go usunę z powierzchni ziemi.
[24.09.2014, Katowice, godz. 14.55]
- Dojechałem! Boże... Ale mi się dłużyło! - wrzasnął Kuba, klepiąc Oskara po plecach.
- Nareszcie. Dziennikarze już na nas czekają. - pokiwała głową Marzena, przewracając oczami pełnymi wściekłości. Nie dziwne. Była wkurzona. I na dzisiejszą domówkę zaprosiła go zapewne tylko po to, żeby stworzyć pozory twardzielki. Ha! To ja powinnam być trenerem mentalnym.
- Ale wieczorem imprezka. - zmieniłam więc temat, na co wszyscy się uśmiechnęli.
Pytania redaktorów dotyczyły przede wszystkim tego, jak wyglądała praca w reprezentacji i jaki charakter miały nasze kompetencje. Najwięcej pytań w tym temacie dostał Jakub, bo trener mentalny to coś nowego i zapewne nie wielu ludzi wie, na czym polegał jego zawód. Po piętnastu minutach nadszedł czas na pytania z nieco innej beczki.
- Czy zaprzyjaźniliście się ze sobą? Chcecie utrzymywać kontakt poza sezonem reprezentacyjnym?
- Naturalnie. - odrzekł Oskar. - Dobra atmosfera w drużynie była również zasługą sztabu, który bardzo zżył się ze sobą, jak po każdych mistrzostwach, jednak te były szczególne. Na pewno będziemy w wolnym czasie kontaktować się ze sobą.
- W jednym z wywiadów w niedzielny wieczór, trener Blain powiedział, że od dwóch lat jesteś Ido dla niego jak córka.
- Tak, trener Blain jest wspaniałym człowiekiem. Będąc we Francji mogłam na niego liczyć. O mistrzostwach nie wspomnę. Rzeczywiście, nasze relacje można przyrównać do relacji ojca z córką.
- Jakie macie plany na najbliższą przyszłość?
- Ja na pewno zajmę się prowadzeniem mojej firmy i wyjazdami na wykłady motywacyjne. Zamierzam jechać też na wakacje do Stanów. - zaczął Kuba.
- A wy? Marzeno?
- Być może nie wypocznę w Stanach, ale z pewnością zajmę się szukaniem zajęcia. Umowa z PZPS-em nie ogranicza mnie do pracy tylko i wyłącznie z reprezentacją, więc pewnie rozglądnę się za czymś w zawodzie.
- Ja tak jak moja przedmówczyni.
- A ja mam parę planów, ale nie chcę ich jeszcze zdradzać.
- I tym oto tajemniczym akcentem od Oskara kończymy dzisiejszy wywiad. Dziękujemy wam bardzo za rozmowę i życzymy owocnej pracy z reprezentacją w kolejnych sezonach!
[24.09.2014, Katowice, godz. 20.46]
Marzena była już pijana. Bardzo pijana. Siedziała na stole i śpiewała z Adamem Sztabą i jego zespołem oglądając powtórkę Tańca z Gwiazdami. Oskar z Kubą również nie byli trzeźwi, jednak mimo wszystko trzymali się lepiej od Marzeny. Poczułam swoją wyższość. Moja głowa do picia wódki była znacznie lepsza niż pozostałej trójki. Przyniosłam z lodówki trzecią butelkę i pokiwałam chłopakom, żeby przypadkiem nie polewali Marzenie. Oskar wymyślił, że zamiast tańca z gwiazdami włączy jej jakąś stację muzyczną. I tak oto w rytmach ''Jak nie my to kto?'' Marzena odtańczyła swój taniec. Ja zaś polałam kolejkę, po której zapaliłam papierosa. Ups. Chyba coś mnie bierze. Ale znowu byłam lepsza od Kuby, który dołączył do Marzeny. Na kanapie zostałam sama z Oskarem. Śmiało objęłam go prawą ręką i podzieliłam się swoim papierosem. Paliliśmy go wspólnie śmiejąc się z Marzeny i Kuby, który w przeciągu pięciu minut tańca polał sobie sam. Szkoda, że aż cztery kieliszki. W końcu tancerze usiedli na jednoosobowym fotelu we dwoje - najpierw Jakub a Marzena na jego kolanach. I w tym momencie powinnam schować alkohol, bo zaczęło źle się dziać. A przynajmniej w tej kwestii, w której jednym z elementów była krótka spódnica Marzeny i ręka Kuby jeżdżąca po jej udzie. No pięknie. Nie było sensu przerywać, bo w sumie ja z Oskarem również dobrze się bawiliśmy. Wyszliśmy na balkon i opowiadaliśmy sobie kawały. Znowu paliliśmy papierosa wspólnie (czwartego?) spoglądając czas od czasu na szepczących sobie coś do ucha mistrzów tańca. W końcu weszliśmy do środka. Marzena wstała i podeszła do mnie z miną co najmniej dziwną, ale z tego co zrozumiałam wybełkotała coś w stylu: '' Jest tak zajebiście dobry w łóżku, a tak zakazany,że nie wiem co począć!''. Oskar zakrztusił się colą a Kuba powiedział chyba ''vice versa'' i zaczął coś śpiewać. Spojrzałam porozumiewawczo na Kaczmarczyka i zamknęliśmy się w kuchni wypijając jeszcze po jednej ''setce'' na głowę. Po paru minutach już nikt nie kontrolował tego, co robi.
[25.09.2014, Katowice, godz. 10:50]
Otworzyłam oczy. W salonie nie było nikogo. Byłam w nim sama. Dziwne. Z ogromnym bólem głowy doczołgałam się do łazienki mijając śpiącego na przedpokoju Kaczmarczyka. Otworzyłam drzwi. W wannie spał Jakub, w prysznicu Marzena.
- Ja pierdole. - szepnęłam. Pozostało mi tylko czekać na moment, w którym pozostała trójka się obudzi.
*
całe ferie nie zrobiłam.kurwa.niczego.
matura stuka puka, a ja nic. no boże.
a dziś z okazji wczorajszych walentynek i jutrzejszych urodzin hot 18 Nance oddaję wam rozdział.
całe ferie nie zrobiłam.kurwa.niczego.
matura stuka puka, a ja nic. no boże.
a dziś z okazji wczorajszych walentynek i jutrzejszych urodzin hot 18 Nance oddaję wam rozdział.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


