[27.09.2015, godz. 9:55, Fuerteventura]
Sobota. Pierwszy pełny dzień naszego wakacyjnego wypoczynku rozpoczęłyśmy od zakupów na pobliskich straganach. Marzena kupowała wszystko, co wpadło jej w ręce. Dosłownie. Nawet hiszpańskie mydło. Ja również cierpię na coś takiego jak zakupoholizm, ale od zakupu artykułów higienicznych się wstrzymałam. Nie mogłam się za to oprzeć urokowi długich sukienek ze zwiewnym dołem i równie zwiewnych spódnic. Po zakupowych szaleństwach rozłożyłyśmy ręczniki na naszej hotelowej plaży rozglądając się dookoła. Widoki zapierały dech w piersiach a słońce pomimo dziesiątej rano przygrzewało dość mocno.
- Należało się nam. A tobie szczególnie. - zwróciła się w moją stronę Marzena popijając lemoniadę.
- Co powiesz dziś na babski wieczór? Na tarasie naszego hotelu. Przy zachodzie słońca i tak aż do późnych godzin nocnych? - zapytałam ruszając zalotnie brwiami.
- Jak bardzo będziesz mnie obsypywać pytaniami?
- Aż będziesz mieć mnie dość. Chodź do wody!
Przed zanurzeniem się w ciepłym morzu Marzena musiała zrobić wioskę i zgadała do jakiś dwóch siatkarzy plażowych, czy popilnują nam aparatu i porobią parę zdjęć, jeżeli nie będą mieć nic przeciwko. Skubana. Dobrze wiedziała, że rozmawiali o odpoczynku po grze.
- Si! - odpowiedzieli chórem i od razu zabrali się za robienie zdjęć.
- Czy zamawiałaś ciasteczka?
- Jesteś wariatką.
- Nie powiesz, że nie są fajni.
- Są zajebiści.
- Więc chodźmy! - Marzena pociągnęła mnie za rękę i po chwili moje ciało oblała fala. Położyłam się na tafli wodnej na plecach głośno wzdychając. Tego mi było trzeba. Słońca, ciepłej wody, rozgrzanej plaży i ciszy od krzyków zawodników, trenerów i Rafała.
- Ida popatrz jak się wczuli! - wybudziła mnie z letargu moja towarzyszka wskazując palcem na przystojnych Hiszpan.
- Może im zapozujesz? Hm? - odpowiedziałam z sarkazmem, na co Marzena pokręciła w głową wzdychając głośno pod nosem.
- Właściwie to... To ja cię dziś wymęczę pytaniami. Za karę. Za twoje szyderstwo.
Resztę dnia spędziłyśmy na kąpielach w morzu i próbowaniu nadmorskich przysmaków.
[27.09.2015, godz. 18.24, Fuerteventura]
Przy drinkach i deserach lodowych oczekiwałyśmy na zachód słońca. Marzena zastrzegła sobie, że dopóki nie nadejdzie moment nie mogę jej zadań żadnego pytania. W końcu niebo nieco zmieniło kolor - zrobiło się pomarańczowe, a palmy przybrały ciemniejszy kolor. Zatarłam dłonie i od razu przeszłam do tego, co mnie nurtowało, upijając uprzednio limonkowego mohito.
- A więc skąd wzięłaś się w reprezentacji? Od początku.
- Zanim przeprowadziłam się do Katowic na studia, mieszkałam w Warszawie na jednym osiedlu z pewnym koszykarzem. Nazywał się Kamil, mówili na niego Ryba. Grał w warszawskiej drużynie, drugoligowej. Jego najlepszym przyjacielem był syn dobrych znajomych moich rodziców - Zbigniew Nie Gram W Reprezentacji Bartman, nawiasem mówiąc do niedawna również i mój przyjaciel. Z jego rodzicami, moja rodzina utrzymuje doskonały kontakt, nadal się spotykają i jeżdżą na wakacje.
- Zbigniew Bartman?!
- Tak. Mój pierwszy kolega i pierwsza ofiara, której wybiłam mleczną jedynkę popychając na krawężnik. Dwa sezony temu, jeszcze w kadrze Anastasiego, rozmawiał z Wołkowyckim. Tak się złożyło, że rozmowa zeszła na temat osoby, której Andrzej bardzo by potrzebował do pomocy. Zbyszek powiedział o tym Kamilowi, przypadkowo, a Kamil zasugerował, że przecież ja mogę się tym zająć. Nakłonił Zbyszka, aby dał Wołkowyckiemu namiary na moją osobę. Niestety PZPS nie chciał zgodzić się na dodatkowego pracownika. Rok temu również. Przed mistrzostwami, dostałam telefon, że w końcu dostałam swoją szansę. No i już. Oto jestem.
- Zaraz, zaraz... Co z Zibim, co z Rybą?
- Ze Zbyszkiem urwałam kontakt właściwie już dwa lata temu, w momencie kiedy wszystkie bliskie osoby zamienił na Aśkę. Przed mistrzostwami zadzwonił tylko, że dziękuje mi, że wygryzłam go z kadry. Nie mam pojęcia, dlaczego był zazdrosny. Zrobiłam mu awanturę, powiedziałam co myślę o nim i o jego Asiuni, po czym rozłączyłam się i rzuciłam telefonem o ziemie. Ze zdenerwowania. A z Rybą? Rozstaliśmy się rok temu.
- To byliście razem?
- Ponad pięć lat. Wyjechał do Stanów grać w jakiejś amatorskiej drużynie.
- I zostawił cie? Tak po prostu?
- Czasami bywa tak, że coś po prostu się kończy. To była szybka decyzja. Rozstajemy się i już. Koniec. Bez gadania. Było miło.
- Nie tęsknisz a nim?
- Ida. Przez rok wiele się zmieniło. Pracowałam z reprezentacją, dwa razy zmieniałam mieszkanie, poznałam Kubę, a przed Kubą był jeszcze jeden gość, z którym umawiałam się tydzień i który przez dobry miesiąc nie dawał mi spokoju. Miałam też wypadek samochodowy i składaną rękę od łokcia w dół. Nie obyło się bez wstrząsu mózgu i połamanych żeber. Przeżyłam czteromiesięczną rehabilitację. I wiesz co? Czekałam na niego. Wyglądałam za szpitalne okno w nadziei, że się pojawi chociaż na chwilę. A on? Nie odezwał się nawet słowem. Po prostu o mnie zapomniał. Ale miłość nie może być na siłę.
- Czyli to był jego wybór?
- Ciężko stwierdzić. On zaproponował, a ja przytaknęłam. Z resztą swojego przyjaciela też kiepsko potraktował.
- Wygląda na to, że i jeden i drugi wypiął na ciebie cztery litery. Nieźle.
- Dokładnie. Ostatnie miesiące przed mistrzostwami były trudne, bo byłam totalnie sama. Ale jestem silna i dałam radę.
- Dlaczego miałaś wypadek? To już ostatnie pytanie w tej rundzie.
- Rundzie powiadasz?
- Uderzyłam w drzewo. Wracałam z Warszawy od rodziców do Katowic. Było ciemno, padał deszcz. Chciało mi się spać. Byłam trzeźwa. Obudziłam się w szpitalu. Więcej nie pamiętam. Nawet to, że uderzyłam w drzewo zostało powiedziane mi, jak się obudziłam.
- Zbyszek wiedział o wypadku?
- Ej! Miało być ostatnie! Tak. Wiedział. Ale to jego dziewczyna zainteresowała się moim zdrowiem i dwa razy odwiedziła mnie w szpitalu w Katowicach. Teraz ja?
- Pytaj. Tylko z sensem.
- No więc... Dlaczego akurat Filip, dlaczego akurat Francja, dlaczego to wszystko?
- Zero kreatywności. We Francji znalazłam się dlatego, że wyjechałam na staż do jednej z klinik. Byłam dobra i razem z kilkoma innymi osobami wyjechałam za granicę. Parę dni praktyk i pojawił się menadżer klubu, w którym Blain był trenerem. Chciał jakąś młodą osobę do pomocy ze względu na to, że za stażystów nie płaci klub tylko państwo. Wszyscy się bali. Tylko ja zaryzykowałam i zrezygnowałam z zajęć w klinice na rzecz pracy w drużynie. Tam poznałam Mateusza, był jedynym Polakiem. następnie nawiązałam nić porozumienia z Blainem i pozostałymi. Niestety moja umowa wygasała po roku, a na moje miejsce czekało kilku innych stażystów. Przygoda z siatkówką tak naprawdę dopiero wtedy się zaczęła. Filip powiedział, że bierze mnie i Mateusza do Polski i obydwoje zaczynamy przygodę z reprezentacją. I tak właśnie, gdyby nie Filip, o pracy w reprezentacji mogłabym pomarzyć.
- Mówiłaś, że rodzina ci zazdrości, dlaczego tak sądzisz?
- Bo moi bracia się boją. Boją się tego co nowe, za dużo rozmyślają. Ja należę do ludzi spontanicznych, a przede wszystkim odważnych. I to mnie wyróżniało. Że ja nigdy nie czekałam aż coś do mnie przyjdzie, tylko szłam po to sama. Jedynego pecha miałam do facetów. Podobałam się różnym, ale jak widziałam, co niektórzy mają w głowach to wątpiłam. Więc byłam sama. Jak już mówiłaś, nic na siłę. Ale imprezowałam i to mi wystarczało.
- Robiłaś głupie rzeczy?
- Mam dobrą głowę do picia. Raczej wiedziałam, kiedy skończyć. Odpłynęłam totalnie w towarzystwie w towarzystwie samych dziewczyn. Ze dwa razy się zdarzyło. Jak byli faceci gdzieś tam w środku świeciła się lampka, że jak się sama nie poszanuje, to nie poszanuje mnie żaden inny.
- Nie miałaś nigdy nikogo?
- Miałam! To znaczy... Spotykałam się z trzema. Pierwszy był dwa lata starszy, spotykaliśmy się parę dni, dopóki nie usłyszałam, jak rozmawia przez telefon o pieniądzach, które na pewno mu pożyczę, i o rachunkach, które dzięki mnie wyrówna. Drugi był cztery lata starszy, ale był nudziarzem i śmiał się tylko ze swoich żartów, więc po miesiącu powiedziałam, żeby się odpieprzył. A trzeci był w moim wieku i wytrzymałam z nim dwa miesiące. Było w porządku, ale strasznie zależało mu na seksie. A ja nie chciałam po dwóch miesiącach znajomości pchać mu się pod kołdrę. Nie dlatego, że jestem jakąś cnotką. Po prostu nie mogłam mu do końca zaufać.
- Dlaczego nie Rafał?
- Marzena...Błagam.
- Nalegam. Nie mogę tego pojąć. Dobra. Chciałaś się ustabilizować choć trochę, bo lubiłaś swoje popieprzone i nieprzewidywalne życie i nie chciałaś od razu wszystkiego zmieniać. Ale dałabyś radę go zmienić...
- Czy jeżeli powtórzę drugi raz twoje słowa, że na siłę nie da się z kimś być, zrozumiesz?
- Ale mogłabyś go pokochać. Mogłabyś się przecież przekonać!
- Nie mogłabym. Bo jest ktoś inny.
- Dziękuję, dziękuję! Ależ ja wiedziałam, że ja to w końcu od ciebie wyciągnę! Ten ktoś ma na imię Oskar Kaczmarczyk, ma trzydzieści lat i zamącił ci w głowie.
- A czy nie masz wrażenia, że on nie traktuje mnie poważnie? Że jestem dla niego malutką dziewczynką?
- To jest słodkie! Od kiedy was poznałam troszczy się o ciebie! Bardziej niż Buszek! Poza tym... Nie zaprzeczyłaś, więc to oznacza, ze miałam rację?!
- Miałaś. Poza tym.. On pracuje w Kędzierzynie i pewnie nic z tego nie wyjdzie, bo ciągle wyjazdy i tak dalej...
- Dobry Boże. Przejrzałam Idę Wiśniewską! A tak właściwie, to ty masz dwadzieścia siedem lat, prawda?
- Tak. Skończyłam w marcu.
- Czyli osiem cztery.
- Dlaczego pytasz?
- Chciałam zobaczyć, czy masz tyle samo lat, co ja.
- I jaką prawdę odkryłaś?
- Że jesteś miesiąc starsza.
- Ha! To widać. Jestem od ciebie mądrzejsza. - uśmiechnęłam się cwaniacko.
- Zabawne. Masz ochotę na następnego drinka? Może malinowy?
- Jasne. To skoczę. Sprawdzę jeszcze skrzynkę mejlową.
Marzena zeszła chwilowo z tarasu, a ja zastanawiałam się, czy zadzwonić do Oskara, czy poczekać, aż on to zrobi. Po kilku sekundach zmiękłam, czego się spodziewałam i wstałam ze słomianego krzesła usłanego jasnoróżową poduszką. Stanęłam na przeciw zachodzącemu słońcu. Na odbiór połączenia długo nie musiałam czekać.
- Hej, plażowiczko! Obiecałaś, że wczoraj się odezwiesz jak dolecisz.
- Oj, przepraszam. Byłam padnięta i poszłam spać.
- Ale jakiegoś krótkiego sms-a mogłaś napisać.
- Na przykład? - udałam zaciekawioną wyczuwając w jego głosie nutkę pretensji.
- Na przykład ''Wal się Kaczmarczyk ty stary zgredzie'' albo ''Dojechałam, Spieprzaj i daj mi się opalać z przystojnym Latynosem o imieniu Jose''.
- Jesteś wariatem. - zaczęłam się śmiać. - Po pierwszym pełnym dniu tutaj mogę stwierdzić, że Latynosi mnie nie kręcą. Są... Przeciętni.
- Jak ci się podoba? - zapytał nieco poważniej.
- Jest pięknie. Jak wrócę pokażę ci wszystkie zdjęcia!
- Wiesz kiedy to będzie? Za dwanaście dni.
- To dobrze. Przynajmniej będziesz chciał je oglądać! Im większa ciekawość tym lepiej!
- A gdybyś chciała wrócić szybciej?
- W jakim celu szybciej? Mogę to zrobić. Lot oprócz tego w dwunasty dzień, mam w takiej samej cenie ósmego dnia.
- To może wrócisz już za tydzień, hm?
- Co się stało? Dlaczego mam wracać?
- No bo trochę mi smutno samemu. Tak, to przynajmniej zajęlibyśmy się meblowaniem twojego nowego lokum, czy coś.
- Przecież zawsze możemy porozmawiać na skype, czy coś. - zaśmiałam się.
- Czy coś, możemy.
- Czy coś, nie ma problemu.
- Ale gdybyś chciała wrócić, to przyjadę na lotnisko i cię odbiorę. Eee. To znaczy was dwie.
- O wszystkim będę cię informować. Obiecuję. Co robisz?
- Oglądam film. Jakiś amerykański wojenny dramat. Ale się wciągnąłem.
- Nie będziesz mógł spać później. Będziesz się bał!
- Spokojnie. Lepiej powiedz co ty robisz.
- Piję z Marzeną drinki na tarasie. Trochę rozmawiamy, trochę plotkujemy, trochę się żalimy... Wiesz. Jak to my. Kobiety.
- No tak. Oj kobieto... - wzdychnął, a w wyobraźni widziałam, jak kręci głową i patrzy na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami z troską, o której wcześniej mówiła Marzena.
- Połóż się. - nieświadomie wypowiedziałam te słowa z jeszcze większą troską i zainteresowaniem niż Oskar.
- Mam czas. Jest wcześnie. Dopiero przed ósmą. - zaczął się śmiać.
- Ale jedziesz rano do Kędzierzyna, zapomniałeś?
- Nie zapomniałem. Ale skoro nalegasz, to pewnie spróbuję zasnąć.
- Zrobisz to dla mnie?
- Dla ciebie? Dla ciebie zrobiłbym o wiele więcej.
- W takim razie dobranoc. Zadzwonię.
- Dobranoc.
Odwróciłam się a za moimi plecami z założonymi rękoma stała Marzena.
- Dla ciebie? Dla ciebie zrobiłbym o wiele więcej. - powtórzyła i wpatrywała się we mnie jak w obrazek. - Myślisz o nim?
- Cały czas. Ale wyjazd tutaj był mi potrzebny, żeby zobaczyć, czy tak rzeczywiście jest.
- Chcesz mu zrobić niespodziankę i wrócić szybciej?
- Jeżeli zwiedzimy już wszystko i uznamy, że odpoczynek został zrealizowany i pora szukać roboty, mogę się zwinąć i wrócić za rok.
- A sprawdzałaś swoją pocztę?
- Boże! Na śmierć zapomniałam! Właściciele dwóch mieszkań mieli mi dać znać!
- To goń do komputera! Na co czekasz?!
Marzena miała rację. Czekała na mnie wiadomość od jednego z dwóch właścicieli. Wysłał mi na siebie namiary oraz adres, pod który mam się udać, aby pooglądać mieszkanie.
- Napisz mu, że czwartego o szesnastej się u niego pojawisz, że ma na ciebie czekać.
- Czyli jednak wracamy? Przecież czwarty to ten sam dzień!
- Prosto z lotniska pojedziesz do niego. Mnie odtransportujecie do domu, a ty i Oskar pojedziecie oglądać to mieszkanie.
- Ja i Oskar?
- A kogo weźmiesz? On się zna, a ja wcale. Zobaczę jedną ładną rzecz i od razu będę kazała ci kupić. Na przykład skośną ścianę, na której za pół roku pojawi się wilgoć.
- Jesteś niemożliwa.
- A ty właśnie robisz stumilowy krok w swoim życiu. Wracasz na stałe na Śląsk, Mała!
- To przyniosłaś te drinki, czy nie?
- Ha. Pytanie!
[28.09.2015, godz. 21:34, Fuerteventura]
Zanim wyszłyśmy do klubu, zadzwoniłam do Oskara. Obiecałam, że odezwę się, aby zapytań o pierwszy dzień pracy w nowym sezonie. Niestety nie odebrał telefonu, prawdopodobnie rozłączając połączenia, bo zbyt szybko zgłaszała się poczta głosowa. Nagrałam trzy wiadomości i na żadną nie zareagował. Byłam zdenerwowana. Co się mogło stać?
- Chodź, bo się spóźnimy. Potańczymy i o północy wrócimy do domu. Na jutro mamy wynajęty samochód na przejażdżkę po wyspie. Musimy być wypoczęte.
- Jasne. - odburknęłam i zabrałam ze sobą żakiet. Telefon zostawiłam na łóżku.
[29.09.2015, godz. 11:02, Fuerteventura]
- Dlaczego nie odbierasz ode mnie telefonu? Dzwonię od rana, nagrywam ci się na pocztę, a wczoraj dobijałam się z dziesięć razy!
- Idka, porozmawiamy o tym, jak wrócisz.
- Nie, Oskar. Porozmawiamy o tym dziś. Teraz. W tym momencie.
- Ale zrozum, że to nie jest na telefon. Niedługo wracasz z Kanarów.
- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć? Dlaczego?!
- Bo nie zrozumiesz!
- Sugerujesz, że jestem na to za głupia?
- Nie. Myślę tylko, że to nie będzie łatwa rozmowa.
- Kurwa. Albo mi powiesz, albo następnym razem spotkamy się na zgrupowaniu kadry.
- Nie mogę ci narazie nic powiedzieć.
- Skoro tak, żegnam.
- Auć. Ostro Wiśniewska. Co jest?
- Też bym to kurwa chciała wiedzieć! Przylatujemy, idę po kredyt, a później pojadę kupić to mieszkanie. Z mieszkania prosto do Rzeszowa. Do Igły.
- Jesteś zdrowo walnięta. Jedź ze mną do rodziców, do Warszawy.
- Dzięki, ale i tak obiecałam Igle, że go odwiedzę. przyda mi się spojrzenie faceta na tą całą relację.
- Chcesz się tak tułać? Czy chcesz mu zrobić na złość? Przecież on zamartwi się na śmierć!
- I dobrze. - uderzyłam głową o kolana. - Uggggh! Dlaczego nie może być, kurwa, normalnie?! Chodź chwilę!
- Tak to już jest, że zajebiści ludzie mają w życiu zajebiście przewalone.
[04.10.2015, godz. 13:02, Katowice]
Przed godziną wylądowałam. Na same wspomnienie ostatnich dni, które pozwoliły mi się odprężyć uśmiechnęłam się, a moje rozmyślania przerwał pracownik banku.
- Proszę tu podpisać. i jest pani wolna. Niestety to trochę trwa.
- No, godzina i po sprawie. - uśmiechnęłam się, ale w głębi serca miałam dość godzinnego ślęczenia w banku.
- Na pani konto przelałem sto tysięcy, rata będzie płacona dwa razy w roku. Na umowie ma pani napisane wszystkie warunki, o których wspomniałem wcześniej.
- A jeżeli spłacę to szybciej?
- Zwrócimy pani odsetki.
- W takim razie nie zabieram więcej czasu. Dziękuję!
- Miłego urządzania mieszkania! Do widzenia!
[27.09.2015, godz. 17:04, Jaworzno]
Właściciel mieszkania zadzwonił, że musi przełożyć naszą wizytę na za tydzień, bo dopadła go jakaś choroba i leży w łóżku w swoim nowym domu. Nawiasem mówiąc, po głosie poznałam, że to przeuroczy pan w wieku moich rodziców, niezwykle inteligentny i kulturalny. Cóż. Co się odwlecze to nie uciecze. Nie tylko w przypadku mieszkania. Postanowiłam pojechać do Kaczmarczyka. Weszłam do domu bez pukania i od razu zaczęłam wrzeszczeć.
- Unikasz ode mnie telefonów!
- Ida, uspokój się!
- I jeszcze udajesz, że nic się nie stało? Wydzwaniam jak powalona pięć razy w ciągu godziny, piszę do ciebie stertę wiadomości a ty nic!
- Bo tak jest lepiej.
- Dla kogo lepiej? Oskar! Dla kogo lepiej?! Im bardziej się zamykasz w sobie, tym bardziej utwierdzasz się w przekonaniu, że robisz dobrze. Nie widzisz tego? Nie widzisz jak ze mną rozmawiasz?! Gówno prawda!
- Lepiej dla nas. -Był spokojny. Zbyt spokojny. - Ty masz spokój z moimi problemami, a ja mam spokój z tym, że nie mam wyrzutów sumienia za ciebie.
- Ale to, że ja się martwię, to już nie przyprawia cię o wyrzuty sumienia?
- A martwisz?
- A nie widać?!
- Nie wiem.
- Super. Nie wiesz... Ok.
- Ale Ida, po co ty to robisz? Jest mi źle z faktem, że jesteś obarczona moimi problemami. Dlaczego nie chcesz, abym sam spróbował dotrzeć do siebie samego?! Dam sobie radę.
Wybiegłam z płaczem najszybciej jak mogłam. Dobrze trafiłam, bo na przystanku obok domu Oskara zatrzymał się autobus miejski dojeżdżający na stację PKP, gdzie zostawiłam swoje auto. Nie wiem, czy Kaczmarczyk za mną biegł. Byłam na niego wściekła, rozgoryczona jego zachowaniem, a przede wszystkim czułam się odrzucona. Pierwszy raz tak bardzo mi na kimś zależało. Lekiem na moją rozsypkę był tylko i wyłącznie Igła. Bo Marzena w końcu pojechała do rodziców.
- Boże, Ida! Ty płaczesz! Co się stało?! - krzyczał do słuchawki.
- Oskar kopnął mnie w tyłek. Mogę przyjechać?
- Jeszcze dziś widzę cię w Rzeszowie. Musisz.
- A Iwona?
- A Iwona to ci skopie dupę jak nie przestaniesz się mazać. Czekam!
Tyle było rozmowy z Ignaczakiem. On nie rozmyślał. On działał. Pomimo cholernie złego samopoczucia pojechałam pociągiem do Rzeszowa zostawiając samochód na parkingu pod mieszkaniem Marzeny w Katowicach. Po chwili zadzwonił jeszcze raz i zapytał dokładnie, o co chodzi.
[27.09.2015, godz. 22:01, Rzeszów]
Cholera! Dlaczego Igła nie mieszka gdzie indziej? Ze stacji do jego domu było jakieś pół godziny drogi a miejski autobus dojeżdżający na jego ulicę odjechał minutę temu. Świetnie. Na domiar złego chyba dostałam gorączki, z nosa ciekł mi katar a klatka piersiowa ważyła chyba z tone. I na dokładkę zaczęło padać. Lać. Kurwa. Była ulewa.
Cholera! Dlaczego Igła nie mieszka gdzie indziej? Ze stacji do jego domu było jakieś pół godziny drogi a miejski autobus dojeżdżający na jego ulicę odjechał minutę temu. Świetnie. Na domiar złego chyba dostałam gorączki, z nosa ciekł mi katar a klatka piersiowa ważyła chyba z tone. I na dokładkę zaczęło padać. Lać. Kurwa. Była ulewa.
[27.09.2015, godz. , 22:35, Rzeszów]
Wyglądałam jak żebrak. Albo i gorzej. Krzysiek otworzył drzwi, a stojąca za nim Iwona o mało nie zemdlała.
- O Boże. - tylko tyle udało się Igle wydusić.
Od razu usiadłam na słomianym, bujanym fotelu przy kominku. Po jednej stronie kucał Krzysiek, po drugiej Iwona. A ja płakałam. Jak rzadko kiedy. Czas od czasu podciągałam tylko nosem albo kaszlałam.
- A to nie przypadkiem przez te zmianę klimatu? Tu już niemalże mrozy, a tam upały. - zasugerowała żona Igły.
- Oskar jakby wiedział, że odstawił cię z kwitkiem w takim stanie, to chyba by się zastrzelił.
- Jego strata.
- Oj Ida! Ty potrzebujesz faceta. Męskiej ręki.
- Szkoda, że ten co go znalazłam nie chce mojej ręki.
- Skąd wiesz, że znalazłaś?
- Bo się zakochałam!
- No nie. No nie wierze. Największa twardzielka reprezentacji. Nieugięta na zaloty Buszka powiedziała, że jest zakochana! A on o tym wie?
- Nie. Zwariowałeś chyba.
- Ale nie możesz się wiecznie ukrywać!
- A wiesz dlaczego tu jestem? Bo zrobię sobie taki pancerz w razie gdyby chciał ze mną pogadać. Zawsze tak robię. I pewnie dlatego od zawsze byłam sama.
- Jesteś wariatką. Zamiast krzyczeć trzeba było spokojnie to załatwić. Już na mistrzostwach wiedziałem, że się dogadujecie, ale wtedy był Rafał... W sumie nie dziwię się, że się zakochałaś. Oskar oprócz mnie jest zajebiście mądrym facetem. Ma dobre poczucie humoru, mnie odpowiada, może być twoim facetem. Poza tym, on ma wieeelkie serce. Ogromne.
- Igła, pogrążasz mnie.
- Musicie sobie to wyjaśnić. - wtrąciła Iwona.
- Ja nie wyjaśnię niczego, dopóki on nie będzie tego chciał. Kazał mi spieprzać, okej. Ma to, czego chciał. Proszę bardzo!
- Jesteś zbyt dumna.
- A czy ja i moja duma możemy u was zostać na dwa dni?
- Jasne. Może faktycznie daj mu czas? Czasami tak bywa, że jak chłop ma problem, to lepiej się oddalić, ale...
- Nie ma żadnego ale, Igła. Nie namówisz mnie, jestem wściekła!
- O Boże. - tylko tyle udało się Igle wydusić.
Od razu usiadłam na słomianym, bujanym fotelu przy kominku. Po jednej stronie kucał Krzysiek, po drugiej Iwona. A ja płakałam. Jak rzadko kiedy. Czas od czasu podciągałam tylko nosem albo kaszlałam.
- A to nie przypadkiem przez te zmianę klimatu? Tu już niemalże mrozy, a tam upały. - zasugerowała żona Igły.
- Oskar jakby wiedział, że odstawił cię z kwitkiem w takim stanie, to chyba by się zastrzelił.
- Jego strata.
- Oj Ida! Ty potrzebujesz faceta. Męskiej ręki.
- Szkoda, że ten co go znalazłam nie chce mojej ręki.
- Skąd wiesz, że znalazłaś?
- Bo się zakochałam!
- No nie. No nie wierze. Największa twardzielka reprezentacji. Nieugięta na zaloty Buszka powiedziała, że jest zakochana! A on o tym wie?
- Nie. Zwariowałeś chyba.
- Ale nie możesz się wiecznie ukrywać!
- A wiesz dlaczego tu jestem? Bo zrobię sobie taki pancerz w razie gdyby chciał ze mną pogadać. Zawsze tak robię. I pewnie dlatego od zawsze byłam sama.
- Jesteś wariatką. Zamiast krzyczeć trzeba było spokojnie to załatwić. Już na mistrzostwach wiedziałem, że się dogadujecie, ale wtedy był Rafał... W sumie nie dziwię się, że się zakochałaś. Oskar oprócz mnie jest zajebiście mądrym facetem. Ma dobre poczucie humoru, mnie odpowiada, może być twoim facetem. Poza tym, on ma wieeelkie serce. Ogromne.
- Igła, pogrążasz mnie.
- Musicie sobie to wyjaśnić. - wtrąciła Iwona.
- Ja nie wyjaśnię niczego, dopóki on nie będzie tego chciał. Kazał mi spieprzać, okej. Ma to, czego chciał. Proszę bardzo!
- Jesteś zbyt dumna.
- A czy ja i moja duma możemy u was zostać na dwa dni?
- Jasne. Może faktycznie daj mu czas? Czasami tak bywa, że jak chłop ma problem, to lepiej się oddalić, ale...
- Nie ma żadnego ale, Igła. Nie namówisz mnie, jestem wściekła!
[28.09.2015, godz. 12:15, Rzeszów]
- Ida! - zawołał Krzysiek, kiedy rozmawiałam z Marzeną na skype. - Ktoś do ciebie.



To Oskar! To Oskar! To na pewno będzie Oskar! A jak nie to się zastrzelę. Niech się przeproszą, dogadają, a potem będą żyli długo i szczęśliwie. Choć z drugiej strony to bym go wypatroszyła, faceci, muszą mieć czas.. Niech on się zdecyduje czego chce. Ona lata po tej Polsce jak szalona, raz jest tu, raz gdzie indziej.
OdpowiedzUsuńMarzenka to dopiero miała burzliwe życie, uhuhuu.
Kurde, Oskar popsuł sobie chwilowo reputacje ... Ehh, poważnie rozdział super. Tylko szkoda ,że jakiś fajnych Hiszpanów nasze panienki nie poznały, takich do dłuższej znajomości.
OdpowiedzUsuńCzekam co dalej wydarzy się u Kaczmarczyka i Idy.
Pozdrawiam ;*
Ja bym Oskara wykastrował.
OdpowiedzUsuń*wykastrowała, ale mój słownik w telefonie widocznie sądzi, że jestem mężczyzną
UsuńAle się porobiło. Oskar, naprawiaj to póki masz szansę.
OdpowiedzUsuń