[15.09.2014, Łódź, godz. 7:21]
Dopiero po przebudzeniu uświadomiłam sobie, że mój wczorajszy pomysł na spławienie Marzeny był kiepski. Ubrałam reprezentacyjne wdzianko i chociaż nie byłam spóźniona, do stołówki weszłam ostatnia. A wolne miejsce było akurat obok Winiara i Mariusza. Rafał siedział gdzieś tam dalej, a Marzena ze sztabem.
- Czeeeść. - przywitałam się speszona, a moi towarzysze mieli dokładnie taką samą minę jak ja. Nic dziwnego. Całej naszej trójce było niezręcznie.Oczywiście nie umknęło to uwadze Igły i Kubiaka, bo od samego początku bacznie nas obserwowali.
- Podasz mi masło, Mariusz?
- Oczywiście.
- Dziękuję.
- Proszę.
- Nie no. Ja z wami zwariuje. Co się znowu stało?! - zbulwersował się Krzysiek.
- Nic. - odrzekł Winiar.
- Zupełnie nic. - dodał Wlazły.
- Nic a nic. - zabrałam głos i zajęłam się słodzeniem herbaty, czego zazwyczaj nie robię. I takim właśnie sposobem dosypałam sobie cztery łyżeczki cukru.
- No to słucham. Mówcie. Nic nie słychać, bo Wrona z Kłosem znowu się drą.
- Więc ja zacznę. - rozpoczął Winiarski i od razu skierował swoje słowa do mnie. - Nie mówiłaś, że ty i Rafał się no, ten tego, no...
- Właśnie, nic nie mówiliście! Dlaczego? Przecież to dobrze! - poparł przyjaciela Mariusz.
- Bo nic między nami nie ma.
- Jak to nie ma? A to całowanie pod pokojem? Takie gorrrące? - poruszył zalotnie brwiami Wlazły.
- Czekaj, czekaj, Wiśniewska. Całowałaś się z Buszkiem i nakryli cię oni, tak? - zapytał Igła.
- Coś w tym rodzaju. - odrzekłam od niechcenia, bo chciałam jak najszybciej wyjść ze stołówki i pozostawić wczorajszą akcję daleko, daleko za sobą.
- Oj Idka, Idka. - pogłaskał mnie po głowie Winiar i wszyscy już na szczęście rozluźnieni pałaszowaliśmy śniadanie. Kiedy pozostali zawodnicy już kończyli, z krzesła podniósł się trener Antiga i poinformował, że dzisiejszy plan nieco się zmienia i za piętnaście minut zawodnicy mają stawić się u mnie, u Pawła bądź u doktora Sokala na zabiegach. Cóż. Nie była to pocieszająca informacja, tym bardziej, że Rafał został przydzielony akurat do mojego stanowiska i zapewne nie oszczędzimy sobie słów. Przywykłam do tego. W końcu od kiedy tutaj jestem zdążyliśmy się poważnie pokłócić trzy bądź cztery razy, a posprzeczać ze sto, więc kolejna wymiana zdań jakiejś wielkiej różnicy mi nie robi.
[15.09.2014, Łódź, godz. 8:45]
Stałam przy swoim stanowisku w dość kiepskim humorze. A wszystko dzięki Marzenie, która od rana wchodzi do tyłka wszystkim ze sztabu. Najchętniej bym ją uderzyła, ale dla niepoznaki zachowuję resztki pozorów. Niestety, kiedy zobaczyłam moich cudownych chłopaków, czyli Kubę i Oskara, najzwyczajniej w świecie wybuchłam i zamknęłam na klucz pokój medyczny.
- Nie wytrzymam, kurwa mać! - wykrzyczałam tupiąc nogą.
- Co jest, Kotek?
- Ona mnie doprowadza do szału! Po co ona tutaj przyjechała?!
- Idka, co ona ci zrobiła? Pracuje dziewczyna, jest całkiem miła, w dodatku mówi, że jesteś bardzo w porządku. Nie rozumiem twoich frustracji.
- A ja rozumiem! - zabłysnął Jakub.
- Oświeć mnie.
- Ty po prostu jesteś zazdrosna o Buszka! Tak, to jest to! I nie wymiguj się, przecież wszyscy wiedzą, że macie się ku sobie. Od wczoraj cię trzyma ta zazdrość. Widzieliśmy jak wpadłaś na konferencję. Umalowana, elegancko uczesana. Chciałaś, żeby Rafał zauważył, że potrafisz być kobieca.
- Kubuś, skąd ty to wszystko wiesz?
- Kobieto, tyle lat studiowałem te wszystkie ludzkie humory i to, co nimi kieruje, że niektóre schematy zachowań znam na pamięć.
- To wszystko jest chore. Najchętniej bym go zamordowała. Poćwiartowała zwłoki i wrzuciła do jakiegoś stawu, żeby nie psuł mi humoru, ale jeżeli ona się do niego zbliży, to robię się wściekła i nie pozwalam jej się do niego zbliżyć.
- Ktoś tu się zakochał, sialalala!
- Przestańcie. W nikim się nie zakochałam. To chwilowe. Poza tym, szukam czegoś innego... Po mistrzostwach wszystko wróci do normy. Zdobędziemy medal, ja wrócę do Katowic, Rafał do Rzeszowa, parę razy spotkamy się na jakimś meczu i już. Po sprawie.
Kiedy skończyłam mówić rozległo się walenie do drzwi.
- Ida, otwieraj!
- Oho. Atakują. Lećcie do siebie, ja muszę zająć się bandą tych oszołomów, bo zaczęło się dobijanie w skromne progi moich umiejętności fizjoterapeutycznych.
- Pogadamy później, okej?
- Obiecuję. No już. Uciekajcie! - przegoniłam ich skinieniem ręki, a w drzwiach minęli się z Kubim.
- Ile można czekać?
- Ale do masażu jeszcze dziesięć minut, Michałku.
- Nie szkodzi. Im szybciej zaczniemy tym lepiej!
- A może masz rację?
I takim oto sposobem zostałam zmotywowana do pracy przez Michała W Gorącej Wodzie Kąpanego Kubiaka.
[15.09.2014, Łódź, godz. 10:15]
Po wizycie Andrzeja i Karola nadszedł czas spotkania z Rafałem. Poprosiłam go, aby położył się na plecach, co posłusznie uczynił zdejmując koszulkę. Moje działania były szybkie, ale dość mocne i dokładne. Byłam tak zamyślona, że nawet nie kontrolowałam swoich ruchów, przez co całą serię zabiegów zakończyłam piętnaście minut przed standardowym wypuszczeniem zawodnika z mojego gabinetu.
- Rafał. - zaczęłam. - Przepraszam cię za wczoraj, nie powinnam była cię całować, ani nic z tych rzeczy. Nigdy w takich okolicznościach.
- Dlaczego? Okoliczności były najlepsze z możliwych. Marzena chyba trochę się przejęła i zaprosiła mnie dziś po kolacji na kawę. Stara się dziewczyna!
- Na kawę? To... To wspaniale. - wycedziłam przez zęby i zabrałam się za sprzątanie mojego miejsca pracy.
- Ida?
- No?
- Jesteś o mnie zazdrosna, prawda? - zapytał ze spokojem. A spokój ten był nadzwyczajny i nie zakrawało się na kłótnie. Ani trochę.
- Nie jestem. - ręce zaczęły mi dygotać, a serce walić jak młot.
- To dlaczego tak się zachowujesz? Po co to wszystko? Po co te pocałunki, po co te godzinne rozmowy, po co ta wczorajsza akcja przy Marzenie, Michale i Mariuszu? Po co?
- Nie wiem.
Faktycznie. To była jedyna odpowiedź na jaką mogłam sobie w tej chwili pozwolić. Głupia ja. Bardzo głupia ja. I tak bardzo niezdecydowana. A może zdecydowana, ale bojąca się przyznać sama przed sobą, o co tak naprawdę mi chodzi.
- Wiesz co? Ja też nie wiem. Nie wiem już nic. Idę do pokoju, widzimy się później na obiedzie.
- Jasne.
- To ... To pa.
I wyszedł. Pozostawiając mnie w totalnej rozsypce.
[15.09.2014, Łódź, godz. 14:15]
Nie zła, ale raczej zasmucona rozmową z Rafałem razem z całą kadrą zasiadłam na stołówce. W pomieszczeniu unosił się zapach pierogów ruskich i zupy pomidorowej. Kubiak bił sztućcami stół, więc jako pierwszy dostał swoją porcję. Igła wykłócił się z Zatorem o ostatniego pieroga na półmisku. A ja nie mogłam w spokoju spożyć, bo od kiedy dostałam miskę z zupą, a minęło od tego momentu jakieś piętnaście, a może i dwadzieścia minut, właściciel mieszkania, które wynajmuję w Katowicach próbował nieustannie się do mnie dodzwonić nie reagując na to, że wszelakie połączenia odrzucam. W końcu zdenerwowałam się jeszcze bardziej niż wcześniej i przeprosiłam wszystkich zgromadzonych udając się na hotelowy korytarz.
- Wreszcie! Dzień dobry, pani Ido.
- Witam, przepraszam jadłam obiad i nie mogłam się wcześniej wyrwać. Coś się stało?
- W zasadzie to nie wiem od czego zacząć.
- Najlepiej od początku, słucham pana.
- Pani Ido, otóż... Będę musiał z pani zrezygnować.
- Nie bardzo rozumiem...
- Wracamy do kraju i niestety nie będzie już pani mogła użytkować mieszkania. Wiem, informuję w nieodpowiednim momencie, ale taka kolej rzeczy. Tak niestety wyszło. Przykro mi.
- Kiedy mam zabrać swoje rzeczy i zostawić klucze?
- Tutaj pojawia się problem. Czy jutro o dwunastej pani odpowiada? Ostatecznie się rozliczymy, oddam pani za remont łazienki i sprzęty, które pani kupiła.
- Dobrze, postaram się przyjechać.
- W takim razie do zobaczenia.
Nie zdążyłam się nawet pożegnać, bo natłok łez w moich oczach spowodował, że rozłączyłam się najszybciej jak mogłam. Wzięłam głęboki oddech i ponownie przekroczyłam próg stołówki. Na całe szczęście nikt z zawodników nie zwrócił na mnie większej uwagi.
- Stefan, Filip - mogę was prosić? To ważne.
- Oczywiście.
W trójkę udaliśmy się na miejsce, gdzie stałam rozmawiając z właścicielem mojego lokum. Antiga i Blain od razu wiedzieli, że coś się stało i to za sprawą telefonu, który przez cały obiad nie dawał mi spokoju.
- Trenerze, ja wiem, że jutro jest mecz. Ja to wszystko wiem. Ale stało się coś, co muszę załatwić osobiście. Właściciel mojego mieszkania w Katowicach wraca i prosił, abym jutro o dwunastej zabrała swoje rzeczy i wyprowadziła się z mieszkania.
- Jutro o dwunastej, hmmm... Nie ma sprawy. Jest Paweł i Jan, poza tym możesz poprowadzić poranne ćwiczenia i wtedy spokojnie jechać do Katowic, bo droga jest dobra i zajmie ci to dwie godziny. Przydałoby się, żebyś na osiemnastą była tutaj. Jesteśmy w stanie na to przystać, prawda Filip?
- Ida, dziecko... - Blain nie słuchał kolegi. Doskonale wiedział, że mieszkałam w tym miejscu nie licząc roku za granicą 7 lat. Nawet w przerwach w pracy nie wracałam do Rzeszowa tylko właśnie na Śląsk.
- Dziękuję wam. Powiem tylko bratu, że musi ze mną jutro pojechać i za dwie godziny pojawię się na treningu.
- Potrzebujesz czegoś?
- Do zobaczenia.
Nie odpowiedziałam na pytanie Stefana. Wyciągnęłam z kieszeni papierosy i bez względu na wiatr i dość nieciekawą pogodę usiadłam na balkonie. Nie swoim, ale Kuby i Oskara, u których wybuchłam zaraz po przekroczeniu progu pokoju. Wiedziałam, że już wiedzą. Stefan poinformował przed momentem cały sztab o mojej jutrzejszej, kilkugodzinnej nieobecności.
- Utrata tego mieszkania jest dla mnie ciosem. Ludzie wprowadzają się, wyprowadzają, budują, burzą, kupują i sprzedają swoje domy, ale ja byłam bardzo związana z tymi sześćdziesięcioma dwoma metrami kwadratowymi. Przeżyłam tam najpiękniejsze lata swojego życia w moim ulubionym miejscu w Polsce. Mieszkanie miało swój klimat. Było po prostu moje, a nabrałam na to nadziei w momencie, kiedy właściciel pozwolił meblować mi poszczególne pomieszczenia według własnego uznania. Zdecydowanie utraciłam część siebie. Utraciłam możliwość kontynuowania tego iście studenckiego, zabałaganionego życia, które było niezwykle urokliwe. Część swoich przemyśleń i decyzji, które podejmowałam właśnie w tym miejscu. Możliwość dalszych radości, które towarzyszyły mi, kiedy w przerwach w pracy wracałam z Francji czy z innych miejsc. Nigdzie nie znajdę takich sąsiadów, Z tymi katowickimi zżyłam się lepiej, aniżeli ze swoją rodziną. Mówiąc krótko, ta przeprowadzka spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. W dodatku jestem totalnie niepozbierana w sferze uczuciowej. W domu też nie za dobrze. Mam masę problemów, a w dodatku nie mam gdzie mieszkać. Dom rodzinny jest sprzedany, bracia mieszkają rozsypani po Polsce, a mama u wujka. A ja muszę to udźwignąć sama. Wiecie co? Idę się przejść.
[15.09.2014, Łódź, godz. 16:10]
Trening rozpoczął się dziesięć minut temu, a ja nawet nie zarejestrowałam momentu, kiedy zawodnicy pojawili się na sali. Z letargu wybudził mnie dopiero doktor Jan, który obiecał, że coś wymyśli specjalnie dla mnie. Pomimo chwilowego zamyślenia, dobry humor mnie nie opuszczał, a przynajmniej takie stwarzałam pozory. Było mi po prostu łatwiej udawać, że wszystko jest w porządku. Łatwiej wmówić samej sobie, że przecież nic się nie stało. Od swoich myśli uwolniłam się również dzięki obserwowaniu trenującego Winiara, który kontuzję ma daleko za sobą. Starałam się nie zwracać uwagi na Rafała i na Marzenę która rozprawiała o czymś z Wołkowyckim, tym bardziej, że w uszach brzmiały mi słowa Buszka o ich rzekomym pokolacyjnym spotkaniu. W pewnym momencie zmieniłam miejsce i usiadłam obok Oskara, aby trochę mu pomóc. Może do tego się chociaż nadam.
[15.09.2014, Łódź, godz. 19:00]
Na kolacji byłam już wykończona. Czułam się, jakby potrącił mnie - jak to mawia Jakub - czołg, bądź inny pojazd takiej wagi. Na domiar złego siedziałam przy jednym stoliku z Marzeną, która była ostatnią osobą, na którą chciałam w tym momencie patrzeć.
- Ja też jej nie lubię, żółwik. - powiedział mi konspiracyjne na ucho Zagumny, a ja szczerze się zaśmiałam, o co tego dnia było bardzo ciężko. Ja również przybiłam mu symbolicznego żółwika i z trudem przełknęłam kęs kanapki. A i tak jadałam małe porcje.
- Jeżeli tego nie zjesz, to przywiążę cię do krzesła i osobiście nakarmię. - pogroził mi Mika, któremu przed kolacją również się wygadałam.
- Chciałabym to zobaczyć. - zaklaskała Marzena a ja nie wytrzymałam i powiedziałam to, co w tym momencie akurat pomyślałam.
- Ja pierdole. Zamilcz.
Zrobiło się cicho, Kubiak się zakrztusił, a trenerzy popatrzyli po sobie, bo byli świadomi, że ja i Marzena raczej się nie polubiłyśmy i nie zanosi się na to, żeby było inaczej.
- Możecie iść do swoich pokoi. - nakazał Stefan, a Marzena zapytała czy będzie potrzebna.
- Nie będziesz. Możesz iść na kawę. - poklepałam ją po plecach, a ona mierząc mnie wzrokiem i informując Rafała, że za piętnaście minut będzie gotowa podążyła w ślad za zawodnikami.
[15.09.2014, Łódź, godz. 20:13]
Światła w jadalni zgasły. Siedziałam standardowo przy oknie, a myślami byłam gdzieś tam w Katowicach. Wyobrażałam sobie jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień. Jak będę się czuć i jak będę zachowywać się po tym wszystkim. W pewnym momencie rozdzwonił się telefon. Kolejny raz na ekranie pojawiło się nazwisko właściciela. Udając wesołą, odebrałam.
- Pani Ido, czy godzina dwunasta jest aktualna? Wyrobi się pani?
- Tak, przyjadę do Katowic razem z bratem.
- Wspaniale, czyli wszystko bez zmian?
- Bez zmian. Przepraszam, muszę kończyć.
I skończyłam. Do moich oczu napłynęły łzy, których nie potrafiłam już zatrzymać. Ewidentnie sobie nie radziłam. A cisza, która teraz miała miejsce, spotęgowała mój żal i sprzyjała upustowi emocji. Rozmazałam swój makijaż, którego bez motywacji w postaci Marzeny bym nie zrobiła i położyłam głowę na stole. Gdyby moja mama zobaczyła mnie w takim stanie zapewne płakałaby razem ze mną, ale poprosiłam Piotrka, aby nic jej nie mówił. Tak jest przecież lepiej. W stanie opłakanym, w dosłownym tego słowa znaczeniu, wróciłam do swojego pokoju. Nie zapaliłam światła. Stanęłam przy oknie i poczułam, że ktoś całuje moją głowę i łapie za dłoń.
- Czekam na ciebie dobre pół godziny. Wszystko już wiem.
- Miałeś iść na kawę.
- Nie poszedłem. Słuchaj. Albo będziesz mieszkać ze mną albo z nikim innym. Rozumiesz?
- Co ?! Ty coś piłeś, prawda ?
- Nie. Ja ci tylko nie pozwolę mieszkać z kimś innym.
- Chyba sobie żartujesz. Popierdoliło cię już całkiem! Przychodzisz do mnie w momencie, kiedy jedyne czego potrzebuje to samotności i proponujesz mi nie wiadomo skąd wzięte banały, bo prośbami raczej tego nie nazwę.
- Niczego nie rozumiesz.
- Masz racje. Niczego nie rozumiem, Rafał, bo ja nie wiem, co do ciebie czuję. - wypowiedziałam jednym tchem.
- A może zrozumiesz wreszcie to, że przyszedłem zaproponować ci, abyś się do mnie wprowadziła?
- Chyba nie mówisz poważnie?
- W tym momencie jestem śmiertelnie poważny.
- Rafał, jak ty to sobie wyobrażasz?
- Normalnie. Spakujesz rzeczy, przywieziecie je z bratem tutaj, a później wrócimy z nimi do mnie. Czy musimy sobie całe życie wszystko komplikować? Czy musimy się wiecznie kłócić?
- Nie zrobię tego...
- Oj, nie pierdol głupot. Podświadomie już się zgodziłaś.
- Dobra, odbiegając od tematu... Dlaczego nie spotkałeś się z Marzeną?
- Bo wolałem spotkać się z tobą.
Kolejny raz cicho zatrzasnął za sobą drzwi pozostawiając mnie w pieprzonej bezradności. Co on sobie myślał?! Że jak gdyby nigdy nic u niego zamieszkam?! Nie pozostało mi nic innego jak iść do pokoju któregoś z moich chłopaków i po prostu się wygadać. Ale głupia ja. Zostałam u siebie, zastanawiając się nad swoim losem i prosząc siły wyższe o jak najdłuższe trwanie mistrzostw. Im więcej dni na przemyślenia- tym lepiej.
[16.09.2014, Łódź, godz. 17.54]
Szczęśliwie dotarłam do Łodzi. Piotrek popędził na kolację do pobliskiej restauracji, a ja do drużyny.
- O! A któż to, a któż to?!
- Też się cieszę, że cię widzę Magneto! - zmierzwiłam włosy środkowego i usiadłam przy stole ze sztabem.
- Co słychać?
- Leci, trenerze. Oddałam klucze, dostałam pieniądze za lodówkę i pralkę i zwrócili mi stolik, szafkę, wszystkie ozdóbki i inne moje rzeczy.
- Co dalej?
- Więc ... Wracam do Rzeszowa. Przynajmniej do czasu, kiedy niczego fajnego nie znajdę na Śląsku.
- Gotowa na dzisiejsze emocje?
- Już zacieram ręce. Nasze Orły są w dobrej dyspozycji, ale będzie ciężko. - wzdychnęłam.
- Hej! Ida! Jesteśmy w takiej formie, że możemy pokonać każdego. A przynajmniej ja w nich wierzę. -odpowiedział trener a ja uśmiechnęłam się.
- Stefan, ja też w nich wierzę. I wyobrażam sobie, co przechodzą. Przed meczem konferencja?
- Tak, będzie na niej tylko Kuba. Później spotkamy się już tylko w szatni.
[16.09.2014, Łódź, godz. 23.47]
- WSTAAAAŃ UNIEŚ GŁOWĘ, WSŁUUUCHAJ SIĘ W SŁOWA PIEEŚNI O MAŁYYYM RYCERZUUU!
- Igła moje uszy... Moje biedne uszy. - skrzywił się Zatorski.
- A gdzie Kubi? - zapytałam siedząc w pokoju Wlazłego i Winiara z całą drużyną, Oskarem i Kubą. Nawet Marzena przyszła i o dziwo mi nie przeszkadzała.
- Pewnie kłóci się z Rezende. Albo mu przywalił.
Na słowa Buszka wszyscy zaczęli się śmiać bo atmosfera na meczu i po nim była gorąca a nasz Kubiaczek nakręcił się najbardziej jak to było możliwe.
Taka świąteczna niespodzianka. Kochane! Dużo zdrowia, wiary w siebie, dużo miłości bo miłość jest najważniejsza, spełnienia marzeń. Sobie samej życze cierpliwości, zdrowego serduszka i zdania wszelakich matematycznych egzaminów.
Rafał, nic nie rozumiesz. Albo rozumies więcej niż powinieneś. A to Idka nie rozumie. Raczej Idka.
OdpowiedzUsuńI Boże, znów nie doczytałam. Dziękuję za życzenia i życzę Ci tego, czego sama sobie życzysz.
UsuńJak ja kopsnę kiedyś tego Rafała i ją przy okazji to wylecą szpagatami. No o matko kochana, co za dzieci. Tyle emołszyn się w nich tli, że nie wiedzą, co mają biedactwa zrobić. W sumie to mogłaby z nim zamieszkać, ale z drugiej strony to jakoś bym tego w ciemno, na jej miejscu, nie brała. Nie miałabym jeszcze zaufania do tego młotka, co z tego, że ciągle rozmawiają i się sprzeczają. Szkoda mi jej i tego, że musiała oddać mieszkanie, to smutne. To tak jakby ktoś mnie teraz wyeksmitował z domu, chyba bym się zabiła.
OdpowiedzUsuńZdrówka Olciu, żeby Ci pikawka dobrze chodziła, natchnienia co nie miara, maty zaliczonej na 100%, dobrych ocen w szkole, żeby lipy nie było, spełnienia marzeń i żebyśmy się kiedyś zobaczyły :*