Myślałam, że do Wrocławia wrócę cała i zdrowa. Owszem, cała wróciłam, ale męczył mnie niemiłosierny katar. Zużyłam w trakcie jazdy trzy paczki chusteczek, a kiedy poprosiłam uroczą starszą panią o jedną sztukę popatrzyła na mnie z uśmiechem i wsunęła do kieszeni całe opakowanie mówiąc, że mam szybko gonić do łóżka i wygrzać paskudne choróbsko. Rzeczywiście, łóżko było jedyną rzeczą, o której marzyłam w tym momencie. Byłam przerażona, bo przecież muszę być gotowa na każdy mecz, a przede wszystkim przed nim, bo to, co kibice widzą na boisku to już tylko zrobiona obróbka dopracowana przez sztab lepiej lub gorzej. Na peronie czekał na mnie Piotrek. Łóżko ewidentnie straciło swoją pozycję. Właściwie to z pierwszej lokaty przeniosło się daleko, daleko w dół, bo myślałam tylko o tym aby po pierwsze - zapaść się pod ziemię, po drugie - nie wychodzić dopóki Nowakowski sobie nie pójdzie, po trzecie uciec z powrotem do Rzeszowa, po czwarte - znaleźć się na hali szybciej niż on i udawać, że wszystko gra. Nie chodziło o to, że go nie lubiłam. Wręcz przeciwnie - darzyłam do sympatią ze względu na poczucie humoru i życzliwość, która w pewnym momencie zamieniła się w wadę. Był wszędzie. W sms-ie, w rozmowie telefonicznej, w kolejce po kawę w restauracji, podczas pisania raportów, podczas wyjścia z łazienki w piżamie ze szczoteczką do zębów w ustach. Dobra, gdyby w jakiś sposób mnie pociągał to chciałabym, żeby kręcił się obok dwadzieścia cztery na dobę. Niestety tak nie było i moja reakcja na jego obecność wiązała się tylko i wyłącznie z koleżeńskim uśmiechem i poklepaniem po ramieniu.
- Skąd wiedziałeś, kiedy będę na miejscu?
- Mateusz. - odpowiedział, zabierając przy tym moją torbę.
- Gotowi na podbój Argentyńczyków?
- Ja tak. Jak zawsze z resztą. Ogólnie panuje dobra atmosfera. Facundo i Nicolas rozmawiają ze Skrzatami, a reszta im towarzyszy.
- Ach, Facundo... - wzdychnęłam, na co mój towarzysz uderzył się w głowę.
- No nie... Następna. Ten Facundo jest w Argentynie tak, jak u nas Wronka. Wszystkie go pragną.
- Nic na to nie poradzisz, Pit. - rozłożyłam bezwładnie i ponownie poklepałam zasmuconego dla żartu Pita.
- Chodź, wracamy.
[07.09.2014, Wrocław, godz. 17.30]
Radości trenerów nie było końca. Oskar wskoczył mi w ramiona, a chłopcy kiedy zobaczyli, że wróciłam ruszyli w moją stronę.
- Dziecko! Ty żyjesz! - krzyknął Możdżonek łapiąc mnie za ramiona.
- Możdżon, co jest?
- Ja tu już nie wyrobię! Stado debili!
- Ma rację! - dopowiedział Guma, a Fabian ewidentnie się zbulwersował.
- Welcome to the jungle.. Ech...
Słowa Stefana rozbawiły mnie na tyle, że aż ucieszyłam się z faktu, iż wróciłam do reprezentacji. Posłałam chłopakom uśmiech i zostawiłam ich za plecami. Wszyscy bowiem udali się do swoich pokoi, aby w samotności nastroić się na mecz. Oczywiście samotność to pojęcie względne, bo kiedy i ja otwierałam swój hotelowy pokój usłyszałam jakieś dzikie odgłosy, żeby nie użyć słowa ''orgie'' i sumienie nie pozwalało mi ich zignorować. Owe odgłosy dobiegały z pokoju Andrzeja, Konara i Fabiana. Niczym strzała podbiegłam na miejsce zdarzenia i z impetem otworzyłam drzwi.
- Stary, wstań ze mnie, bo mnie nie widać.
- Dobra, zejdę, jeśli Igła nie będzie na mnie siedział.
Stado baranów robiło sobie selfie. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że telefon trzymał Konar, na którym zrobiono ''kanapkę''. Leżał na nim Kłos, na Kłosie Wrona, na Wrony pośladkach siedział Igła, który zachęcił mnie do wzięcia udziału w całej zabawie. No i wzięłam. Usiadłam na kolanach Ignaczaka i usłyszałam tylko cichy krzyk Dawida. Chyba miał już dość. Po serii zdjęć zeszliśmy z jego pleców.
- Dawid? - zapytałam niepewnie.
- Ida, pomasuj... -odpowiedział błagalnie, a ja wzruszyłam ramionami i pomogłam mu wstać.
- Tylko ani słowa trenerowi, że ktoś na tobie siedział.
- Wiesz co Igła? Właśnie, że wszystko powiem!
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać łącznie z obolałym Konarskim, który niespodziewanie zawołał do pokoju Buszka. Mój humor został automatycznie popsuty, bo Rafał zmroził mnie spojrzeniem i jak na złość nie chciał go ode mnie oderwać.
-Możemy? - pokierowałam się do wyjścia łapiąc Buszka za koszulkę i ciągnąc za sobą.
- Musimy.
Zamknęliśmy się w moim pokoju. Atmosfera od początku sprzyjała ewentualnemu strzeleniu sobie w głowę.
-Rafał, przepraszam. Cholernie cie przepraszam. Ja wiem że ...
- Własnie o to chodzi, że gówno wiesz. Masz w dupie wszystkich dookoła.
- Przecież musiałam wyjechać, nic nie rozumiesz! Zrozum, że ja nawet nie miałam czasu, żeby ci powiedzieć o tym, co się stało!
- Ale jakoś Igła i Mateusz wiedział! Filip też!
- Mateusz jest dla mnie jak brat, a Filip jak ojciec. Przez cały pobyt we Francji miałam tylko ich.
- No a Krzysiek? Przecież jego poznałaś dopiero tutaj!
- Ale jest mi bliski...
- No tak, bliski. Mogłem się domyślić.
- O co ci kurwa chodzi? Przecież nie zrobiłam tego celowo. To wszystko działo się tak szybko... Przyjechał mój ojciec, okazało się, że zdradził moją mamę z żoną mojego brata. Pojechałam do Rzeszowa, żeby spotkać się z rodzeństwem i odwiedzić stare śmieci. Nie miałam sumienia tego tak zostawić. Obiecałam przecież, że powiem ci wszystko jak to ogarnę. Słów na wiatr nie rzucam.
- Dobra, nie krzycz.
- Spieprzaj, Buszek. Nie mam nastroju na rozmowę z tobą.
Trzasnął drzwiami i wyszedł. Znowu się pokłóciliśmy. Ale chyba nie potrafiliśmy inaczej.
[07.09.2014, Wrocław, godz. 22:49]
Zdenerwowana całym zajściem po meczu zeszłam w dół kiwając uprzednio do Krzyśka, aby usiadł na ławce pod składzikiem z piłkami. Zawodnicy wyszli, więc miałam praktycznie stuprocentową gwarancję, że nikt nie będzie mnie podsłuchiwał.
- Co jest staruszko? Jak w domu?
- Sama nie wiem staruszku. Wydaje mi się, że mama wykorzysta swoją mściwość i pokaże ojcu niezależność. A przynajmniej tak wnioskuję. W gorszym stanie jest chyba brat.
- Rozmawiałaś z nim?
- Tak. Chce wyjechać do Anglii do roboty. Jest wykształcony, na pewno coś znajdzie.
- W sumie to jest jakieś rozwiązanie. Powiedz mi jeszcze, dlaczego Rafał wyszedł tak wpieniony z twojego pokoju? Wychodziłem z toalety i się na niego natknąłem.
- Ja nie wiem o co mu chodzi, Igła. On się zachowuje jak dziecko. Wytłumaczyłam mu się to kazał mi nie krzyczeć. On chyba nie chce dać za wygraną i przyznać się do błędu, bo mu najzwyczajniej w świecie głupio.
- Tak jak ty.
- Co ja?
- Ty też nie chcesz przyznać się do błędu. Dobrze wiesz, że mogłaś z nim o tym pogadać, ale po prostu to zlałaś.
- Oj, Igła. Ja nie wiedziałam, że z tego zrobi się taka pompa.
- I dalej będziecie się na siebie boczyć? Wasz rozejm trwał jakieś trzy dni.
- Jak będzie trzeba, to tak. To on mnie obraził a nie ja jego.
- A co z Pitem? Dalej się wokół ciebie kręci?
- Wydzwaniał do mnie dwadzieścia razy dziennie, wypisywał multum wiadomości. Jest wszędzie! Za niedługo zejdę na stołówkę i kiedy ją otworzę wyskoczy Piotr Nowakowski. Nie chcę mu robić nadziei. Lubię go, zdążyłam poznać, ale ...
- Nie pasujecie do siebie, po prostu.
- Właśnie.
- A z Rafałem? Te wszystkie niedomówienia, kłótnie i docinki mają swoje źródło.
- Krzysiek, mam prawie trzydziestkę na karku. Dobra, może nie tak na karku, bo przede mną jeszcze dwa i pół roku gorącej dwudziestki, ale wypadałoby się ogarnąć. W życiu się już tyle nabiegałam, że chce kogoś, przy kim będę mogła się zatrzymać i najzwyczajniej w świecie odpocząć. Nie nudzić, ale zacząć spokojnie oddychać. Naprawdę potrzebuję stabilizacji. Pod każdym względem. Wynajmuję mieszkanie w Katowicach, a przecież w każdej chwili mogę tam nie mieszkać. Na chwilę obecną tak naprawdę nie mam do czego wrócić, a przynajmniej nie tam, gdzie jest coś w stu procentach mojego. Facet ma mi umożliwić stworzenie takiej namiastki własnego świata, który będzie ze mną dzielił. Moje koleżanki mają dzieci, moi bracia żony, a są młodsi. Ja nie mam nawet potencjalnego kandydata. I czekam na takiego, z którym będzie wszystko czyste i klarowne. Czekam na mężczyznę dojrzałego, który da mi nie tylko niezależność, swobodę pracy i robienia tego, co lubię, ale przede wszystkim dojrzałe uczucie.
- W takim razie jaki twoim zdaniem jest Buszek?
- Lubię go, ale jak już mówiłam potrzebuję stabilizacji i oddechu. Nie wiem, czy jest sens kolejny raz ubarwiać sobie życie. Chyba mnie to zmęczyło. Ciągle do czegoś gonię, ciągle o coś walczę. On o mnie nie zawalczy. Nie da mi stabilizacji. Będzie miał problem z oddaniem części siebie. Chcę kogoś, kto to zrobi i uważam, że mi się to od życia należy. Chociaż nie ukrywam, że w tym wszystkim jest też chęć posiadania kogoś w ogólnym tego słowa znaczeniu.
- Przygoda?
- Na przykład. Ale największą przygodą i tak jest pobyt tutaj, z wami wszystkimi.
- Co dalej zamierzasz?
- Pewnie pogodzę się z tym pasożytem, a reszta niech się toczy swoim torem.
- Chodź staruszko, wracamy.
[08.09.2014, Wrocław, godz. 10.00]
- Dzidka, uważaj! - krzyknął Kłos.
W tym momencie zrobiło mi się ciemno przed oczami, a moje pośladki dotknęły podłogi. Kiedy odzyskałam widoczność popatrzyłam na dłonie pełne krwi. Dookoła stała cała zgraja łącznie z panem Janem, który trzymał w ręce worek z lodem.
- Ale cie urządził. Dobrze, że w piłkę nie trafił, bo nie było aż tak mocno. Wszystko okej?
- Tak, jest w porządku.
- Na wszelki wypadek położysz się na łóżku w moim pokoju, weź lód.
- Panie Janku, ale naprawdę nie trzeba.
- Ale naprawdę nalegam.
- Dobrze. - uśmiechnęłam się do Sokala i wstałam z podłogi, co skończyło się mdłościami. - Który mnie tak załatwił?
- Ja.
Zamarłam. Tego bym się kompletnie nie spodziewała. Na hali było tyle miejsca, a akurat ja oberwałam piłką. Mój paskudny charakter nie pozwalał mi wierzyć w przypadki. A już na pewno nie w przypadkowe uderzenie piłką w nos przez skłóconego ze mną Buszka. Popatrzyłam na niego wymownie i wyciągnęłam rękę w stronę Nowakowskiego, który razem z Miką zaprowadził mnie do miejsca wskazanego przez doktora.
- Idź Mateusz. Ja chwilę zostanę.
Piotrek usiadł obok mnie i nie mówił ani słowa.
- On to zrobił specjalnie, prawda? - zapytałam oczekując szczerej odpowiedzi.
- Nie wiem. Stał koło mnie wtedy, rozmawialiśmy, zagrał i po prostu ...
- Po prostu mi pierdolnął. - nie szczędziłam słów, ale przemawiała przeze mnie nie złość, ale rozgoryczenie. Było mi przykro, bo rozumiałam naszą złość na siebie nawzajem, ale nawet jeżeli nie chciał mnie uderzyć, mógł przyjść. Po prostu przeprosić. Powiedzieć nawet najmniej grzeczne ''Sory''. Tak się niestety nie stało. Piotrek wrócił na trening rzucając za drzwiami do zmartwionego Konara i Wrony, że będę żyć.
- Ida? - uniosłam lekko głowę, a moim oczom ukazał się jak zawsze niezawodny i troskliwy Filip.
- Już po treningu?
- Tak. Mają chwilę oddechu. Jak nos?
- Boli.
- Biedactwo. - pogłaskał mnie po głowie i podał szklankę wody z rozpuszczonym środkiem przeciwbólowym.
- Ale przejdzie. Zawsze przechodziło.
- No tak, pamiętam jak we Francji potknęłaś się na schodach i skręciłaś kostkę. Krzywiłaś się z bólu, ale robiłaś wszystko.
- O tak! Nie zwróciłam uwagi, że ktoś rozlał wodę. Do tej pory nie wiem kto.
- Ja też nie, ale śmiałaś się z siebie i to było w tym wszystkim najfajniejsze.
- Wiesz co, Filip? Grunt, to mieć do siebie dystans.
- Racja. Uznaliśmy z Jankiem i Oskarem, że pojedziesz na prześwietlenie. Dla pewności.
- Ale naprawdę nie trzeba.
No i mam, czego nie chciałam.
*
nie wiem kiedy następny. oby był czas w długi weekend.
nie wiem kiedy następny. oby był czas w długi weekend.
Wiesz, Olcia, że leżąc w łóżku z grypą żołądkową Ida to jedna z niewielu rzeczy, które mnie cieszą?
OdpowiedzUsuńNowy, nowy. <3
OdpowiedzUsuńBuszu, wpieniasz mnie. Ogarnij się, bo przesadzisz i stracisz swoją szansę. A kolejnych nie będzie.